Rzecznik -niedorzecznik

Rzecznik -niedorzecznik

Są wysoko w hierarchii, stąd trudno się dziwić, że sami są niekompetentni

PAP doniósł, iż w odpowiedzi na pytanie “Czy Marian K. jest kandydatem na stanowisko premiera”, rzecznik klubu UW, pan Andrzej Potocki, “uśmiechnął się i lekko kiwnął głową”. Dobre panisko, bo przecież mógł wzniośle minąć dziennikarzy, albo pogardliwie warknąć: “Nie wasz interes, pismaki”. Oczywiście, Andrzej Potocki to wielce kulturalny człowiek, więc ta druga możliwość praktycznie nie wchodziła w rachubę. Jednak, jak wynika z arcyciekawego sondażu wśród dziennikarzy, przeprowadzonego przez miesięcznik “Press “, typowe zachowanie polskiego rzecznika w problemowej sytuacji to… zachowanie milczenia!
Sposobów na to mają oni dostatek, najczęstszym jest unik (“Nie potwierdzam i nie zaprzeczam”), ukrywanie się (choroba, wyjazd służbowy), pozostawanie poza zasięgiem (wyłączanie komórki, nieprzyjmowanie telefonów).
Niekiedy jest to postępowanie racjonalne. Czasami wyjaśnienia dolewają oliwy do ognia. Nawet osławiony mistrz propagandy hitlerowskiej, Joseph Goebbels, w miarę narastania trudności aprowizacyjnych w Niemczech, rosnącej drożyźnie, braku masła, itd. musiał przyznać: “Nie uda mi się przekonać ludzi… więc pomińmy te trudności milczeniem”. Zatem zdarzają się sytuacje, gdy, jak głosi arabskie przysłowie, “mowa jest srebrem, ale milczenie złotem”. Jednak wyjątek potwierdza regułę – dla rzecznika jest nią stałe, cierpliwe i odważne pozostawanie w kontakcie z różnorodnymi środowiskami, przede wszystkim z dziennikarzami. Do dzisiaj niedościgłym wzorcem efektywnego rzecznika pozostaje Jerzy Urban, który, jak generał co się kulom nie kłaniał, wychodził pod ogień śmiercionośnych pytań.
Rzecznik-milczek to zaprzeczenie istoty swojej funkcji, specjalisty od komunikacji społecznej. Zatem druzgocący obraz obecnych rzeczników w “Press”, oparty na zbadaniu opinii ponad pięćdziesięciu dziennikarzy ze wszystkich mediów głównego szeregu wobec kilkunastu rzeczników wszystkich ważniejszych instytucji państwowych, wskazuje na głęboką deformację systemu demokratycznego funkcjonowania państwa.
W rankingu antyrzeczników na czoło wysunął się Krzysztof Luft, rzecznik rządu w randze ministra. Podawane przez dziennikarzy przykłady jego zachowania budzą grozę: “Wysiadłem właśnie z samolotu i nie jestem żadnym źródłem informacji”, albo: “Premier w tej sprawie nie ma zdania, ponieważ aktualnie jedzie do Gliwic” (to po odwołaniu wicepremiera Janusza Tomaszewskiego). W Bratysławie, gdy zorientował się, że polscy dziennikarze zamierzają pytać premiera Buzka także o sprawy krajowe, podbiegł do szefa ochrony, aby ten wyperswadował im jakiekolwiek pytania.
Luft wypowiada się wyłącznie we własnym imieniu, ale – jak twierdzą dziennikarze – i tego się boi. Stąd lubi przekonywać dziennikarzy, że ich pytania są nieistotne, a gdy uparcie go ścigają – obiecuje spotkanie i… wyłącza komórkę!
Inni rzecznicy państwowi nie są lepsi. Rzecznik Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej stosuje uniki, umawia się na telefon, wyłącza komórkę i znika na kilka dni. Rzecznik Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej obraża się na dziennikarzy i wysyła protesty do redakcji. Zdaniem wielu z nich, nie potrafi nic sensownego i poprawnego powiedzieć do kamery.
Rzecznicy partii politycznych są jak ich sekretarze – strzegą sekretów swoich partii. Piotr Żak, rzecznik klubu parlamentarnego AWS, zmienia numer telefonu komórkowego, ale bardzo dzielnie stawia czoło dziennikarzom, gdy ma osłonić Mariana Krzaklewskiego przed dociekliwymi mediami. O Andrzeju Potockim dziennikarze mówią: “Nic nie wie, a ostatnio też nic nie mówi”. Jak widzimy, opinia sprzed miesięcy całkowicie się potwierdziła.
Niewiele lepiej jest w dużych firmach prywatnych. Rzecznicy pełnią tam rolę zapory, aby chronić swego prezesa przed wścibską prasą. Płodzą natomiast sążniste komunikaty do prasy (widać z tego są rozliczani), oczekują panegirycznych artykułów, a zawsze domagają się autoryzacji najmniejszej wzmianki. Niekompetencja większości sprawia, że długo nie grzeją miejsca w jednej firmie, stąd kontakty z mediami są na ogół sporadyczne.
Okazuje się zatem, że po dziesięciu latach transformacji ustrojowej i gospodarczej rzecznik po polsku raczej kamufluje, niż ujawnia informacje. Działa przeto jak potomek fredrowskiego rejenta Milczka i peerelowskiego sekretarza propagandy. Jedyne, co tę rolę może usprawiedliwiać, to zakorzenione w języku polskim pojęcie “rzecznika” jako adwokata, obrońcy sprawy, osoby czy instytucji. Język angielski jest tu bardziej nowoczesny – określenie “spokesman” (dla kobiety “spokeswoman”, czy ogólnie “spokesperson”), wskazuje na osobę, której funkcją jest mówienie, publiczne przedstawianie stanowiska za pomocą wypowiedzi słownych.
Oczywiście, gdy rzecznik nie jest kompetentny, lepiej aby milczał – doskonale ujął to Krzysztof Luft, rzecznik dotychczasowego premiera Buzka. Po posiedzeniu rządu na temat bezpieczeństwa obywateli oraz sytuacji w rolnictwie oświadczył: “Dziś mogę mówić tylko o burakach, ponieważ jestem przygotowany”. Cóż, przysłowie powiada: jaki pan, taki kram.
Jestem ostatni, który za naszych niedorzeczników winiłby ich samych. Po pierwsze, oni (one) po prostu znaleźli zatrudnienie, o co dzisiaj trudno, a wybrał ich ktoś inny – ich szef. Więc rękę gań, nie ślepy miecz. Po wtóre, jak wykazują kłótnie dni ostatnich, szefowie też nie radzą sobie z komunikacją społeczną. Po trzecie, jak wykazuje Bronisław Łagowski, w kręgach prawicy (a z niej wywodzi się gros aktualnych niedorzeczników) występuje wyraźna selekcja negatywna. Im wyżej, tym gorzej. A przecież rzecznicy są wysoko w hierarchii, stąd trudno się dziwić, że i oni sami są niekompetentni.
Autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, znawcą socjologii masowego komunikowania

Wydanie: 24/2000

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy