Znowu święto nienawiści

Nie wiem, czy Adam Michnik publikując rewelacje Lwa Rywina o chęci kupienia zamierzonej ustawy telewizyjnej, zdawał sobie sprawę, że wywołuje kolosalne zamieszanie polityczne leżące nie w samej istocie łapówkarskiego problemu, lecz dające okazję siłom opozycyjnym do rozpętania kolejnej, brudnej nagonki na Leszka Millera i jego rząd.
Sprawa trafiła do prokuratora, ale na razie nie ma jasności, co się tak naprawdę wydarzyło, gdyż realia Michnikowe donosu są, łagodnie mówiąc, mętne. Ujawniono tylko mały fragment nagranej z ukrycia taśmy a na dodatek okazało się, że gabinet redaktora „Gazety Wyborczej” został zamieniony w swoiste studio antyłapówkarskie, gdyż pracowały aż dwa aparaty nagrywające. Co jest uwiecznione na drugim urządzeniu i dlaczego dopiero po wielu dniach zostało ujawnione jego istnienie, nie wiadomo. Podobnie nic nie wiadomo o kilku ważniejszych fragmentach sprawy. Dlaczego wszystko było ukrywane przez kilka miesięcy, a także dlaczego propozycja Rywina została złożona już po kompromisowym ustosunkowaniu się do interesów Agory przez rząd, teraz tak wściekle atakowany podejrzeniami opozycji, że oto cała sprawa ma historyczny wymiar i wymaga surowej kontroli poczynań zborsuczonej łapówkarstwem lewicy przez kryształowej czystości moralnej prawicę.
Następna sprawa, tylko z pozoru trudna do zrozumienia, to dwoistość zamierzonego śledztwa. Rodzi się pytanie: skoro prokurator wziął sprawę w swoje ręce, to po kiego licha Sejm powołuje sobie kolejne utrapienie w postaci komisji śledczej? Sądzę, iż gra jest jasna. Badanie sprawy przez prokuraturę nie daje sejmowym oszołomom takich możliwości atakowania rządzącej koalicji lewicowej, jakie stwarza jawne, publiczne debatowanie i oskarżanie lewicy przed sejmową wszak instancją śledczą. Do działań śledczych prokuratury trudno posłom wtykać swoje zastrzeżenia i domysły o zbrodniczym charakterze Rywinowych propozycji, bowiem prokuratura jest niezależna w swoich poczynaniach. Natomiast w komisji poselskiej można wszystkie pawie ogony nienawiści rozpościerać w całej ich krasie. Ciągle przecież wałkujemy w Sejmie tę samą gorycz przegranej w wyborach jedynie uprawnionej do wygrywania prawicy. Krótko mówiąc, nasza mocno oszołomska prawica polityczna zdobyła sobie, w trudzie i znoju, nowy front walki z śmiertelnym wrogiem na lewicy.
Jeszcze chcę wspomnieć o jednym szczególe sprawy i polecić uwadze komisji oraz prokuratury pewne wyciszone wydarzenie z wiosny tego roku. Oto w Radzie Europy, w Komisji Kultury, w której zasiadam, pojawił się w trakcie wiosennej sesji Rady niesamowity list oskarżający władze Rzeczypospolitej o próbę zdławienia demokracji i ograniczanie wolności mediów przez projektowaną ustawę ograniczającą swobodę koncentracji kapitału, czyli własności gazet, radiostacji i nadawców telewizyjnych w jednym ręku. List podpisany przez polskich (sic!) posłów i zwerbowanych parlamentarzystów zachodnich był obrzydliwy. Donos na własny kraj? Czy to uczciwe? Dla mnie to bardzo wredne. Był też element komiczny w tej ponurej sprawie, mianowicie gdy inna, moja grupa posłów polskich wystosowała list protestujący przeciw takiemu – fałszywemu wszak – oskarżeniu, to udało się uzyskać podpisy kilku tych samych parlamentarzystów zachodnich, których wcześniej zwerbowano do poparcia tekstu oskarżającego polski rząd o niecne zamiary. Targowiczanin Branicki też tak robił. Sprawy polskie rozwiązywał na obcych dworach. Śmieszne, ale komisji i prokuraturze polecam ten wątek sprawy pod opiekę.
Tak się złożyło, że porządkując archiwum nagrań mojej zmarłej żony, natrafiłem na kasetę telewizyjną z nagraniem dyskusji, którą na sugestię premiera Oleksego zorganizowała telewizja Polsat w sprawie oskarżeń tegoż premiera o szpiegostwo, czyli w jednej z najpodlejszych afer politycznych, jakie się w ostatnich latach wydarzyły w Polsce, a może wręcz najpodlejszej. Zaproszono – na wniosek premiera – grono dziennikarz, którzy najsurowiej, czy jak dzisiaj wiemy, najpodlej włączyli się do nagonki na niewinnego polityka.
Gdy patrzę na takie widowiska, zawsze mi się przypominają moje własne przesłuchiwania przez oprawców z NKWD i UB. Tym razem wrażenie było silne. Cztery osoby atakowały Oleksego, a piąta, jakiś młodzian, milczała. Byli to redaktorzy: Olejnik, Wildstein, Janecki i Pacewicz.
Twarz Wildsteina, podobnego nie tylko fizycznie, ale również w mimice do jednego z okrutnych wobec mnie oprawców, była – kiedy zadawał agresywne pytania o szpiegostwo – wykrzywiona typowym dla śledczych grymasem nienawiści. Pani Olejnik, piękna w tej furii, jaka ją ogarniała, chlastała premiera fałszywymi oskarżeniami bez śladu wstydu. Podobnie ze straszną nienawiścią w wyrazie twarzy oskarżał o zdradę red. Janecki. Jeden red. Pacewicz starał się zachować przyzwoitość i dopuszczał myśli, że Oleksy pobłądził, a nie świadomie zdradził. Pozostali nie mieli wątpliwości. Co myśleli i jak się czuli, gdy zostały ujawnione kulisy tej haniebnej afery zorganizowanej na polecenia Wałęsy z zemsty za przegrane wybory prezydenckie? Istotnie – jak zapowiedział, tak uderzył, że szczęki opadały ze zgrozy. Przez długie lata tę hańbę na honorze polskiej demokracji przemilczano. Dopiero gdy przyszło mi stanąć na trybunie sejmowej jako marszałek senior, przeprosiłem premiera i jego rodzinę za ten zbrodniczy despekt wyrządzony nie tylko samemu premierowi, ale i Rzeczypospolitej. Z wielu stron doznałem potępień, lecz większość opinii była po mojej stronie.
Na zakończenie chcę gorąco podziękować tym wszystkim czytelnikom „Przeglądu”, którzy tak wysoko ocenili moje felietonowe pisarstwo, że w tabeli wyników znalazło się na pierwszym miejscu. Chcę także podziękować gorąco za wyrazy współczucia, jakie otrzymałem po śmierci Krystyny, mojej żony. Dziękuję późno, lecz długo nie mogłem się z tą stratą oswoić.
14 stycznia 2003 r.

Wydanie: 4/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy