Zaczynaliśmy razem w hucie

Zaczynaliśmy razem w hucie

Józef Wiaderny był typem związkowca z drugiej linii. Nie lubił publicznych wystąpień. Tymczasem on mało mówił, a dużo robił

Choć wiedziałem, że Józef Wiaderny choruje, to ani przez moment nie zdawałem sobie sprawy, że tak szybko zabraknie człowieka, który doskonale zdawał sobie sprawę, na czym polega rola związków zawodowych. Choć w dzisiejszych czasach trudno uciec od polityki i OPZZ wspomaga SLD, to jednak on sam nigdy nie wstąpił do SdRP i starał się zachować dystans pomiędzy działalnością partyjną, rządową i związkową. Na przykładzie NSZZ “Solidarność” obserwował, jaką tragedię przeżywa związek, który staje się podporą rządu. Rozumiał też, że oprócz funkcji rewindykacyjnej dzisiejsze związki muszą też liczyć się z opinią pracodawców. Wiedział, że jeżeli będziemy tylko bronili przed redukcją zatrudnienia, to jeszcze większą katastrofą może być upadłość firmy, a jak nie będzie firmy, to nie będzie i załogi. Teraz rządzi kapitał i jeżeli jest zysk, to jest firma, nie ma zysku, to nie ma firmy i taka jest prawda.
Z Ziutkiem (bo tak nieraz o nim mówiliśmy) Wiadernym razem pracowaliśmy w latach 70. na Wydziale Wielkich Pieców Huty im. Lenina. W gronie wielkopiecowników był bardzo lubiany, odznaczał się dużą skromnością i pogodą ducha. O sobie mówił bardzo niewiele, wiedzieliśmy tylko, że pochodził z miejscowości Maleniec koło Końskich, bo raz mnie tam zaprosił. Choć mało mówił, to wystarczyło spojrzeć na jego ręce, aby przekonać się, że od młodości musiał bardzo ciężko pracować. Do dzisiaj zapamiętałem te jego spracowane dłonie. A w hucie dzięki swojej pracowitości szybko awansował, ukończył technikum mechaniczne, na wielkich piecach najpierw był nagrzewnicowym, potem razem pracowaliśmy przy obsłudze IV pieca.
Na Wydziale Wielkich Pieców Józef Wiaderny wstąpił do branżowego związku hutników i dzięki swojej wrażliwości i odwadze szybko awansował na stanowisko sekretarza tych związków już na szczeblu całej huty. Funkcję tę pełnił aż do rozwiązania, w grudniu 1981 r., wszystkich organizacji związkowych. Choć w latach 1980-81 pracownicy Huty im. Lenina masowo wstępowali do “Solidarności”, on pozostał członkiem związków branżowych.
W 1984 r. zacząłem tworzyć ekipę zdolną do kierowania nowym tworem, jakim było Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, i poszukiwałem ludzi rzutkich, sprawnych w działaniu, znających problematykę związkową. Wtedy przypomniałem sobie o Wiadernym i zaproponowałem mu przejście do pracy w Warszawie. Zgodził się szybko, choć z pewnością nie była to dla niego łatwa decyzja, gdyż tracił dobrą pracę i przenosił się do zupełnie nowej organizacji związkowej, która miała wtedy wielu przeciwników i której los nie był jeszcze pewny. Mój wybór okazał się bardzo trafny, gdyż Józek Wiaderny okazał się działaczem bardzo wartościowym, całkowicie oddanym sprawom funkcjonowania związku.
Wiedziałem, że mogę na nim polegać. Od samego początku Józek towarzyszył mi w najtrudniejszych misjach. Zabierałem go ze sobą na ważne rozmowy. Razem braliśmy udział we wszystkich pracach związanych z Okrągłym Stołem, gdzie jako OPZZ stanowiliśmy “trzecią siłę”, na którą z podejrzliwością patrzyła zarówno strona rządowa, jak i opozycyjna. Gdy Lech Wałęsa został prezydentem, w trzecim dniu swego urzędowania zaprosił mnie na rozmowę, na którą też poszedłem z Józefem Wiadernym. Wbrew prognozom naszych przeciwników po Okrągłym Stole OPZZ wcale się nie rozpadł i pozostał najliczniejszą organizacją związkową i taką jest do dzisiaj.
Tak współpracowaliśmy razem do grudnia 1991 roku, kiedy to po wygraniu wyborów na trzech kolejnych kongresach zrezygnowałem z pełnienia funkcji przewodniczącego OPZZ. Uważałem, że w nowych czasach do głosu powinni dojść ludzie nowi, a taką była w tym czasie Ewa Spychalska, którą zaproponowałem na moje miejsce. Mój wybór okazał się na początku trafny, ale gdzieś po dwóch latach OPZZ wszedł w dość trudny moment, zaczął tracić członków. Na kongresie w 1994 roku jednym z wiceprzewodniczących wybrany został Wiaderny. W 1996 r. Ewa Spychalska sama zrezygnowała z funkcji szefa OPZZ i jej miejsce zajął właśnie Ziutek Wiaderny.
Wiaderny objął OPZZ w bardzo trudnym okresie. Wkrótce okazało się, że związkowi potrzeba nie tyle “świeżej krwi”, co olbrzymiego doświadczenia w pracy związkowej, a tym dysponował Wiaderny. Już po dwóch latach jego rządów OPZZ zaczął zupełnie inaczej funkcjonować, nabrał rozmachu, ludzie odczuli, że OPZZ działa i jego działania są widoczne. Bardzo pozytywnie byłem zaskoczony szybkością, z jaką Wiaderny podejmował decyzje, w tym również personalne. Rozstawał się z działaczami, którzy wpadli w nawyki biurokratyczne i nie widzieli niczego poza własnym biurem.
Ziutek Wiaderny okazał się bardzo skutecznym i stanowczym związkowcem, choć jako trzeci z kolei przewodniczący OPZZ tak bardzo różnił się zarówno ode mnie, jak i od Ewy Spychalskiej. Ja byłem gadułą, lubiłem przemawiać, występować w telewizji. Również Ewa Spychalska była osobą lubiącą mówić, pokazywać się publicznie. Tymczasem Wiaderny był typem związkowca z drugiej linii. Nie lubił publicznych wystąpień, jako poseł też nie zabierał często głosu. Tymczasem on mało mówił, a dużo robił. Było go mało widać, nie wszyscy w Polsce o nim słyszeli, a związek rósł w siłę.
W 1999 roku z okazji 15-lecia OPZZ został zrealizowany film, w którym wraz z Wiadernym i Spychalską opowiadamy o naszej związkowej działalności. Gdy doszła do mnie wiadomość o śmierci Ziutka, to na świeżo jeszcze raz zobaczyłem ten film. Wiaderny mówi tam, że dla niego, jako przewodniczącego, najważniejsze jest, aby “prowadzić OPZZ w dobrą stronę, być niezależnym od żadnej partii politycznej, szybko reagować w sprawach pracowniczych”. Życie pokazuje, że jest to właściwa wizja działania związku, szczególnie teraz, gdy mamy tyle biedy, jest takie wysokie bezrobocie, upada wiele zakładów pracy.
Choć znów mieszkam w Krakowie, to działkę rekreacyjną mam pod Warszawą i tam spędzam lato. W połowie września tego roku odwiedził mnie tam Ziutek i nic nie wskazywało, że będzie to nasze ostatnie spotkanie. Rozmawialiśmy o sprawach związkowych, o zbliżających się wyborach prezydenckich. Był w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Do końca kadencji pozostało mu jeszcze dwa lata, a więc opowiadał, co ma zamiar zrobić. Nigdy bym nie przypuszczał, że rozstaniemy się tak szybko.

Wydanie: 52/2000

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy