Wyborczy fitness

Wyborczy fitness

17 godzin i 40 minut w komisji liczącej głosy w Wilanowie

W wyborach samorządowych głosowano w 26 983 obwodach. W każdym musiały być dwie komisje wyborcze: jedna do przeprowadzenia głosowania, druga do ustalenia jego wyników. Pracowało w nich co najmniej 270 tys. ludzi. Byłam jedną z tych osób.

Pozwolenie na bazgranie

Nigdy nie byłam członkiem żadnej partii. Nigdy też nie pracowałam w żadnej komisji wyborczej. I pewnie nigdy bym się na to nie zdobyła, gdyby nie poprawki do Kodeksu wyborczego, które wniosła ustawa ze stycznia tego roku. Moje obawy wzbudziło już to, że głos będzie ważny wtedy, kiedy w kratce pojawi się wiele linii, o ile co najmniej dwie będą się przecinać. Ale naprawdę niepokojące było co innego: że w innej kratce można narysować, co się chce, można też kratkę zamazać i głos pozostanie ważny, jeśli tylko bazgroł w tej drugiej kratce nie składa się – całkiem przypadkowo – z dwóch lub więcej przecinających się linii. Już widziałam oczami wyobraźni, jak członkowie komisji liczącej głosy cichcem zamazują głos oddany na jednego kandydata, a wstawiają x w kratce przy innym kandydacie.

Niepokój wrócił, kiedy zbliżał się termin zgłaszania kandydatur do komisji obwodowych, który ustalono na 21 września. Uznałam, że skoro mam wątpliwości co do nowych regulacji, powinnam się zgłosić do obwodowej komisji wyborczej. Sądziłam, że komitety wyborcze będą chciały mieć w komisjach jak najwięcej ludzi, którym ufają, i że będzie nadmiar chętnych. A w tej sytuacji zdobycie miejsca w komisji przez osobę bez poparcia jakiegokolwiek komitetu wyborczego będzie niemożliwe. Pozostawało uzyskać takie poparcie. Duże partie nie wchodziły w rachubę, bo sądziłam, że mają armię chętnych do uczestniczenia w pracach komisji (dziś wiem, że wcale tak nie było). Postanowiłam przekonać do siebie jedną z małych partii. Zależało mi na tej drugiej, nocnej komisji, bo wtedy – moim zdaniem – mogłoby dochodzić do nieprawidłowości. Po długim zastanowieniu poprosiłam o poparcie Unię Europejskich Demokratów.

Pełnomocnik wyborczy KW UED Zdzisław Litwińczuk nie był zaskoczony moim telefonem. Jak się okazało, jego partia zgłosiła już do komisji w całym kraju ok. 300 osób, które – podobnie jak ja – o to prosiły. Umówiliśmy się w siedzibie partii, bym odebrała wystawione na mnie odpowiednie zgłoszenia. Zdziwiłam się i ucieszyłam, że poszło jak z płatka. Pomyślałam, że zapewne mój głos budzi zaufanie. – Czy pani sądzi, że wystawiam to zgłoszenie na piękne oczy? – spytał Zdzisław Litwińczuk z uśmiechem, kiedy się spotkaliśmy. – Pełnomocnik wyborczy musi mieć swoje sposoby na sprawdzenie ludzi, którzy się zgłaszają do komisji. Szczególnie takie małe partie jak nasza są narażone na to, że pojawią się trolle z innych opcji.

Kanapki i coś do picia

Rejestruję się w jednej z komisji wyborczych w warszawskim Wilanowie. Obie komisje obwodowe, czyli ta od przeprowadzenia wyborów i ta od liczenia głosów, mają po pięciu członków. W mojej są dwie osoby zgłoszone przez KKW Platforma.Nowoczesna Koalicja Obywatelska, jedna przez KW PiS, jedna przez KW Stowarzyszenia Mieszkańców Miasteczka Wilanów i ja – przez KW Unii Europejskich Demokratów.

Przez telefon dowiaduję się o szkoleniu. Jest za późno, bym mogła zmienić wcześniejsze plany i w nim uczestniczyć. Idę do urzędu dzielnicy. Urzędniczka informuje, że na pierwszym spotkaniu wybrano przewodniczącą komisji i jej zastępczynię. Dostaję broszurkę z wytycznymi dla obwodowych komisji wyborczych. Mam się z nią zapoznać. Upewniam się jeszcze, ile godzin może trwać liczenie, bo mam ważną sprawę w poniedziałek rano. Pani w urzędzie uśmiecha się i mówi, że lepiej, bym z nikim się nie umawiała. Ona pamięta, że kiedyś komisja liczyła głosy do późnych godzin popołudniowych. Mam nadzieję, że tak nie będzie.

,Znajomi dziwią się, że chcę pracować w komisji. Radzą, żebym wzięła kanapki i coś do picia. Przewodnicząca komisji dzwoni, żeby powiedzieć, że ona przyniesie kawę i kubeczki jednorazowe. I że spotkamy się w dzień wyborów pod lokalem komisji o 20.45.

Fatalny start

Waham się między czarnymi szpilkami a białymi tenisówkami. Zwyciężają tenisówki. Jestem pierwsza pod lokalem wyborczym. Jeszcze otwarty. W przezroczystej urnie widać karty do głosowania. Zajmują jakieś cztery piąte wysokości, więc chyba nie jest źle.

Szybkim krokiem wchodzą ostatni wyborcy: mężczyzna, para, para, mężczyzna… Zjawiają się członkowie mojej komisji. Katarzyna, przewodnicząca, zgłoszona przez Stowarzyszenie MW Wilanów, wiceprzewodnicząca Anna oraz Dariusz zgłoszeni przez komitet Platforma.Nowoczesna Koalicja Obywatelska i Rafał zgłoszony przez komitet PiS. Oni już się znają ze szkolenia, mnie widzą po raz pierwszy. I być może zastanawiają się, po czyjej stronie jest taka osoba przysłana przez Unię Europejskich Demokratów.

Pojawia się szósta osoba. Kobieta. Ma dokumenty, z których wynika, że jest mężem zaufania zgłoszonym przez PiS. Ma nam towarzyszyć przez cały czas liczenia głosów. Żaden inny komitet wyborczy nie przysłał męża zaufania.

Wybija 21. Wchodzimy do sali. Za biało-czerwoną zastawką jeszcze jeden wyborca. Komisja dzienna już policzyła podpisy wyborców na listach i na czterech kupkach ułożyła też policzone niewykorzystane karty do głosowania na radnych Sejmiku Województwa Mazowieckiego, Rady m.st. Warszawy i Rady Dzielnicy Wilanów oraz na prezydenta m.st. Warszawy. Musimy sprawdzić, czy te wyniki zgadzają się ze stanem faktycznym. Ta operacja przekazywania przez komisję dzienną komisji nocnej list, kart, urny oraz wszystkich materiałów związanych z wyborami odbywa się po raz pierwszy. Do tej pory w wyborach była tylko jedna komisja, która najpierw przeprowadzała głosowanie, a potem liczyła głosy. Ta zmiana, zdaniem rządzących, ma uchronić przed błędami w liczeniu głosów wynikającymi z tego, że członkowie komisji są zmęczeni 14-godzinnym dyżurem.

Żeby wszystko odbywało się jak trzeba, Anna wyciąga broszurkę z wytycznymi Państwowej Komisji Wyborczej dla komisji obwodowych. Komisja dzienna w naszej asyście przylepia plomby na otworze urny i plombami łączy pokrywę z korpusem. Plombuje też drzwi boczne i drzwi balkonowe prowadzące na zewnątrz. Od tego momentu nikt nie może zerwać plomb, a więc nie może niczego dorzucić lub wyjąć z urny, a wyjście jest możliwe tylko przez jedne drzwi, które cały czas mają być zamknięte na klucz. Zaczynamy liczyć podpisy na listach wyborców i niewykorzystane karty. Sięgam po te, które pozostały po głosowaniu do Rady m.st. Warszawy. Ułożone dziesiątkami. W jednym pakiecie dwie karty się skleiły i jest ich faktycznie 11. Wynik jest więc wyższy o jeden, zamiast 130 – 131. Gdybym wiedziała, jakie to będzie miało konsekwencje…

Mężczyzna z dziennej komisji, który wcześniej liczył te karty, wbija we mnie wzrok grzechotnika. Proszę Dariusza, żeby przeliczył ponownie. Potwierdza mój wynik. Wypełniamy nowy protokół z tą zmianą. Podpisujemy dziesięcioma podpisami. W wytycznych zapisano, że po złożeniu podpisów komisja dzienna może opuścić lokal. Zostaje tylko ich przewodnicząca. Razem z naszą przewodniczącą idą do pokoju, w którym dyżuruje operatorka komputera. Wprowadza protokół do systemu, a ten… go odrzuca. Trzeba protokół poprawić.

Teraz okazuje się, że – choć wytyczne mówiły inaczej – komisja dzienna powinna czekać do momentu, kiedy system zaakceptuje protokół. Tymczasem cztery osoby są już w drodze do domu. Przewodnicząca dzienna dzwoni po kolei na komórki swoich ludzi, ale nikt nie odbiera. Dzwoni po raz drugi, coraz bardziej zdenerwowana. W końcu udaje się do wszystkich dodzwonić. Są wkurzeni, bo po pierwsze są na nogach od godz. 5 rano, a po drugie – jeśli nie mają samochodu, muszą jechać taksówką. Jedna z dziewczyn wraca aż z Targówka, czyli musi przejechać prawie całą Warszawę. Ale nie ma wyjścia, bo komisja nocna, czyli my, nie może zacząć pracy, dopóki protokół nie zostanie przyjęty.

W internecie sprawdzamy, jakie są prognozy wyborcze. Okazuje się, że według nich Rafał Trzaskowski dostał ponad 50% głosów i wygrał w I turze. Tego nikt się nie spodziewał. – To my jeszcze nie otworzyliśmy urny, a oni już wiedzą, jaki jest wynik? – żartuje Katarzyna. A potem wyciąga z torby kawę rozpuszczalną i kubeczki jednorazowe – nie zapomniała o obietnicy. Cała piątka ma ochotę na kawę. Wodę gotujemy w czajniku u ochroniarzy, którzy siedzą w recepcji, przed salą ślubów, w której rezyduje komisja.

Dariusz dzwoni do żony, która jest członkiem innej komisji obwodowej. Oni też jeszcze nie otworzyli urny. To nam poprawia humory.
Oczekiwanie – okazja dla mnie, by spytać członków komisji, czy znają wyjaśnienie Państwowej Komisji Wyborczej z 15 października w sprawie ważności głosu. Trafiłam na nie na stronie PKW poprzedniego dnia i wydrukowałam w pięciu egzemplarzach, dla każdego z członków. Nie znają. Przekazuję wydruk postanowienia, z którego wynika, że jeśli w dwóch kratkach pojawi się znak iks lub co najmniej dwie przecinające się linie, głos jest nieważny. Tymczasem na szkoleniu mówiono, że jeśli na liście jednego komitetu wyborczego pojawią się iksy w dwóch kratkach, głos jest ważny, a zalicza się go temu kandydatowi, który zajmuje wyższe miejsce na liście. Katarzyna i Anna trzymają się interpretacji podanej na szkoleniu, a ja swoje: że szkolenie było 10 października, a wyjaśnienie PKW pochodzi z 15 października, więc moim zdaniem właśnie ono jest obowiązujące. Nie dochodzimy do porozumienia. – Gdy będzie taka sytuacja, ja będę głosować przeciw uznaniu głosu za ważny – informuję twardo. I to już moje drugie spięcie tej nocy. W końcu ustalamy, że zajmiemy się tym, kiedy taka karta do głosowania się pojawi.

Dariusz dzwoni do żony. Jej komisja otworzyła urnę. Zostajemy w tyle.

Dojeżdżają członkowie dziennej komisji. Mężczyzna o wzroku grzechotnika jest przekonany, że to wszystko moja wina, bo on policzył dobrze, a ja źle, i tej jednej dodatkowej karty nie było. Liczy ponownie, by mi udowodnić, że to on ma rację. Pytam, czy mu pomóc, żeby było szybciej. – Pani niech się do mnie nie zbliża – mówi groźnie. Ale po zakończeniu liczenia jest mu trochę głupio, bo jednak wyszło na moje.

Anna, kobieta z wyborczym doświadczeniem, postanawia sprawdzić, czy przysłana przez PiS pani, która ma być mężem zaufania, ma prawo pełnić tę funkcję. Okazuje się, że nie! – Przecież pani kandyduje w wyborach, więc nie może pani być mężem zaufania. Proszę wyjść z sali! – mówi zdecydowanie Anna. Wpadka komitetu wyborczego jest ewidentna. Niedoszła mąż zaufania żegna się z nami. Zostawia w podarunku białą czekoladę z orzechami.

Jest nowy protokół z kompletem podpisów. System go przyjmuje. Komisja dzienna może się rozjechać do domów. A my możemy zacząć liczenie głosów. Wiemy, że głosowało 1260 osób. Frekwencja wyniosła więc 76,5%. Jest 40 minut po północy. Minęły 3 godziny i 40 minut od zamknięcia lokalu wyborczego.

Jeszcze tylko krótka przerwa na siusiu – żeby potem, kiedy otworzymy urnę, nikt nie musiał wychodzić, bo pozostali musieliby przerywać liczenie. Cztery osoby mkną do toalety, Katarzyna – przewodnicząca – zostaje w sali. Być może procedury nie pozwalają, by choć na chwilę spuścić urnę z oka, nawet w zamkniętym pomieszczeniu. Potem korzystamy z WC wielokrotnie – każdy wychodzi, kiedy musi, a komisja zamyka za nim drzwi do sali i czeka.

Skłon i wyprost

W piątkę otaczamy urnę, z namaszczeniem zdejmujemy nalepione pieczęcie, odkręcamy śruby mocujące pokrywę do korpusu, zdejmujemy pokrywę. Katarzyna i Anna robią to nie po raz pierwszy, bo wcześniej były już w komisji wyborczej. Anna nawet trzy razy. Ale pierwszy raz otwierają tak wielką i przezroczystą urnę. Korpus z dość cienkiego pleksi, teraz już nietrzymany przez pokrywę, wybrzusza się pod naporem głosów. Instrukcja obsługi wyborów zobowiązuje nas, byśmy nie uszkodzili, a nawet nie zadrapali urny. Dlatego wyciągamy porcje głosów i kładziemy je na podłodze.

Zastanawiamy się, dlaczego dzienni nie użyli drugiej urny, która pusta stoi za stołem komisji. Może się bali, że jakieś procedury wymiany urny mogą spowodować przerwę w wyborach? A – jak opowiadali – były okresy, że sala była całkowicie wypełniona ludźmi, do trzech stanowisk zapewniających poufność wyborów (dzięki niedużym tekturowym parawanom na stołach, z ledwością zasłaniającym płachty ze spisami kandydatów) ustawiały się kolejki chętnych, kolejka stała też do stołu bez parawanu, a że w sali nie ma parapetów, by usiąść, niektórzy wyborcy odrobinę intymności próbowali znaleźć w holu, na zewnątrz sali.

Kiedy kartek w urnie jest na tyle mało, że nie sięgamy do nich, przewracamy urnę. Potem zaczynamy segregować. Wyznaczamy miejsca, w których będziemy składać poszczególne listy z kandydatami: tu wybory do rady dzielnicy, tu do sejmiku, tu do rady Warszawy, tu na prezydenta. Każdy ma inną metodę. Anna segreguje na stojąco, rozkładając karty na boku urny, Dariusz i Rafał siadają na podłodze obok siebie, Katarzyna i ja podchodzimy do każdego ze stosów i poszczególne kartki kładziemy na odpowiednie miejsce. Dziesiątki, setki skłonów, bo na każdego z nas przypada rozłożenie ponad tysiąca kart. – My mamy przynajmniej fitness – śmieje się Katarzyna. Ale po jakimś czasie czujemy ten fitness w kręgosłupach.

Tym razem ustawodawca pozwolił wyborcom na radosną twórczość na kartach, a więc rysowanie i dopisywanie, co komu przyjdzie do głowy. Spodziewałam się, że znajdzie się na nich mnóstwo dopisków w rodzaju: Janka jest głupia, Heniek to cham, PSL jest taki, Kukiz‘15 owaki. Tymczasem karty są czyste. – Trafiliście na jakieś rysunki albo dopiski? – pytam. Zaprzeczają. Na przeważającej większości kart, które przechodzą przez moje ręce, postawiono tradycyjne iksy. – O, mam dopisek! Ktoś napisał: „PiS to zło” – informuję pozostałych. Katarzyna, Anna i Dariusz uśmiechają się, Rafała, którego zgłosiło PiS, to nie bawi.

Kiedy szybko się segreguje karty, nie sposób stwierdzić, na jakie komitety głosowali wyborcy. Ale jedno rzuca się w oczy – większość w głosowaniu na prezydenta Warszawy wybrała Rafała Trzaskowskiego. Pytam pozostałych ludzi z komisji, czy mają takie samo wrażenie, czy akurat ja trafiam właśnie na Trzaskowskiego. Katarzyna, Anna i Dariusz potwierdzają, że oni też to zauważyli, Rafał milczy. Potem jeszcze trafiam na dopisek dotyczący Patryka Jakiego. Niezbyt miły. Nie mówię o nim Rafałowi, żeby go nie martwić.
– Ale dziwna sprawa: ktoś w dwóch wyborach głosował na KO i Trzaskowskiego, a w dwóch pozostałych na SLD Lewica Razem. To ta sama osoba, bo karty były złożone razem, i taka rozbieżność opcji politycznych? – Anna jest zaskoczona.

Koniec segregowania kart wyborczych na poszczególne głosowania – godz. 2.45. Teraz trzeba posegregować według komitetów wyborczych, a potem według kandydatów z poszczególnych komitetów. Najbardziej nas kusi, by sprawdzić, jak jest z tymi wyborami prezydenckimi. Ale procedura inaczej określa kolejność sprawdzania głosów i głosowanie na prezydenta sprawdzamy jako ostatnie.

Dzwoni mąż Katarzyny, a potem mąż Anny. Każdy pyta, czy to już koniec. I bardzo się dziwi, że dopiero początek. Dariusz dzwoni do żony, dowiaduje się, że oni już wypełniają pierwszy protokół. Zazdrościmy im.

Feralne 12 kart

Zaczynamy od głosowania do Rady m.st. Warszawy. Każdy z trzech stosów z kartami do głosowania, którymi będziemy zajmować się później, pakujemy w papier, żeby żadne karty nie migrowały z jednej sterty na drugą. Choć to mało prawdopodobne, bo każdy rodzaj ma inną wielkość i nazwiska kandydatów są oznaczone innym kolorem. Segregujemy na poszczególne komitety wyborcze. Okazuje się, że najwięcej głosów – to widać po wysokości stosu – ma KW Platforma.Nowoczesna Koalicja Obywatelska. Zaczynamy od niej. Najwięcej głosów ma pierwsza na liście. Tak jest zazwyczaj. To obecna radna, która często towarzyszyła Rafałowi Trzaskowskiemu podczas kampanii wyborczej. Sumujemy wszystkich kandydatów z tej listy.

Bierzemy się do PiS, które, sądząc po wysokości stosu, uzyskało drugie miejsce. Potem kolejne komitety wyborcze. Sumujemy wyniki. Brakuje 12 kart. Przeliczamy po raz drugi wszystkie stosy. Wynik bez zmian. – Skoro ludzie z powodu tłoku wychodzili głosować poza salę, to przecież mogli jedną czy dwie karty zabrać ze sobą – mówię. Ustalamy, że liczenie po raz trzeci nie ma sensu, bo tych kart po prostu nie ma. Wpisujemy do protokołu, że brak kart jest spowodowany tym, że wyborcy wynieśli je poza lokal wyborczy. O godz. 6.20 operatorka wprowadza protokół do systemu. System przyjmuje, nie sygnalizuje błędu. Ale czy przyjmie miejska komisja wyborcza? Operatorka radzi, żebyśmy jeszcze nie zbierali kart do głosowania, bo tamta komisja może jednak nakazać kolejne policzenie głosów.
Anna śmieje się z tego, co powiedziała kiedy zaczynaliśmy dyżur: że musi wyjść najpóźniej o godz. 7, żeby odprowadzić dziecko do przedszkola. Zbliża się 7, a my nie mamy zatwierdzonego nawet pierwszego z czterech protokołów. Anna dzwoni do mamy i prosi, żeby zajęła się wnukiem. – Na pewno syn się ucieszy, że może zostać z babcią – wzdycha.

Decydujemy, że zaczynamy segregować karty z radnymi do Sejmiku Województwa Mazowieckiego. Przestrzeń zajmowaną przez karty do głosowania na radnych Rady m.st. Warszawy oddzielamy stołami od reszty podłogi, aby nikt z nas tam nie wchodził. Karty do głosowania na radnych sejmiku dzielimy na poszczególne komitety wyborcze. I tym razem najwyższy stos tworzą wskazania na Koalicję Obywatelską. Karty z poszczególnych komitetów dzielimy według kandydatów. I tym razem najwięcej głosów ma kandydat z pozycji pierwszej.

Protokół pierwszego głosowania wciąż niezatwierdzony. W końcu z miejskiej komisji wyborczej przychodzi decyzja. Nie musimy po raz trzeci liczyć kart. Uff! Ale w uzasadnieniu braku 12 kart wyborczych mamy zamiast „Zostały wyniesione z lokalu wyborczego” napisać „Nie zostały wrzucone do urny”. Wpisujemy poprawkę. Protokół ponownie idzie do akceptacji. Zostaje klepnięty. O godz. 8.45 poprawiony i wydrukowany dostajemy do podpisu.

W szampańskim humorze

Mija 12. godzina pracy. Zamiast złości i zmęczenia pojawia się etap totalnego rozbawienia. Naszą sytuację określamy niezbyt cenzuralnie: jesteśmy w czarnej d… I oczywiście mnożą się żarty na ten temat. Kto miał dziś się pojawić w pracy i sądził, że to mu się uda albo co najwyżej nieznacznie się spóźni, będzie musiał wziąć urlop. Dariusz, który sam jest pracodawcą, odwołuje jakieś ważne spotkanie. Ja, uprzedzona przez urzędniczkę, że ta operacja może potrwać do godzin popołudniowych, przynajmniej tym się nie stresuję.

Choć po kilku godzinach mamy prawo pracować wolniej, efekt jest odwrotny – rozkręciliśmy się, idziemy jak burza. Karty do głosowania do Sejmiku Województwa Mazowieckiego są już posegregowane, protokół wypełniony. Segregujemy karty do głosowania do Rady Dzielnicy Wilanów. Kończymy. Wypełniamy protokół. O godz. 11.30 zaczynamy segregować karty do głosowania na prezydenta Warszawy. W zdumiewającym tempie rośnie liczba głosów oddanych na Rafała Trzaskowskiego. Sumujemy głosy. Brakuje trzech. Ponownie liczymy głosy oddane na poszczególnych kandydatów. O tej godzinie pomyłki są możliwe. Znajdujemy brakujące karty w paczce Trzaskowskiego, więc jego wynik się powiększa. Rafał przelicza część głosów oddanych na swojego imiennika. A potem siedzi nad leżącymi na podłodze kartkami jakby zadumany. – Mogę już zabrać Trzaskowskiego? – pytam, bo widzę, że wpatruje się w stosik. – Tak, weź, ja już go nie chcę dotykać… – stwierdza. Nie dziwię się jego smutkowi – Trzaskowski dostaje 950 głosów, 75,4% oddanych w głosowaniu na prezydenta, a jego faworyt 171, czyli pięć i pół razy mniej.

Robi się podniośle

Dariusz dzwoni do żony. Jej komisja też kończy liczenie. Cieszymy się, że dogoniliśmy ich po naszym fatalnym starcie.

Ostatni protokół wypełniony. I zaakceptowany przez system. Czekamy na decyzje miejskiej i terytorialnej komisji wyborczej. Około godz. 13 dzwoni mąż Katarzyny. Jest zdenerwowany, że ona wciąż w komisji i że to ma jeszcze trwać, może nawet kilka godzin. Odgraża się, że to ostatnia komisja wyborcza, w której ona bierze udział. Zaraz potem – zupełnie jakby się zmówili – dzwoni mąż Anny. Też jest wkurzony. I też zapowiada, że to jej ostatnia komisja wyborcza. – Pewnie powiedziałaś mu, że u nas jest taka fajna atmosfera i ci pozazdrościł. Teraz on będzie chciał uczestniczyć w komisjach wyborczych – żartuję. Ale faktycznie atmosfera jest wspaniała, mimo że dzielą nas wiek i sympatie polityczne.

Po godz. 13 wszystkie protokoły są zaakceptowane i wydrukowane. Podpisujemy je. Katarzyna wkłada po dwie sztuki do odpowiednich kopert, osobno dwie płyty CD z nagraniem. Po koperty ma przyjechać kurier z Urzędu m.st. Warszawy. Przyjeżdża, zabiera. Pakujemy karty do głosowania do worków. Mamy do dyspozycji żółte, niebieskie i zielone. Również do worka trafiają lista z podpisami wyborców, niewykorzystane karty do głosowania, wszystkie pozostałe dokumenty i przybory związane z wyborami. Żadnej z tych rzeczy nie można wynieść z sali komisji obwodowej. Worki muszą być zaplombowane.

– Ta dzisiejsza noc i dzień, które spędziliśmy razem, przekonały mnie, że mimo różnic politycznych nadal potrafimy się dogadać i szanować swoje poglądy. I że możemy spędzić ze sobą naprawdę miłe chwile – mówi Katarzyna i atmosfera robi się podniosła.
Wychodzę z lokalu o 14.40. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Ale nie jestem pewna, czy to przeżycie będę chciała powtórzyć. I przypominam sobie słowa przewodniczącego PO Grzegorza Schetyny: „Wyborów nie wygrywa się w Wilanowie”.

Wyniki

Państwowa Komisja Wyborcza w nocy z 24 na 25 października podała wyniki wyborów na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Po północy zaś ogłosiła wyniki wyborów do rad dzielnic m.st. Warszawy, rad gmin, rad powiatów i sejmików województw. Dziennikarze obecni na konferencji prasowej, kiedy to przewodniczący PKW Wojciech Hermeliński odczytał protokół, nie mieli żadnych pytań. Bo kto pyta, później kładzie się spać.

Fot. Adam Staśkiewicz/East News

Wydanie: 44/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy