Wołyń – przemilczana historia

Wołyń – przemilczana historia

Na Kresach zamordowano ok. 150 tys. Polaków! Tylko na Wołyniu Polacy zginęli w prawie 2,5 tys. miejscowości

Dr Leon Popek – historyk, archiwista, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej, opiekun polskich miejsc pamięci na Wołyniu. Konsultant historyczny w filmie „Wołyń”. Jeszcze w latach 70. rozpoczął prywatnie zbieranie relacji świadków ludobójstwa OUN-UPA. Od 1990 r. organizuje akcje renowacji i porządkowania wołyńskich cmentarzy. W 1992 r. współorganizował ekshumacje szczątków ofiar OUN-UPA w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Jest autorem lub współautorem 21 książek i ponad 180 artykułów, głównie na temat historii Kresów.

Ile jest w „Wołyniu” prawdy, a ile fikcji?
– W tym filmie skupiają się jak w soczewce wszystkie najistotniejsze problemy, które zaistniały nie tylko na Wołyniu, ale również w Małopolsce Wschodniej – województwach lwowskim, stanisławowskim, tarnopolskim… Na dobrą sprawę nie wiemy, w jakiej wsi toczy się akcja, nie możemy tego dokładnie umiejscowić. To dzieje się gdzieś na Wołyniu, a raczej – na Kresach. A ile jest prawdy i fikcji? Każda scena, która znajduje się w filmie, ma potwierdzenie w dokumentach, w relacjach, we wspomnieniach. Z różnych miejsc, miejscowości, z Kresów.
Możemy więc sobie wyobrazić, że tak właśnie było. Tak wyglądały tamte wsie, tamte zwyczaje… I tamte wydarzenia.
– Dokładnie tak. Choć w filmie jest spojrzenie autora. Reżyser ma do tego prawo.
A jak panu pracowało się przy filmie? W Polsce dramat Wołynia jest zdecydowanie mniej znany niż np. powstanie warszawskie.
– Nie byłem jedynym konsultantem „Wołynia”. Reżyser miał cały sztab ludzi – od strojów, od broni, od mundurów, od obyczajów. Pięknie zostały pokazane obrzędy, zwyczaje związane z porami roku. Majstersztyk! To jest oddanie tamtego świata w każdym detalu. I teraz – na tle tego wszystkiego – tamte krwawe wydarzenia. A moja rola? Kilka razy spotykałem się z Wojtkiem Smarzowskim jeszcze przed powstaniem filmu. Rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy, udostępniłem mu książki dotyczące tamtych wydarzeń, wspomnienia. Potem, gdy powstawał film, też rozmawialiśmy. Smarzowski słuchał. I za każdym razem zadawał pytanie: „Co się panu nie podobało, proszę szczerze”. A ja widziałem wielką fachowość, przywiązanie do najmniejszych detali, do tego, żeby każda scena miała sens.

Zakazany świat

Dlaczego tak mało wiemy o Wołyniu? O wiele mniej niż o innych dramatycznych wydarzeniach?
– Złożyło się na to kilka przyczyn. Po pierwsze, w okresie PRL Wołynia właściwie nie było. Nie było badań ani literatury, zaledwie kilka osób tym się zajmowało. Jeżeli już poruszano jakiś temat, to nie Armii Krajowej, 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, uwypuklano najczęściej działalność partyzantki radzieckiej. Z krzywdą dla faktów. Dla władzy ten temat nie istniał.
A po roku 1989?
– Wtedy zaczęto mówić o Wołyniu. Ale – co nie jest przypadkiem – nie zajęli się tym zawodowi historycy. Ten temat nie był drążony, nie był badany w katedrach historii naszych uczelni. Największe dzieło dotyczące Wołynia, „Ludobójstwo na Wołyniu”, to praca Ewy i Władysława Siemaszków, którzy nie są historykami. Dzieło wspaniałe, można powiedzieć – wyjątkowe. Tam są dokumenty, relacje, wspomnienia i, co najważniejsze, nazwiska. Nazwiska osób, które zginęły. Wymienionych jest prawie 2 tys. miejscowości i niemal 20 tys. nazwisk, imion… W ostatnich latach powstało wiele prac wspomnieniowych, monografii poszczególnych miejscowości. Są już także pierwsze dobre warsztatowo prace pisane na podstawie dokumentów. Można więc powiedzieć, że Wołyń przez te dwadzieścia kilka lat został dosyć dobrze opisany. Szkoda tylko, że w literaturze, w mediach temat ludobójstwa Polaków na Kresach jest nadal zawężany tylko do Wołynia.
Małopolski Wschodniej nie ma.
– Jest rok 1943 i Wołyń. A w 1944 r. terror OUN-UPA przeniósł się do województw południowych. Na terenach województwa lwowskiego zginęło ok. 18 tys. Polaków, w województwie stanisławowskim ok. 12 tys., w tarnopolskim – prawie 25 tys., w lubelskim – też kilka tysięcy, a jest jeszcze przemyskie… W sumie zamordowano ok. 150 tys. Polaków! Na Wołyniu – 60 tys. ofiar, a na innych terenach – 90 tys. A one praktycznie nie istnieją w opisie dziennikarskim, w naszej świadomości i – co ważne – w rocznicach. Nie obchodzimy rocznic ludobójstwa Polaków w 1944 czy 1945 r. Pamiętamy o rocznicy wołyńskiej 11 lipca 1943 r. O Małopolsce Wschodniej – już nie.

Dlaczego zabijali?

Co spowodowało tę zbrodnię? Ludzie żyli obok siebie tyle lat i nagle sąsiad przychodzi zabijać sąsiada. Jak to zrozumieć?
– Zajmuję się tym tematem ponad 30 lat i wciąż trudno mi zrozumieć, dlaczego tak się stało. Choć mogę wymienić wiele przyczyn. Główną jest ideologia Dmytra Doncowa, ideologia nacjonalistyczna, rzucona przez działaczy OUN, a później UPA, realizowana przez UPA – stworzenia państwa ukraińskiego bez cudzoziemców, bez innych nacji. UPA mordowała praktycznie wszystkich, którzy jej się przeciwstawiali, nie tylko Polaków. Mordowała też Czechów – ponad 300 Czechów zginęło z jej rąk. Mordowała Żydów, Rosjan, Ormian, Holendrów, potomków osadników niderlandzkich, którzy tam mieszkali. To również będą dziesiątki, może setki ofiar. Mordowała Ukraińców! Tylko na Wołyniu 40 tys. Ukraińców zostało zabitych za to, że nie wspierali UPA, że krytykowali jej działania. Z rąk UPA zginęło dwóch biskupów prawosławnych, wielu księży prawosławnych, greckokatolickich. Za co? Za to, że np. ukrywali Polaków, pomagali Polakom albo krytykowali UPA – więc i ich dosięgła brutalna śmierć. Zamordowano ich, nieraz z całymi rodzinami. O tym się zapomina.
Ta śmierć jest prawie zawsze brutalna.
– Kiedy na jednej z polsko-ukraińskich konferencji zapytałem, dlaczego mordowano w sposób tak okrutny, tak dziki, za pomocą wideł, siekier czy noży, jeden z historyków ukraińskich mi odpowiedział: „No, proszę pana, a czym mieli mordować? Przecież amunicji nie było za wiele, więc mordowano tym, co było pod ręką”. Ale w dalszym ciągu nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego te zbrodnie odznaczały się takim sadyzmem, wyjątkowym okrucieństwem! Także w stosunku do kobiet, do małych dzieci, do ludzi starych. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć, że giną mężczyźni, potencjalnie niebezpieczni. Ale dzieci?! Chociaż z perspektywy czasu okazuje się, że ta metoda była wyjątkowo skuteczna.

Polaków już tam nie ma

Dzisiaj na tych terenach nie ma Polaków.
– Nie trzeba robić plebiscytów, do kogo te tereny mają należeć. To metoda wyjątkowo brutalna, ale i wyjątkowo skuteczna. Pozbyto się obcych. Tak jak zakładała doktryna.
Ukraińscy historycy, mówiąc o Wołyniu, podnoszą, że nie istnieje żaden pisemny rozkaz UPA, by mordować Polaków. I że nie wiadomo, dlaczego ta wojna wybuchła.
– Nie ma rozkazów z 1943 r., ale z okresu późniejszego, dla lat 1944-1945, są już liczne. Mamy też dziwne zjawisko – jeżeli pojawiają się jakieś dokumenty, natychmiast znajdują się historycy, którzy mówią, że to fałszywki. Że dokumenty są nieprawdziwe, zmyślone, podrobione. Jeśli pojawi się protokół przesłuchania któregoś z dowódców UPA przez NKWD, jego spisane zeznania, oni twierdzą, że to fałszywka. A przecież najlepszym dowodem, że ludobójstwo Polaków było działaniem świetnie zorganizowanym, chociażby od strony logistycznej, jest dzień 11 lipca 1943 r.
Krwawa niedziela.
– Tego dnia oddziały UPA napadły jednocześnie na prawie 100 miejscowości w trzech powiatach. Tego jednego dnia były napady na sześć kościołów, w których Polacy gromadzili się na niedzielnych mszach, i tylko tego jednego dnia zginęło kilka tysięcy Polaków. A działo się to w warunkach, kiedy te tereny kontrolowali jeszcze Niemcy. Może nie lasy, nie wsie, ale miasta – całkowicie. Świadczy to o tym, że akcja była dobrze zorganizowana.
Że nie była spontaniczna.
– Ze strony ukraińskiej spotykam się z taką interpretacją: że to były jakieś niezorganizowane bandy, oddolne działania ludu ukraińskiego, który się zbuntował, miał już dość polskich panów. Tylko że to się kupy nie trzyma. O jakiej rabacji może być mowa? O jakiej rewolucji przeciwko szlachcie polskiej? Przecież to były ataki na chłopów, na sąsiadów, na tych, którzy mieli właściwie tyle samo co sąsiedzi Ukraińcy.
Sąsiad mordował sąsiada?
– Owszem, często brała udział w mordowaniu ludność okoliczna, ale nie wszyscy. Nie wszyscy Ukraińcy. UPA wchodziła do miejscowości ukraińskich, które sąsiadowały z wsiami polskimi, werbowała, pod przymusem wypędzała, a mimo to zdecydowana większość Ukraińców nie brała udziału w atakach na polskie wsie. To też trzeba wiedzieć, to też trzeba badać. Wielu sprawiedliwych Ukraińców ratowało Polaków z narażeniem życia swojego i swoich rodzin. Dopiero od kilku lat ten temat jest badany. Wcześniej nie istniał.
To bardzo trudne badania. Jak pan znajdzie tych ludzi lub ich potomków? Teraz, kiedy ma pan ulice Bandery, Szuchewycza?
– Zetknęliśmy się z tym problemem kilka lat temu. Aleksandra Zińczuk zajmowała się tym tematem, razem z polskimi i ukraińskimi studentami szukała sprawiedliwych Ukraińców. Nagrywała ich relacje, ukazała się książka na ten temat. Jej doświadczenia są niezwykle cenne, bo okazało się, że w wielu przypadkach Ukraińcy, ci pamiętający, najstarsi, bali się mówić o tych szlachetnych czynach. A przecież to najszlachetniejszy czyn, jakiego człowiek może dokonać – uratować bliźniego w zagrożeniu życia! I oni bali się o tym mówić! A teraz pewnie będą się bać jeszcze bardziej, gdy od roku obowiązuje ustawa karząca tych, którzy podważają działalność UPA. Lęk było widać, nawet gdy szukaliśmy grobów Polaków – bano się nam je pokazywać.

Doły śmierci

Jak jest z poszukiwaniem grobów? Ile pozostało nieodkrytych miejsc, gdzie leżą Polacy?
– Poszukiwanie grobów to problem ważny, może w tej chwili najważniejszy. Tylko na Wołyniu Polacy zginęli w prawie 2,5 tys. miejscowości. To jeszcze badamy, bo z wielu miejscowości nie mamy żadnych relacji, nie ma żadnego świadka ani dokumentu. A będzie coraz trudniej.
Ludzie umierają.
– Przez te dwadzieścia kilka lat nie wykonaliśmy pracy historycznej. Nie zbieraliśmy wspomnień. Zajmowały się tym pojedyncze osoby, m.in. ja do nich należę – udało mi się zebrać prawie 2,5 tys. relacji. Ale dzisiaj, gdybym szukał świadków z Ostrówek czy z Woli Ostrowieckiej, już bym ich nie znalazł. Nie byłbym w stanie odtworzyć nazwisk ponad tysiąca osób, które zginęły. Robiłem to 30 lat temu, żyli jeszcze świadkowie, zebrałem wtedy 120 relacji, tylko z Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. Poza tym w dalszym ciągu w tych ok. 2,5 tys. miejscowości, gdzie Polacy ginęli, upamiętnionych krzyżem jest zaledwie ok. 180 miejsc. Z tym że połowa owych upamiętnień nie stoi na mogile. To jedynie symboliczne upamiętnienie – jakiś krzyż na rozstaju dróg, gdzieś pod lasem, na łące… W miejscu, gdzie była kiedyś wieś, a teraz, po latach, trudno zlokalizować mogiłę zbiorową czy pojedyncze groby.
Nie ma już wsi i nie wiadomo, gdzie leżą zamordowani.
– To nie były mogiły na cmentarzu, ale doły śmierci, do których wrzucano zwłoki. Bywało też, że w ogóle nikogo z zamordowanych Polaków nie grzebano. Nikt zamordowanych nie zakopywał, pozostawiano ich na pastwę dzikich zwierząt. Te kości odnajdujemy często przypadkowo. Nieraz wrzucano zwłoki tam, gdzie zakopywano wcześniej padlinę. Nieraz bezczeszczono je celowo. Mamy więc zaledwie kilka procent upamiętnień. Ponad 95% Polaków zamordowanych na Wołyniu nigdy nie zostało upamiętnionych krzyżem, nie miało katolickiego pochówku. A w Małopolsce Wschodniej jest z tym jeszcze gorzej. To dzisiaj najbardziej bolesny problem – że państwo polskie nie zadbało o godne uczczenie, upamiętnienie rodaków, swoich obywateli. Jak gdybyśmy o nich zapomnieli. Nie tylko zapomnieliśmy – nawet ich nie szukaliśmy.
Prace historyków chyba trwają?
– Cała nasza nadzieja w zapowiadanych pracach Instytutu Pamięci Narodowej. Do dziś nie powstała jeszcze mapa miejsc pamięci. Nie wiemy nawet, ile jest miejscowości, w których zamordowani zostali Polacy. Nie wiemy też, ile jest tam miejsc ich spoczynku. Bo są wsie, gdzie będzie kilkadziesiąt miejsc do odnalezienia, do ekshumacji, do upamiętnień. Ja od dwudziestu kilku lat poszukuję mogił, dołów śmierci w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Do dziś odnaleźliśmy ich 10, a w nich 680 osób. Ale mamy do odnalezienia jeszcze ok. 30 i kolejnych 370 osób. Czy uda nam się wszystkie odnaleźć? Prawdopodobnie nie. Ale szukamy. Trudności są olbrzymie. Spotykamy się z takimi sytuacjami jak w Gaju, gdzie dół śmierci został rozkopany. Ktoś to zrobił z olbrzymim wysiłkiem, a potem wrzucił kilka furmanek odpadków. Jakieś nocniki, puszki po konserwach, eternit, stare obuwie. Wszystkie śmieci z gospodarstwa domowego. A rozkopując, widział przecież kości… To była celowa dewastacja, celowa profanacja.

Będzie nam wstyd

Przecież Polaków w roku 1943 było na Wołyniu już bardzo mało. Stanowili mniejszość. Nie przeszkodziliby, gdyby państwo ukraińskie chciało tam powstawać.
– W 1939 r. Polaków na tamtych terenach było ok. 350 tys., 16-18% ludności. Ale po działalności najpierw Rosjan – wywózkach na Syberię, rozstrzeliwaniu w więzieniach – a potem wywożeniu na roboty przymusowe do Rzeszy przez Niemców i jeszcze działaniach policji ukraińskiej, w 1943 r. Polacy na Wołyniu stanowili ok. 10% ludności. Co więcej, ta grupa narodowościowa była już pozbawiona inteligencji, wojskowych, działaczy społecznych, elementu przywódczego, więc tylko się bronili. I to nie zawsze i nie wszędzie. Paradoksem jest, że na północy, np. w powiecie kowalskim, sarneńskim, Polacy uciekali, szukali schronienia u partyzantki sowieckiej, chociaż żadnych sympatii komunistycznych nie mieli.
Bo to była jedyna siła, która mogła ich obronić.
– Zdarzało się, że szukali pomocy nawet u Niemców. Uciekali tam, gdzie były posterunki niemieckie czy węgierskie. A mamy zarzuty historyków ukraińskich, że Polacy współpracowali z Niemcami i Sowietami przeciwko UPA. I dlatego UPA musiała eliminować te wsie. Bo one stanowiły dla niej zagrożenie.
Oglądał pan „Wołyń” i czuł, że wraca tamten świat?
– To jest pięknie oddane… Chociaż film będzie bardzo trudny, nie tylko dla widza ukraińskiego, ale również polskiego. Moim zdaniem wstrząśnie nami, wyjdziemy przytłoczeni tym, co zobaczyliśmy. Ale przede wszystkim zdamy sobie sprawę, że coś w naszej historii, naszej pamięci strasznie zaniedbaliśmy. Będzie nam trochę wstyd, że jako społeczeństwo, jako historycy zapomnieliśmy o rodakach. Pewnie więc poczujemy się trochę współwinni, że braliśmy udział w niepamięci. Myślę też, że ten film będzie zadośćuczynieniem dla rodzin z Kresów. Ci ludzie czekali na taki obraz. Czekali, że ktoś pokaże prawdę, upomni się o nią, wykrzyczy ją. Ktoś pokaże światu, że tak było. Że było tak strasznie, że aż nie do uwierzenia.

Wydanie: 39/2016

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Lotka
    Lotka 30 września, 2016, 10:58

    Przemilczana to fakt i to przez lata. Ale dobrze że zaczęto o tym mówić, a przez dzieło artystyczne ma na pewno mocniejszą formę przekazu niż przez suche fakty.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Drops
    Drops 30 września, 2016, 14:31

    Świetny wywiad. Liczby i fakty mówią same za siebie. Ale tak jak napisał dr Popek: wielu Ukraińców nam pomagało. Wielu z nich przypłaciło to życiem. O nich też trzeba pamiętać. Nie możemy ich wszystkich wrzucać do jednego worka. Film Smarzowskiego jest bardzo potrzebny. Z tego co i nim czytam, to reżyser faktycznie z wielką dbałością podszedł do faktów, sprawiedliwie pokazał obie strony – nas i Ukraińców. Bardzo czekam aż pójdę na „Wołyń” do kina.

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. teresa
    teresa 17 października, 2016, 08:44

    Moi Rodzice pochodzili z wsi Antoniówka i Lubsza/woj. stanisławowskie. Znam z ich opowiadań te akcje które przeżyli na własnej skórze. Wczoraj oglądałam film WOŁYŃ , wstrząsające , chyba wiernie pokazane, bo taką wersją znałam z opowiadań Rodziców. Teraz Ukraińcy pracują w Polsce , nigdy nie uwierzę w ich dobrą intencję. Wówczas też tak było w jednej ławce szkolnej siedział mój Tato/1918r/ z Ukraińcem , który później przyszedł zamordować

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy