Włoskie bezkrólewie

Włoskie bezkrólewie

Mimo wyborczego zwycięstwa Ruchu Pięciu Gwiazd wciąż nie wiadomo, kto zostanie premierem

Choć końcowe wyniki głosowania z 4 marca właściwie zgadzały się z sondażami przedwyborczymi, dla wielu komentatorów i obywateli ostateczny rezultat jest trudny do strawienia. Zdecydowanym zwycięzcą okazał się Ruch Pięciu Gwiazd, populistyczna formacja założona kilka lat temu przez komika telewizyjnego Beppe Grilla bardziej jako antysystemowy happening niż realna platforma polityczna. Zyskując ponad 32% głosów, przedstawiciele Ruchu będą dominującą siłą w parlamencie. Tuż za nimi znalazła się ustępująca po pięciu latach rządzenia krajem Partia Demokratyczna, dla której to wynik wręcz poniżający. Ugrupowanie byłego premiera Mattea Renziego straciło prawie 7 pkt proc. poparcia, a całościowy wynik spadł poniżej 19%, bo wielu wyborców odwróciło się właśnie w stronę Ruchu Pięciu Gwiazd. Jednak najważniejsze w wyborczej układance jest to, co się dzieje na dalszych pozycjach.

On wrócił

Największym wygranym okazała się skrajnie prawicowa, nacjonalistyczna Liga Północna, która na włoskiej scenie politycznej istnieje od dziesięcioleci, ale nigdy nie odgrywała pierwszoplanowej roli. Tym razem partii, której przewodzi charyzmatyczny Matteo Salvini, udało się zdobyć 17,7% głosów, czyli jedynie nieco ponad 1 pkt proc. mniej od Partii Demokratycznej. Jak zradykalizowały się nastroje włoskiego elektoratu, pokazuje jednak dopiero zestawienie wyników Ligi z 4 marca z rezultatami z poprzednich wyborów. Nacjonaliści zyskali bowiem aż 14 pkt proc. i po raz pierwszy są naprawdę liczącą się opcją polityczną we Włoszech. Siły i znaczenia dodaje im fakt, że do wyborów tak naprawdę nie szli sami. Salvini zawarł przymierze z Forza Italia, partią triumfalnie powracającego do polityki Silvia Berlusconiego.

Były premier skandalista nie zostanie tym razem szefem rządu, ale i tak z tylnego siedzenia kierował kampanią. W dodatku legitymizował koalicję, ponieważ na kartach do głosowania pakt wyborczy prawicy z nacjonalistami miał w nazwie właśnie nazwiska Berlusconiego i Salviniego. Jeśli do tego zabójczego paktu dodamy piątych w wyborach nacjonalistycznych Braci Włoskich (Fratelli D’Italia, co nawiązuje do pierwszych słów włoskiego hymnu), którzy już deklarują chęć wejścia do koalicji z Ligą i Forza Italia, zarysuje się nam mnogość scenariuszy formowania rządu.

Choć Ruch Pięciu Gwiazd wybory wygrał, nie zdobył w nich większości. Z tego względu potrzebuje albo koalicyjnego partnera do sformowania rządu, albo wsparcia posłów innych formacji w głosowaniach.

Wydaje się więc, że dużo większe szanse na desygnowanie nowego premiera ma Liga Północna, która dogadała się już z Berlusconim i Braćmi Włoskimi. Logika nakazuje, by szefem rządu został w takiej sytuacji szef partii o najsilniejszej legitymizacji wyborczej, czyli Matteo Salvini. Wśród starszych członków Forza Italia pojawiają się jednak obawy, że jego radykalizm i kontrowersyjne poglądy mogą być nie do przełknięcia dla wielu posłów i w dalszej perspektywie bardziej zaszkodzić krajowi, niż pomóc. Dlatego wysuwają kontrkandydaturę – szefa Parlamentu Europejskiego Antonia Tajaniego.

Poddawać się w walce o fotel premiera nie zamierza też Luigi Di Maio, 31-letni lider Ruchu Pięciu Gwiazd. To między tymi trzema panami rozegra się najpewniej końcowa walka o stworzenie włoskiego rządu.

Złote dziecko prawicy

Teoretycznie największe szanse na wygraną ma Salvini, nazywany złotym dzieckiem włoskiej radykalnej prawicy. Kierownictwo Ligi Północnej przejął w 2013 r., zapowiadając znaczące zmiany w sposobie zarządzania partią. Niewielu jednak wierzyło w powodzenie jego misji. Ligę przejmował z rąk Umberta Bossiego, człowieka symbolu, który na czele partii stał ponad 20 lat, nigdy jednak nie wyprowadził jej poza margines włoskiej polityki.

Jeśli nie udało się to Bossiemu, jakim cudem do sukcesu miałby poprowadzić partię Salvini, znany bardziej z kontrowersyjnych wypowiedzi niż z sukcesów politycznych? 44-letni dziś polityk trafił na pierwsze strony ogólnokrajowych dzienników w 2009 r., kiedy zasugerował, że w jego rodzinnym Mediolanie władze lokalne powinny wprowadzić tramwaje „tylko dla mediolańczyków”. W ten sposób sprzeciwiał się napływowi imigrantów do północnych Włoch, matecznika tamtejszych narodowców.

Salvini szybko jednak uczył się politycznego rzemiosła i stopniowo konsolidował poparcie w partii, stając się rozpoznawalną figurą krajowej polityki. Języka nie złagodził przy tym ani trochę. W tegorocznej kampanii wyborczej wielokrotnie nazywał europejską walutę „zbrodnią przeciwko ludzkości”, zapowiadając, że w przypadku zwycięstwa doprowadzi do wycofania się Włoch z unii monetarnej. Nie ukrywa też swojego rasizmu – w zeszłorocznym wywiadzie dla największej włoskiej agencji informacyjnej ANSA przyznał, że jego zdaniem w kraju powinna się odbyć „masowa czystka, dotykająca każdego miasta, każdego domu, każdej ulicy”. Włochy są według niego ofiarą nieudolności Brukseli, zwłaszcza w kwestii mechanizmu relokacji uchodźców. Przybysze z Afryki i Bliskiego Wschodu, których Włochy przyjęły już ponad 600 tys. i którzy w zdecydowanej większości pozostają na Półwyspie Apenińskim, to dla Salviniego synonim przestępczości, terroryzmu, a nawet zagrożenia zdrowia publicznego poprzez rzekomo przenoszone choroby i ryzyko wystąpienia epidemii.
Lider Ligi Północnej nie ukrywa wreszcie, skąd czerpie inspirację. Jego ugrupowanie systematycznie wskrzesza pamięć o Mussolinim, twórcy włoskiego faszyzmu. Salvini o reżimie Mussoliniego i jego spuściźnie zawsze wypowiada się nad wyraz ciepło. Publicznie chwalił jego dokonania inwestycyjne, mówiąc, że „za czasów Duce budowano wiele fantastycznych rzeczy”. I dodawał, że współcześni włoscy politycy mogliby opierać politykę infrastrukturalną właśnie na planach Mussoliniego. Co więcej, regularnie uczestniczy w zjazdach Ligi Północnej w Predappio, rodzinnej miejscowości dyktatora, przez wielu radykałów nazywanej „Betlejem włoskiego nacjonalizmu”.

Najmłodszy

Zgoła odmienny jest profil jego głównego rywala, Luigiego Di Maio. Gdyby to jemu udało się sformować nowy rząd, byłby najmłodszym premierem w historii Włoch – ma jedynie 31 lat. Z wykształcenia prawnik, przed wejściem do polityki imał się najróżniejszych zajęć. Dorabiał projektowaniem stron internetowych, pracował jako kelner, długo nie mógł znaleźć stałego zajęcia. Ruch Pięciu Gwiazd okazał się dla niego życiową szansą i z pewnością Di Maio jej nie zmarnował. W wieku 26 lat był najmłodszym wiceprzewodniczącym włoskiej Izby Deputowanych, od początku namaszczanym przez Beppe Grilla na przyszłego lidera Ruchu, kogoś, kto pogodzi jego antysystemową naturę z profesjonalizmem i wykształceniem niezbędnym do uprawiania polityki na najwyższym szczeblu.

Wielu porównuje go do Donalda Trumpa, a sam Di Maio został niejako przez prezydenta Stanów Zjednoczonych wskazany – gdy był z wizytą w USA, Trump przepowiedział mu, że zostanie premierem Włoch. Lidera Ruchu Pięciu Gwiazd trudno jednak uznać za klasycznego antysystemowca. W przeciwieństwie do Salviniego nie popiera bezkrytycznie wyjścia Włoch z Unii, mówiąc, że ewentualne referendum w tej sprawie byłoby „rozwiązaniem ostatecznym”.
W jego przypadku niepokoi co innego – pogarda dla instytucji demokratycznych. Di Maio wzywa do gruntownego przemeblowania włoskiego ustroju, znaczącego ograniczenia liczby parlamentarzystów i reformy sądownictwa. W superlatywach wypowiada się o Trumpie i o Putinie. Nie ukrywa też, że zachęcał członków swojej formacji do udziału w szkoleniach politycznych organizowanych przez rosyjskich spin doktorów. Jeśli dodać do tego rewelacje włoskiej prasy o bezpośrednim finansowaniu Ruchu Pięciu Gwiazd uruchomionym przez prokremlowskie banki, wyłania się wizja marionetkowego polityka walczącego o fotel premiera Włoch.

Ze wszystkich trzech kandydatów na nowego szefa rządu najmniej kontrowersyjny jest chyba Antonio Tajani. Doświadczony prawicowy polityk, choć znany bardziej w Brukseli niż we Włoszech, miałby być nową twarzą starego potwora – Berlusconiego. Tajani nie jest specjalnie charyzmatyczny, nie ma zbyt wyrazistych poglądów. Dlatego reszta świata patrzyła z duszą na ramieniu na niego jako kandydata na premiera. Jego rządy oznaczałyby bowiem powrót do władzy Berlusconiego. Paradoksalnie dziś wydaje się to opcją najmniej szkodliwą – zarówno dla Włoch, jak i całej Europy.

Wydanie: 11/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy