Zamach na naukę?

Zamach na naukę?

Jak PiS rozwala PAN i podporządkowuje sobie uczelnie i profesorów

Nie ucichły jeszcze komentarze wokół ostatnich kontrowersyjnych pomysłów Ministerstwa Edukacji, a resort już serwuje nam kolejne atrakcje. Tym razem jednak wszystko odbywa się po cichu, a rzecz dotyczy reformy polskiej nauki.
Chodzi o dokument „Wstępne założenia do zmiany systemu badań naukowych i prac rozwojowych”, którego ostateczna wersja powstała dosłownie na dniach i była dla środowiska naukowego niemałym zaskoczeniem. Po pierwsze, mowa tam o bardzo radykalnych posunięciach (czytaj: likwidacji starego systemu nauki), po drugie – zakłada się utworzenie nowej instytucji o szerokich kompetencjach nadzorczych (będzie decydowała o finansowaniu poszczególnych projektów badawczych), po trzecie – o przyszłości nauki współdecydowaliby ludzie niemający z nauką za wiele wspólnego (czyli administracja rządowa). Jeżeli do tego dodać, że ministerstwo nie kwapi się do dzielenia swoimi pomysłami ze środowiskiem naukowym, trudno się dziwić, że niektórym profesorom podskoczyło ciśnienie. Bo, jak się okazało, jedynie słuszne mogą być nie tylko pomysły na edukację i wychowanie, ale też na rozwój nauki.

Centrum sterowania
Trzonem zmian ma być wprowadzenie w życie ustawy o Narodowym Centrum Badań Naukowych i Prac Rozwojowych (NCBR). Byłby to twór zupełnie nowy, którym tylko w jednej trzeciej kierowaliby ludzie związani z nauką. Resztą władzy podzieliłyby się środowisko biznesowe i administracja rządowa. I to oni faktycznie dzierżyliby ster rozwoju polskiej nauki. Po pierwsze, pod ich zarząd przeszłyby instytuty badawcze (dotąd podległe Polskiej Akademii Nauk), a po drugie – decydowaliby bezpośrednio o finansowaniu poszczególnych programów badawczych. „Funkcjonowanie NCBR sprzyjać będzie do koncentracji środków finansowych na zadaniach priorytetowych dla państwa oraz stymulować będzie restrukturyzację i konsolidację innych jednostek naukowych (pisownia oryginalna!)” – podobnych ogólników w dokumencie nie brakuje. Pewne jest natomiast, że proponowane zmiany odbiłyby się na uczelniach wyższych, które również zostałyby podporządkowane NCBR. Nowa instytucja decydowałaby o kierunku i zakresie prowadzonych prac naukowych. Jak? Również rozdzielając pieniądze. W środowisku naukowym słychać więc pytanie: co dalej z autonomią i niezależnością uczelni wyższych? Niedawny nieszczęśliwy list Jarosława Zielińskiego związał skutecznie ręce dyrektorom liceów i gimnazjów. Tylko czekać, jak podobna bezradność udzieli się rektorom. Tym bardziej że wokół centrum jest znacznie więcej znaków zapytania. Kto, na jakich zasadach, w jakim trybie byłby powoływany na fotel dyrektora? Na ten temat mnożą się tylko domysły…

PAN, czyli państwu już dziękujemy!
Powstanie centrum jest równoznaczne z końcem Polskiej Akademii Nauk. A przynajmniej w jej obecnej postaci. Trzeba przyznać, że w ostatnich latach ta placówka zbierała tyle samo pochwał, co i batów. Głównie za to, że jest skostniałą, zamkniętą instytucją, w której prawo głosu ma wyłącznie stara kadra. Czy ten zarzut jest wystarczającą przesłanką do tego, by PAN – jak głosi plotka z ministerstwa – w nowej odsłonie została ograniczona do części korporacyjnej? Część instytutowa przeszłaby pod władanie nowej struktury. Pozostałych profesorów odcięto by więc skutecznie od, nazwijmy to, mocy badawczych i naukowych. Ich wpływ na rozwój nauki byłby iluzoryczny i z czasem przypięto by im łatkę „rady tetryków”. Jaki sens miałoby istnienie PAN w tej formie? Nieoficjalnie mówi się, że zbyt szybkie rozwiązanie akademii byłoby dla środowiska naukowego za dużym szokiem. Dlatego lepiej do sprawy podchodzić etapami.

Cicho i dyskretnie
„Oprócz prac legislacyjnych prowadzone będą również prace mające na celu przygotowanie rozpoczęcia działalności przez NCBR”, czytamy w dokumencie. Dalej następuje pierwszy punkt harmonogramu: „kwiecień 2006 r. – zakończenie prowadzonej oceny jednostek naukowych”. Tymczasem w instytutach naukowych zachodzą w głowę, o jaką kontrolę może chodzić. Jak dotąd nikt o takiej nie słyszał, a kontrolera na oczy nie widział. Najwyraźniej wszystko odbywa się cicho i dyskretnie.
Ministerstwo Edukacji bagatelizuje całą sprawę. Że w końcu nic takiego się nie dzieje, że te zmiany to konieczność. To by tłumaczyło, dlaczego wgląd w omawiany dokument miało dosłownie kilka osób z PAN. Nieoficjalnie mówi się, że jest tam kilka punktów, które obecnej kadrze profesorskiej do gustu by nie przypadły. Na przykład rozpisywanie konkursów na stanowiska profesorskie z pominięciem stopni naukowych. Oznacza to, że szefem danego instytutu mógłby zostać magister lub doktorant (konkurs byłby rozpisywany przez centrum). Inny drażliwy punkt to tzw. Krajowe Programy Ramowe, w których uczestnictwo warunkowałoby uzyskiwanie środków finansowych. W praktyce oznacza to możliwość wywierania presji na programy badawcze instytutów, co z kolei mogłoby być szczególnie uciążliwe dla instytutów humanistycznych i społecznych.
Pomysłodawca tłumaczy się prowadzeniem lepszej polityki naukowej. Ale jednostki, które do tej pory zajmowały się tą kwestią, Ministerstwo Nauki i KBN, są stopniowo likwidowane. W zamian powstaje nowa jednostka, reklamowana jako remedium na bolączki polskiej nauki. Zdaniem naukowców, ta sytuacja przypomina tworzenie Narodowego Instytutu Wychowania – instytucji, która ma rozwiązać wszystkie problemy wychowawcze młodzieży – lub Centralnego Biura Antykorupcyjnego, które ma wytrzebić korupcję. Słowem, z deszczu pod rynnę.

Wydanie: 15/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy