Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Trzeba trafu, że w ubiegły wtorek pewien bardzo ważny polityk poszukiwał Jana Rokity. Szukał go, szukał, nigdzie go nie było i nagle – trach! – okazało się, że Rokita jest we Francji. Nie, nie w Nicei, tylko w Paryżu. I nie na wywczasach, zwiedzaniu muzeów, tylko przebywa tam najzupełniej oficjalnie, prowadzi rozmowy z francuskimi politykami.
Jakim cudem? Jako kto?
Nasz bardzo ważny polityk trochę się tym zainteresował. No i okazało się, że Rokita nie pojechał do Paryża jako poseł (w Sejmie nikt nie wiedział o wyjeździe posła Rokity, nie brał na wyjazd służbowego paszportu ani nie pobierał diet), tylko jako lider Platformy (czytaj: przyszły premier) na zaproszenie szefa francuskiego MSZ, Michela Barniera. W ramach – jak to się w MSZ mówi – obwąchiwania przyszłego szefa rządu. Nie dziwmy się temu, ambasady ważnych krajów politykami PiS i PO bardzo się interesują, w Warszawie mamy wielką giełdę na ich temat, ona zresztą dotyczy próby odpowiedzi na jedno pytanie: czy ci politycy to, co mówią, traktują poważnie, czy też sobie to mówią, bo mówią?
Najłatwiej uzyskać odpowiedź na to pytanie, po prostu człowieka dobrze przepytując, Francuzi zatem zaprosili Rokitę do siebie.
Więc pojechał. Z lotniska odebrał go osobiście ambasador RP w Paryżu, Jan Tombiński. Swoim samochodem, ze sobą jako kierowcą. Potem ambasador osobiście pilotował każdy punkt spotkań. No i pewnie parokrotnie zadygotał, bo Francuzi, owszem, Rokity słuchali, ale bez wielkiego entuzjazmu. A jeden z najważniejszych rozmówców, Nicolas Sarkozy, były minister finansów, obecnie szef Unii na rzecz Ruchu Ludowego (czyli partii gaullistowskiej) oraz kandydat na prezydenta, po prostu spotkanie odwołał. Uznał, że ma ważniejsze sprawy. Nasz ambasador na głowie stawał, by do spotkania doszło – i nic. Taka to głowa…
Nie dziwmy się Tombińskiemu, za parę miesięcy będzie wracał do Polski, bo kończy mu się czteroletni okres rotacji. Więc od tego, jak zaprezentuje się wobec przyszłych decydentów, zależy jego kariera. Więc z gorliwości szóstka, a z możliwości…
Ale wróćmy do Rokity. Dobrze by było, by taką wizytę – jeżeli za nią nie płacił – nie zapomniał wpisać do rejestru korzyści majątkowych. Tak jak wpisał w ubiegłym roku kurs języka angielskiego w Wielkiej Brytanii. Kurs trwał miesiąc, kosztował ok. 1000 funtów, do tego doszły wikt, opierunek i diety…
Tak oto mamy Rokitę w butach Leszka Millera. Były SLD-owski premier, zanim objął stanowisko szefa rządu też był na kursie angielskiego (ale w Irlandii). Też na krótkim. Co do pojętności, Miller nie tryskał dialogami w języku Szekspira, Rokicie też przechodzi gadatliwość, gdy trzeba w tym języku się odezwać. Belce może czyścić buty…
No i jeszcze jedna cecha wspólna – trzeba trafu, że Miller również, zanim wygrał wybory i został premierem, był goszczony w Paryżu. Tylko że miał rozmówców z najwyższej półki, z ówczesnym premierem i liderem socjalistów, Lionelem Jospinem, na czele.
Rokitę nad Sekwaną wyceniono gorzej…

Wydanie: 12/2005

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy