Bezradny jak radny

Bezradny jak radny

Obecna ordynacja wyborcza sprawia, że w radzie 200-tysięcznego miasta można zasiadać, otrzymawszy 364 głosy

Przeciwnicy okręgów jednomandatowych, w wyborach zarówno parlamentarnych, jak i samorządowych, uważają, że dałyby one fałszywy obraz rzeczywistych, zróżnicowanych preferencji ideowych i politycznych elektoratu i prowadziłyby do deformacji systemu demokratycznego przedstawicielstwa – wbrew temu, co głoszą ujawniający się teraz ich namiętni zwolennicy. Podzielam ten pogląd. Moje przekonanie łączy się z krytycznym stosunkiem do obowiązujących u nas reguł wyborczych, szczególnie na poziomie samorządowym: w wyborach do sejmików wojewódzkich i do rad gmin na prawach powiatu (w tzw. miastach prezydenckich).

Partia ważniejsza niż kompetencje

Debata na ten temat jest pilną społeczną potrzebą, ponieważ obecna ordynacja wyborcza do organów samorządu terytorialnego także prowadzi do patologii wyborczej i do licznych nieprawidłowości w organach samorządowych, co precyzyjnie opisano w „Raporcie o stanie samorządności terytorialnej w Polsce” pod redakcją prof. Jerzego Hausnera. Zauważmy przy okazji, że raport ten jest prawie zupełnie nieobecny w aktualnej wymianie poglądów w tej kwestii. Być może powodem przemilczenia jest jego podstawowy brak – przechodzi on bowiem do porządku dziennego nad istotnymi przyczynami tych nieprawidłowości, wyrastającymi właśnie z ordynacji wyborczej, która odbiera wspólnotom lokalnym i regionalnym możliwość bardziej podmiotowego kształtowania składu osobowego rad (sejmików). Od mieszkańców ordynacja oczekuje jedynie oddania raz na cztery lata głosu na listy kandydatów sprokurowane przez komitety wyborcze z jawnym bądź ukrytym tłem partyjnym.
Można wprawdzie powiedzieć, że to uprzywilejowanie sprzyja kształtowaniu się wyrazistych politycznie i liczbowo reprezentacji w sejmikach wojewódzkich i radach dużych miast, jednak bliższy wgląd w ich skład osobowy budzi zasadnicze wątpliwości z punktu widzenia obywatelskiej reprezentatywności dużej części mandatów. Konsekwencją są również zauważone przez autorów raportu niskie kompetencje wielu radnych.

Kogo pociągnie lider

By zobrazować problematyczność obecnego systemu wyborczego na poziomie samorządowym, odwołam się do wyników wyborów z 2010 r. w moich okręgach wyborczych: do sejmiku województwa kujawsko-pomorskiego i do rady miasta Torunia. Jako wyborca przypisany byłem do czwartego wojewódzkiego okręgu wyborczego, obejmującego miasto Toruń oraz powiaty toruński i chełmiński. Byłem jednym z 273 899 upoważnionych do udziału w wyborach. Do urn pofatygowało się jednak tylko 117 726 obywateli, co oznacza, że frekwencja wyniosła tu zaledwie 42,94% uprawnionych. W okręgu tym wybierano pięciu radnych sejmiku wojewódzkiego, liczącego ogółem 33 członków.
Zarejestrowanych było 12 komitetów, ale tylko cztery przekroczyły pięcioprocentowy próg wyborczy: PO z 52,35%, PiS – 17,51%, SLD – 12,57% i PSL – 6,11%. PO zdobyła cztery mandaty, a PiS – jeden. Można powiedzieć: taka jest reguła demokracji wyborczej, ta lista bowiem, którą popiera więcej wyborców, zdobywa należne jej mandaty, a więc także władzę, wpływy i odpowiedzialność – i niech tak pozostanie. W tę jakby oczywistą regułę jest jednak wmontowany wcale niemały współczynnik deformujący wynik.
Otóż na przeszło 50-procentowy rezultat PO składa się 38,86% głosów oddanych na Piotra Całbeckiego – marszałka sejmiku w poprzedniej i obecnej kadencji. Należy pogratulować znakomitego wyniku panu marszałkowi. Ale jednocześnie jego osobisty sukces sprawił, że PO wprowadziła w tym okręgu wyborczym do sejmiku trzech kolejnych radnych, którzy uzyskali 4,7%, 2,92% i 1,61% ważnych głosów. Godny pozazdroszczenia wynik lidera listy – ponad 41 tys. głosów – wykreował również mandat wspierany przez zaledwie 1,7 tys. wyborców. Mandaty te nie są więc rezultatem świadomego wyboru znaczącej liczby obywateli, lecz świecą światłem odbitym od splendoru lidera. Jeden znakomity wynik uprawomocnia mandaty niemające reprezentatywnego poparcia wyborców. Jest to dobitny przykład patologii systemu wyborczego, eliminującego np. kandydata z innego komitetu wyborczego, który otrzymał głosy 7,74% (8173) biorących udział w wyborach.
Personalizacja całościowych wyników wyborczych do sejmiku w województwie kujawsko-pomorskim pokazuje jeszcze wyraźniej słabe punkty tego systemu. Oto na 33 radnych sejmiku aż 10 nie przekroczyło w swoich okręgach progu 5%, a czterech nie otrzymało nawet 3% głosów. Co więcej, wyniki dalszych 16 radnych mieszczą się poniżej 10% pozyskanych w okręgach głosów. Oznacza to, że zaledwie siedmiu radnych na 33 może się poszczycić znaczącą reprezentatywnością swojego wyniku – przekraczającego 10 tys. głosów.
Uprawnione jest stwierdzenie, że są to słabe mandaty, niemające wyrazistej legitymizacji obywatelskiej, będące prostą funkcją mechanizmu wyborczego nadmiernie uprzywilejowującego sumaryczny wynik listy. Mandat otrzymuje ktoś, kto jakże często uzyskał kompromitująco niski rezultat. Jest to także jeden z głównych powodów zniechęcających do udziału w wyborach.

Kampania jak z tabloidu

Podobnie z wyborami do rady miejskiej Torunia. Na 25 radnych 12 otrzymało poniżej tysiąca głosów w okręgach liczących od ponad 30 tys. do 48 tys. wyborców, a wśród nich są „rekordziści”, którzy znaleźli się w organie przedstawicielskim miasta z 364 czy 410 głosami.
Na dodatek większość kandydujących do rady była na ogół nieznana wyborcom. Bo też cały system ich prezentacji i promocji był tabloidalny – liczne plakaty, spoty i banery przedstawiały co najwyżej wizerunek, numer listy wyborczej i jej logo, solennie zapewniając, że kandydujący jest „dobry”, „kreatywny”, ma na względzie interes miasta (tak jakby mógł on mu być obojętny), że jeśli wygra, to np. wybuduje nowe centrum albo co najmniej fontannę. A chciałoby się wiedzieć nie tylko, ile ma lat, ale także jaki jest jego dorobek życiowy, praktyka społeczna, czy już czymś zarządzał, jakie ma kompetencje merytoryczne upoważniające go do zasiadania w radzie miasta.
Obecna ordynacja wyborcza sprawia więc, że w radzie 200-tysięcznego miasta można zasiadać, otrzymawszy 364 głosy!
Dlatego system wyborów samorządowych pilnie wymaga debaty zmierzającej do zmian reguł gry. Czy upodmiotowienia wyborcy nie należałoby wiązać z odejściem od jednego wskazania w obrębie tylko jednej listy kandydatów? Czy nie należałoby wyposażyć wyborcy w prawo wskazania na liście tylu nazwisk, ile mandatów przypada w jego okręgu wyborczym?
Wskazanie nazwiska/nazwisk na uprzywilejowanej przez siebie liście – ale także na listach innych komitetów wyborczych – mogłoby wiązać wyborcę z popieranym przez niego komitetem i jednocześnie umożliwiłoby mu wskazanie w innych komitetach wyborczych osób jego zdaniem szczególnie kompetentnych, zasługujących, by powierzyć im funkcję radnego. Należałoby także się zastanowić nad umieszczaniem na listach nazwisk kandydatów w porządku alfabetycznym. Proponowane zmiany miałyby dodatkowy walor edukacyjny, zmuszałyby bowiem głosującego do uprzedniego upewnienia się, kto jest kim, nie pozwalając mechanicznie zakreślać pierwszej pozycji na kartce wyborczej. Pilna i niezbędna zmiana reguł gry mogłaby sprzyjać kształtowaniu się bardziej podmiotowej, obywatelskiej współodpowiedzialności mieszkańców za województwo, powiat i gminę.

Autor jest emerytowanym docentem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu

Wydanie: 16/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy