Zrozumieć polskiego ducha

Zrozumieć polskiego ducha

Co pozostanie po Zjeździe Historyków Polskich

Tradycja a nowoczesność – tożsamość. Powyższa formuła była przewodnim zagadnieniem statutowego XVII Powszechnego Zjazdu Historyków Polskich w Krakowie w dniach
15-18 września br.
Podczas otwarcia zjazdu w filharmonii krakowskiej próbowano uzasadnić trendami XXI w. główną formułę zjazdu i odejście od tradycyjnego ustalenia problemów według epok historycznych. Nie wiem, jakie będą dalsze losy tego programowego eksperymentu. Zjazdy PTH odbywają się co pięć lat. Podczas inauguracji XVII Zjazdu (m.in. wręczono jubileuszową księgę Piotrowi Wandyczowi, emerytowanemu profesorowi Uniwersytetu Yale) padły interesujące konstatacje. Przypomniano na przykład, iż polska nauka historii zajmuje nadal 15. miejsce w rankingu światowym, mimo całej mizerii budżetowej, znajdując się najwyżej ze wszystkich dyscyplin naukowych w Polsce.
We wnikliwym wystąpieniu programowym o meandrach polskiej historiografii XX w. Wojciech Wrzesiński nazwał tę naukę okresu realnego socjalizmu „więźniem politycznym”, sugerując dalsze podobne niebezpieczeństwo. Czołowy referat inauguracyjny przypadł Normanowi Daviesowi cieszącemu się ostatnio znaczącym uznaniem medialnym. Wydaje się, że autor w swym błyskotliwym wystąpieniu nadto zrelatywizował pojęcie tożsamości i jedności narodowej, dając przykłady pozwalające

wątpić o polskości Jagiellonów,

Kopernika czy Chopina. Zachodzi obawa, czy autor, tkwiąc mentalnie w zaszłościach imperialnych swego kraju, był w stanie zrozumieć w pełni „polskiego ducha” ukształtowanego m.in. położeniem geopolitycznym. Z pewnym zaskoczeniem przyjęto powitanie uczestników zjazdu przez marszałka Józefa Oleksego. Jego apel o mobilizację i zwiększony udział w życiu publicznym kręgów intelektualnych, w tym historyków, można było odczytać jako krytykę naszego życia publicznego. Autor przyznał, że „polska myśl polityczna, państwowa zanika, prymitywizuje się”. Można jednak wątpić, czy apel o „ostre i mocniejsze” cenzurowanie polskiej sceny społeczno-politycznej wobec inercji naszego środowiska intelektualnego w tej materii odniesie zamierzony skutek.
Panel w auli Instytutu Historycznego UJ o „Polityce w czasie wielkiego przełomu 1989-1990” z udziałem Tadeusza Mazowieckiego, Piotra Wandycza i abp. Józefa Życińskiego cieszył się dużą frekwencją. Szkoda, że organizatorom zabrakło woli i nie zaprosili do dyskusji przedstawicieli drugiej strony ówczesnej sceny politycznej. Mazowiecki najpełniej przedstawił ówczesny i obecny punkt widzenia zwycięskiego obozu na całość polskich stosunków. Były premier przyznał, że w początkowej fazie walki politycznej opozycja nie myślała o przejęciu władzy ani zmianie ustroju. W roku 1980 chodziło o zwiększenie zakresu wolności i swobód demokratycznych. Dyskutant kolejny raz odrzucił ówczesne poglądy Jerzego Giedroycia, iż opozycja nie była przygotowana do sprawowania władzy. Mazowieckim, jako premierem, targały niepokoje o nadmierne osamotnienie Polski tuż po wyrwaniu się z systemu. Na dalsze pytania Ryszarda Legutki, moderatora panelu, Mazowiecki odpowiedział, że jeszcze na początku 1990 r. on i jego zaplecze nie zdawali sobie sprawy, że PZPR jest aż tak słaba, a układ zwany realnym socjalizmem jest aż tak chwiejny. Konkluzja dyskutanta, iż Polska miała być partnerem Zachodu, a stała się jego petentem, wskazuje na objaw politycznej frustracji. Podczas panelu przypomniano, że upadek w Europie systemu potocznie określanego jako komunistyczny i rozpad ZSRR nie mieściły się w najbliższych

prognozach wybitnych znawców

problematyki (Życiński). Ciekawe i trafne zdało się spostrzeżenie Wandycza, iż autorzy wielkich przełomów historycznych z reguły nie są świadomi, że te przełomy tworzą (choćby francuski przykład „14 Juillet”).
Spotkanie i dyskusja w auli PAU przy ul. Sławkowskiej nt. „Plan Burza i Powstanie Warszawskie” chyba zawiodły licznych zebranych. Powtarzanie drobnych epizodów, wspomnienia sędziwych uczestników krwawych zmagań, rozważania typu: czy armia powstańcza była armią rodzinną, nie wyczerpywały merytorycznie tego złożonego zagadnienia. Może nieobecność części referentów zaważyła na tym, że nie podjęto np. politycznego kontekstu powstania. Tym samym „Powstanie warszawskie” Jana Ciechanowskiego, wydane na londyńskim bruku (Odnowa 1971) pozostanie nadal najlepszym obrazem politycznym tamtych dni. Dopasowaniem się do współczesnych trendów medialnych i szukaniem nowych źródeł poznania historycznego było sympozjum o „Historii i jej przekazie dawniej i dziś: od tradycji ustnej do zapisu cyfrowego”. Referenci próbowali przekonać słuchaczy o tym, że środki techniczne są równie ważne w pracy badawczej historyka, jak tradycyjny zapis źródłowy. Posłużenie się archiwalnym nagraniem przemówienia Józefa Piłsudskiego, chyba z roku 1935, miało potwierdzać słuszność tej argumentacji. Dobrze przygotowane merytorycznie wystąpienie Rafała Stobieckiego odnosiło się do niektórych zjazdów towarzystwa i niektórych materiałów pozjazdowych. Autor przypomniał położenie całego środowiska historycznego w warunkach intensywnego upartyjnienia i obowiązkowej ideologizacji, co miało miejsce w połowie ubiegłego wieku. Wrocławski Zjazd PTH w 1948 r. sygnalizował problem, a Konferencja Metodologiczna Historyków w Otwocku w 1951 r. obligatoryjnie narzucała wszystkim partyjne widzenie przeszłości. Dobrze się stało, że o tych smutnych zaszłościach przypomniano w Krakowie.
Do programu „tradycja a nowoczesność” nawiązywało sympozjum Andrzeja Kazimierza Banacha i Janusza Tazbira „Rozrzutność i skąpstwo w tradycji kulturowej i rzeczywistości”. O rozrzutności i ubożeniu naszych warstw posiadających wiele już wiemy. Tym razem podano przykłady odnoszące się do wieku XIX w zaborze pruskim. Ciekawiej miało się ze skąpstwem. W Pierwszej Rzeczypospolitej ogólnie źle się wiodło wszelkim paserom i lichwiarzom.

Piętnowani przez kaznodziejów

pozbawiani byli chrześcijańskich pogrzebów. Lichwę potępiali też Marcin Luter i Jan Kalwin. Referat Banacha o krakowskich centusiach zdał się czymś nietaktownym w Krakowie ze względu na pejoratywne, naganne skąpstwo jego mieszkańców. Autor słusznie uzasadnił tę rzekomą przywarę krakowian ich walką o zachowanie swojego statusu ekonomicznego i społecznego w warunkach monarchii habsburskiej. Tazbir nie wygłosił zapowiadanego referatu nt. „Zdzierca i lichwiarz – obraz Żyda w literaturze i rzeczywistości Polski przedrozbiorowej”. Szkoda, taki temat, taka erudycja!
Na krakowskim zjeździe otwarto kilka okolicznościowych wystaw. Ze względu na bogatą ikonografię warta polecenia jest ta w Collegium Maius, poświęcona Aleksandrowi Gieysztorowi w piątą rocznicę jego śmierci. W innym miejscu, w studenckiej Rotundzie na Oleandrach Andrzej Wajda w wypełnionej po brzegi sali mówił o swojej filmowej przygodzie i parahistorycznych związkach. Dużo, bardzo dużo działo się w te wrześniowe dni w królewskim Krakowie. Jego zawsze znaczące życie intelektualne wzbogacili zjazdowi uczestnicy. Organizatorzy zjazdu zadbali także o przyjemności nieco lżejszego wymiaru – muzea, kościoły, nocne zwiedzanie miasta czy Piwnica pod Baranami. Wrześniowe słońce zalewało Rynek Główny wypełniony tysiącami turystów. W niezbyt odległych od Krakowa Tatrach Wysokich zaczęła się jesień. Trzeba było tam być!

Autor w latach 1991-2000 był współpracownikiem paryskiej „Kultury”

Wydanie: 44/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy