Więcej racjonalizmu

Więcej racjonalizmu

Wspólną cechą dyskusji o katastrofie smoleńskiej i OFE jest zmitologizowane podejście do rzeczywistości

W Polsce toczą się dyskusje, w których podstawowym dowodem słuszności bywa wiara w to, co się mówi. Ja w to wierzę, więc tak musi być. I żadne argumenty tego nie zmienią. Dyskusje, a częściej kłótnie, sprowadzają się do powtarzania tych samych tez. Nie jest przy tym wymagana wiedza z konkretnej dziedziny. Każdy może wyrokować w każdej sprawie. Politolodzy i historycy znają się na prawach fizyki. Księża dobrze się czują w dyskusji o seksie, psycholodzy znają się na ekonomii, a socjolodzy mogą być specjalistami od lotnictwa. Dziennikarze są specjalistami od wszystkiego.
Dobrym tego przykładem są dwie różne, ale bardzo gorące sprawy: katastrofa smoleńska i OFE. O co chodzi w kłótni o katastrofę samolotu? Są twarde dane: samolot leciał za nisko, bo piloci złamali procedury. Była mgła i piloci nic nie widzieli, ale szukali lotniska. Samolot zawadził o brzozę i złamał skrzydło, a później zgodnie z prawami fizyki zmienił trajektorię lotu i spadł na ziemię. Te fakty nie przekreślają innych aspektów katastrofy, takich jak nieprzestrzeganie procedur w wojsku, zła organizacja lotu, bałagan po katastrofie czy przetrzymywanie wraku samolotu w Rosji. Racjonalne podejście do katastrofy powinno polegać na rozdzieleniu tych spraw. Wówczas można byłoby poprawić funkcjonowanie państwa w tym zakresie. Zamiast tego trwają polityczne przepychanki, powstają irracjonalne koncepcje zamachów, podaje się fałszywe informacje.
Prowadzi to z jednej strony do tworzenia fałszywej świadomości społecznej, bo fakt katastrofy, która zawsze jest kompromitującym przejawem braku sprawności, uznaje się za jakiś istotny powód do narodowej pamięci. Z drugiej – takie nieracjonalne podejście chroni odpowiedzialnych za bałagan istniejący przed katastrofą, w jej trakcie i po niej. Trudno ich oskarżać o konkretne działania, a raczej o ich brak, jeśli całe wydarzenie ma wymiar magiczny. Rozmawiałem o katastrofie ze znajomymi profesorami z politechniki. Nie mieli wątpliwości co do przyczyn wypadku. Zapytałem, dlaczego senat ich uczelni nie wystosuje apelu do społeczeństwa z potwierdzeniem, że prawa fizyki odnoszą się także do samolotu rządowego. Odpowiedzieli, że byłoby to odebrane jako stanowisko polityczne, a tego nie chcą. I tak w publicznej sferze dalej będą dominować słowa ludzi niekompetentnych.
W przypadku OFE też miesza się wątki główne i poboczne. Spory dotyczą rentowności inwestycji OFE, prawdziwej wartości akcji i obligacji, kosztów działania funduszy i ZUS, realności wypłat emerytur. Wypowiadają się w tych sprawach przedstawiciele OFE, którzy potrafią inwestować na giełdzie, ale nie muszą mieć wiedzy makroekonomicznej. Z kolei uczeni krytykujący lub broniący OFE zwykle nie mają praktyki w zarządzaniu inwestycjami na giełdzie. ZUS często utożsamiany jest z instytucją kapitałową, podczas gdy to tylko narzędzie polityki emerytalnej państwa. Jedni wierzą, a drudzy nie wierzą w to, że obligacje skarbowe w portfelach OFE są pewniejsze niż wypłacalność państwa, które te obligacje wyemitowało.
Wszystko to są ważne sprawy, ale istota reformy emerytalnej sprowadza się do odpowiedzi na proste pytanie: czy w jednym pokoleniu możemy z naszych zarobków wypłacać emerytury rodzicom i równocześnie odłożyć środki na nasze emerytury? Twórcy reformy uznali, świadomie lub nie, że możemy. Teraz widać, że to niemożliwe. Gdy wdrażano reformę, pracowałem w zarządzie banku i uważałem, podobnie jak wielu moich kolegów, że jest to nierealne. Że politycy, nawet ci z tytułami profesorskimi, coś kombinują, ale równocześnie stwarzają instytucjom finansowym świetną okazję do zarobienia pieniędzy. I że trzeba szybko tworzyć OFE, aby też zarobić. Myślałem wtedy, że rządowi chodzi o zdjęcie z siebie odpowiedzialności za niepopularne decyzje dotyczące obniżenia emerytur. Ponieważ przypadków takich działań było dużo, wydawało się to wiarygodne.
Teraz okazuje się, że pomysły brały się chyba z wiary w istnienie mechanizmów finansowych stwarzających coś z niczego. Z takiego myślenia rodziły się podpowiadane przez Bank Światowy reformy emerytalne w Ameryce Łacińskiej, które potem okazały się atrakcyjne dla europejskich krajów postsocjalistycznych. Tam rozwiązania te już upadły, u  nas właśnie nad nimi dyskutujemy.
Wspólną cechą obu spraw (i wielu innych) jest zmitologizowane podejście do rzeczywistości. W przypadku katastrofy chodzi o to, że prawda nas boli. W odniesieniu do reformy emerytalnej łudzimy się, że fundusze jakoś rozmnożą pieniądze. Brakuje postępowania zgodnego z treścią podstawowych informacji i wnioskami z analizy opierającej się na spójnej podstawie teoretycznej. Chętnie posługujemy się własnymi teoriami i tak dobieramy fakty, aby pasowały do założonej koncepcji. Nie przejmujemy się tym, że istnieje matematyka, w której dwa plus dwa to cztery. U nas może być pięć albo trzy. Wszystko zależy od tego, w co kto wierzy albo w czym upatruje swój interes. Dowodu przeprowadzać nie trzeba. Takie podejście do rzeczywistości skutecznie utrudnia cywilizacyjną modernizację Polski. Bez szacunku dla kompetencji, czytelnego definiowania problemów i przeprowadzania analiz na podstawie jasno definiowanych i mierzalnych wartości nie będziemy skutecznie konkurować z partnerami w Europie. Aby to zmienić, trzeba o tym mówić. I dawać świadectwo racjonalnego myślenia także wtedy, gdy jest źle odbierane.

Autor jest niezależnym ekspertem finansowym

Wydanie: 16/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy