Archiwum
Półsny bez blasku
Czy wszystko, co umieszczone na blejtramie, może mieć rację bytu jako dzieło malarskie?
Wystawa malarstwa „Opowiem Wam o półsnach” wymaga od widza dużej dozy życzliwości. Okazuje się bowiem pozbawiona blasku. Brakuje w niej iskier, które powinny sypać się spod pędzli malarzy młodych. Nie ma w niej zbyt wiele spodziewanej oryginalności ani świeżości. A jednak zobaczyć ją warto – mimo wszystko skłania do namysłu i zostawia ślad.
Odbywa się w Gdańsku, w zabytkowej Zielonej Bramie. Jest drugą częścią bardzo istotnego wydarzenia artystycznego – prezentacji unikatowej kolekcji obrazów młodych polskich malarzy. Ich nazwiska nie nabrały jeszcze wystarczająco wielkiej mocy, nie mają autorskich galerii, tworzą w rozproszeniu, często bez rozgłosu. Dlatego możliwość przekrojowego spojrzenia na ich twórcze wysiłki i dokonania jest naprawdę cenna. Zawdzięczamy ją bezprecedensowej hojności mBanku, który przez kilka lat skupował te dzieła, by ostatecznie podarować je gdańskiemu oddziałowi Muzeum Narodowego. Ono też jest organizatorem wystawy.
O jej pierwszej części, „Opowiem Wam o sobie/o nas”, pisałem na łamach „Przeglądu” (nr 36/2025). Była dla zwiedzających łatwiejsza, gdyż złożona została z dzieł o wymowie bardziej klarownej, mogących uchodzić za rodzaj osobistych deklaracji. Tu, jak uprzedza sam tytuł, mamy do czynienia ze snami. I to niepełnymi. W rozumieniu kuratorów niepełność ta nie oznacza jednak niedokończenia – to raczej połowiczne wymieszanie fikcji z realnością. Co w dzisiejszych czasach nie powinno dziwić, bo ta druga, zwłaszcza w przypadku ludzi młodych, wymieszana jest dość mocno z rzeczywistością wirtualną: w laptopach, smartfonach czy telewizorach. Może zatem oni muszą już tylko tak odnosić się do świata?
Starsze pokolenia ciągle chyba nie są do tego wystarczająco wdrożone. Oglądamy więc na gdańskiej wystawie te wydumane kompozycje – bez specjalnego zrozumienia ich sensu i intencji autora. Może rzeczywiście patrzymy tak jak na podglądane cudze sny, których wymowa i siła emocjonalna znana jest tylko śniącemu, a czasem i dla niego samego pozostanie tajemnicą.
I tak patrzę na małą, nagą postać siedzącą na listku w kręgu ognistej lawy w kraterze wulkanu niczym na pizzy („Lawa parzy”, Marcin Janusz 2022). Obok – dwie nagie dziewczyny, o mocno zaburzonych proporcjach ciała, zwrócone ku sobie, a pod ich nienaturalnie powiększonymi nogami zalega czyjaś oderwana głowa z kwiatem w rozwartych ustach… („Gigantki”, Zuzanna Szary, 2021).
Nie chciałbym znaleźć się w tych snach. Są chaotyczne,
Opowiem Wam o półsnach (odsłona II)
Oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku – Zielona Brama, Długi Targ 24
do 22 marca
Szarlatani szaleją
Piewcy medycyny alternatywnej zyskują coraz większy poklask. Wszystko przez internetową dezinformację i polityków szukających kolejnych głosów
Kobieta umierała na chłoniaka. Jeden z popularniejszych w internecie szarlatanów zalecił jej branie suplementów, za które zapłaciła, bagatela, 10 tys. zł. Jak można się domyślać, pacjentce się nie polepszało. Na szczęście w porę zgłosiła się po pomoc onkologiczną i udało się ją uratować. Sprawa trafiła do prokuratury. Szarlatan stwierdził podczas przesłuchania, że przyjął kobietę jako duchowny Kościoła Naturalnego, a nie lekarz. Wymigał się. Historię nagłośniła Wirtualna Polska – bada ją Rzecznik Praw Pacjenta, a prokuratura wznowiła śledztwo. Ten sam szarlatan kilka tygodni temu był obecny w Sejmie, na posiedzeniu komisji dotyczącym zdrowia Polek i Polaków. Takich „specjalistów” w budynku przy Wiejskiej pojawiło się więcej. Kto ich zaprosił i po co?
Ręka w rękę
17 listopada 2025 r. w Sejmie odbyło się posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Ochrony Życia i Zdrowia Polaków. W jego skład wchodzą posłowie Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej. Jaki był temat spotkania? „Żywność jako narzędzie manipulacji”. Przemawiała m.in. kontrowersyjna prof. Grażyna Cichosz, której antynaukowe tezy wypowiedziane w programie Bogdana Rymanowskiego prostowali naukowcy i dietetycy. Był też Andrzej Kawka, który na co dzień przedstawia się jako dietetyk. Do lutego br. współtworzył na YouTubie kanał z naturopatą Oskarem D., który 3 lutego został zatrzymany przez policję. Mężczyzna usłyszał zarzuty narażenia pacjentki z nowotworem na utratę życia lub zdrowia oraz udzielania świadczeń medycznych bez zezwoleń. Zarzucono mu także pranie brudnych pieniędzy i oszustwa podatkowe.
Do zaproszonej przez polityków Konfederacji „śmietanki” dołączył również Hubert Czerniak, jedna z najsławniejszych postaci w kręgach medycyny alternatywnej. To lekarz pozbawiony prawa wykonywania zawodu, mentor Oskara D. Właśnie o Czerniaku wspominałem na początku artykułu.
Była poza tym Justyna Socha, działaczka ruchów antyszczepionkowych i kandydatka na posłankę z list Konfederacji. Kobieta została skazana w drugiej instancji za zamieszczenie w mediach społecznościowych, na profilu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP NOP, wpisu, w którym zasugerowała, że lekarze podają pacjentom leki prowadzące do przedwczesnej śmierci.
Zaproszeni na sejmowe spotkanie szarlatani głosili przeróżne antynaukowe tezy i nikt tych stwierdzeń nie weryfikował. Trudno się dziwić, że reporter Michał Janczura nazwał to w Wirtualnej Polsce „sabatem szarlatanów”.
Spotkanie otworzył Roman Fritz, poseł Konfederacji Korony Polskiej, który straszył, że toczy się właśnie „potworna walka”, i zwrócił się do prof. Cichosz: „To, że słyszymy ten kwik pseudoelit lewackich, które się wylewają z mediów i nie tylko, świadczy o tym, że pani profesor i całe środowisko, które za panią stoi, naruszyliśmy jakieś tabu i trafiliśmy w czuły punkt całego systemu”.
Czy Fritz rzeczywiście uważa poglądy zaproszonych szarlatanów za zgodne z prawdą, to odrębna kwestia, warto jednak się zastanowić, dlaczego środowisko antynaukowe tak bardzo się lubi z obozem politycznym tzw. antysystemowców. Jest w tym bowiem głębszy polityczny sens, niż mogłoby się wydawać. Chodzi o
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Strategia czasów wodzostwa
Donald Trump wreszcie powiedział wprost: jego największym wrogiem jest dawna Ameryka
Opublikowana oficjalnie 5 grudnia amerykańska Narodowa Strategia Bezpieczeństwa w społeczności analityków i obserwatorów polityki międzynarodowej funkcjonowała trochę na zasadzie kota Schrödingera. Bardzo długo jej nie było, przynajmniej w końcowej formie, a jednocześnie ciągle wzbudzała kontrowersje, lęki egzystencjalne i ataki paniki właściwie na całym świecie. Już samo to pokazuje, że wbrew zaklinaniu rzeczywistości przez Pekin, Moskwę czy Teheran nadal większość populacji żyje w układzie sił, którego gwarantem w mniejszym lub większym stopniu jest polityka Stanów Zjednoczonych. Brzmi to gorzko, ale rację ma portal Politico, który tydzień po publikacji strategii za najpotężniejszego polityka pod względem wpływu na Europę uznał właśnie Donalda Trumpa. Wielu na Starym Kontynencie chciałoby pewnie, żeby na tym miejscu znajdowała się jakaś nowa inkarnacja Churchilla, Adenauera czy de Gaulle’a, ale nic nie jest w stanie zmienić faktu, że to prezydent USA dyktuje europejskim stolicom, co mają robić. I to on ma decydujący wpływ na ich bezpieczeństwo, zwłaszcza w kontekście procesu pokojowego w Ukrainie.
Partnerstwo na finiszu
Pierwotnie ten dokument, ostatecznie mający wszędzie odciski palców wiceprezydenta J.D. Vance’a, mocno też naznaczony strategicznym myśleniem izolacjonisty Michaela Antona i antychińskiego jastrzębia Elbridge’a Colby’ego, miał się ukazać we wrześniu. Przeszło dwumiesięczna zwłoka w publikacji była dla wielu powodem do niepokoju, ale i zastanowienia. Co prawda, pojawiały się przecieki z pierwszych wersji – chociażby doniesienia Kena Moriyasu z gazety „Nikkei Asia”, który jako pierwszy trafnie przedstawił hierarchię priorytetów w nowej strategii – ale były to informacje szczątkowe.
Moriyasu już we wrześniu napisał, że najważniejsze będzie bezpieczeństwo wewnętrzne, rozumiane także przez pryzmat reindustrializacji i powstrzymania nielegalnej imigracji. Dopiero na drugim miejscu znalazły się Chiny i, szerzej, Indo-Pacyfik, potem kwestie nowych technologii, a na czwartym miejscu Europa.
Ostatecznie Staremu Kontynentowi poświęcono sporo miejsca, bo aż trzy strony, niemal w całości wypełnione ostrym, antagonistycznym, mocno bełkotliwym językiem konfliktu cywilizacyjnego i zawoalowanego rasizmu, ale wcale nie dlatego, że Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa są jakoś zaniepokojone europejskim bezpieczeństwem czy stanem sojuszu transatlantyckiego. Wręcz przeciwnie. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że 5 grudnia 2025 r., przynajmniej w warstwie retorycznej (choć jak najbardziej oficjalnej), powojenne partnerstwo demokratycznej Europy i Stanów Zjednoczonych ostatecznie dobiegło końca.
Jak słusznie w komentarzu do dokumentu, opublikowanym przez liberalny amerykański think tank The Brookings Institution, napisała turecka analityczka Aslı Aydıntaşbaş, nawet gdyby w 2028 r. w USA władzę przejęła administracja demokratów, zaangażowanie Ameryki w sprawy atlantyckie nigdy już nie będzie takie jak w czasach po 1989 r., których ostatnim tchnieniem była ekipa Joego Bidena. Wynika to ze zmian strukturalnych w samych Stanach Zjednoczonych – gospodarczych, politycznych i demograficznych. Ale też z faktu, że w nowym wieloosiowym świecie stworzony przez Bidena podział na autokracje i demokrację będzie miał drugorzędne znaczenie.
Aslı Aydıntaşbaş zauważa bowiem, że wprawdzie wracamy do czasów chaosu i twardej siły jako wyznacznika pozycji danego kraju, ale nie zmienia to faktu, że trzeba to wszystko pogodzić z gospodarczym współistnieniem i współuzależnieniem. Nie będziemy mieli już luksusu obrażania się na autokratów i wstrzymywania handlu z nimi, bo od takich transakcji będzie zależeć nasze przetrwanie. Uniwersalizmy zostaną odsunięte na bok, jeśli w ogóle będą obecne w rozrachunkach dyplomatycznych.
Projekcja lęków MAGA
Co zatem Europa dostaje w zamian? Sporo uwagi, ale krytycznej. W wypowiedziach Colby’ego i Vance’a słyszymy to, co tak naprawdę już wszyscy wiedzieliśmy, a przynajmniej ci, którzy nie mieli złudzeń co do natury obecnej administracji. Krótko mówiąc, Unia Europejska w swoim dzisiejszym kształcie instytucjonalnym jest całkowicie niekompatybilna z interesem strategicznym Stanów Zjednoczonych. Dlatego Donald Trump będzie aktywnie dążył do jej rozbicia, a dokładniej – redukowania Wspólnoty do jej roli czysto ekonomicznej, czyli do wspólnego rynku.
Skąd taki cel? Odpowiedź na to pytanie zależy od orientacji ideologicznej komentatora. Liberałowie, a przynajmniej ci przywiązani do porządku międzynarodowego opartego na zasadach, normach i etyce, widzą w tym dokumencie wyrażenie pogardy dla europejskich ustrojów politycznych i powojennego kontraktu społecznego. Dla polityków spod znaku MAGA europejskie państwo dobrobytu, przyjmujące uchodźców z globalnego Południa, wypłacające zasiłki osobom niepełnosprawnym, zarządzane w większości przez rządy koalicyjne i zachowujące silny parlamentaryzm jako wyraz pluralizmu poglądów swoich obywateli, jest po prostu przeżytkiem.
Z kolei konserwatyści – zwłaszcza europejscy narodowi populiści w duchu co lepiej umoszczonych w swoich międzynarodówkach polityków Prawa i Sprawiedliwości – już próbują retorycznych wygibasów, żeby udowodnić, że ta strategia wcale nie jest antyeuropejska,
Aferzyści prezydenta RP
Kto i dlaczego nie chce, aby państwo kontrolowało rynek kryptowalut
Histeryczna reakcja PiS, Konfederacji i Karola Nawrockiego na przygotowaną przez rząd ustawę o kryptowalutach budzi zdumienie. Skrajna prawica sprzeciwia się sprawowaniu przez państwo nadzoru nad szemranym rynkiem finansowym wykorzystywanym do wspierania terroryzmu, aktów rosyjskiej dywersji, prania brudnych pieniędzy i innych działań przestępczych. Pytanie, jaki ma w tym interes.
Zawetowana przez prezydenta ustawa miała wdrożyć przepisy unijnego rozporządzenia MiCA (Markets in Crypto-Assets). Zgodnie z wytycznymi Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej każde państwo członkowskie powinno wskazać organ państwowy, który będzie kontrolował rynek kryptowalut. W Polsce takim organem miała być Komisja Nadzoru Finansowego, która sprawuje też dozór m.in. nad sektorem bankowym, instytucjami płatniczymi, rynkiem kapitałowym i ubezpieczeniowym.
Brednie dla ciemnego ludu
Nawrocki i politycy PiS wytoczyli przeciwko ustawie o kryptowalutach różne argumenty, w większości niedorzeczne, a nawet idiotyczne, skrojone pod publiczkę, zgodnie z doktryną byłego bulteriera PiS Jacka Kurskiego, że jest to „lipa, ale ciemny lud to kupi”. Na przykład ten o rzekomym ograniczeniu praw i wolności Polaków poprzez „możliwość wyłączania przez rząd stron internetowych firm działających na rynku kryptoaktywów jednym kliknięciem”. Wiele osób uwierzyło, że Donald Tusk będzie w ten sposób eliminować z rynku niewygodne firmy i przejmować pieniądze inwestorów. Tymczasem obowiązek wprowadzenia przepisów dotyczących blokowania stron podmiotów, które łamią prawo, wynika z samego rozporządzenia MiCA. (Gdyby Nawrocki był konsekwentny, powinien zgłosić ustawę zakazującą blokowania „jednym kliknięciem” rachunków bankowych przez urzędy skarbowe).
Inny zarzut był taki, że ustawa jest zbyt obszerna, bo ma ponad 100 stron, a podobna ustawa w Czechach zaledwie kilkanaście. Tyle że w polskiej ustawie o kryptowalutach za jednym zamachem dokonano też nowelizacji kilkudziesięciu innych ustaw, a Czesi robili to na raty. Dla porównania – banalna nowelizacja Ustawy prawo o ruchu drogowym, którą przygotował Nawrocki, ma aż 30 stron, a jej uzasadnienie 24 strony.
Natomiast w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim na Kanale Zero (którego sponsorem jest spółka zajmująca się kryptowalutami) Karol Nawrocki twierdził, że nie miał pojęcia, iż brak państwowej kontroli nad rynkiem kryptowalut stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. „Przez całą ścieżkę legislacyjną nikt tego nie podnosił. Czy odcięto prezydenta od informacji o zagrożeniu rynku kryptowalut? Nie dowiedziałem się nic o nim ani z debaty parlamentarnej, ani z raportu służb specjalnych. To kolejna nadregulacja”, skarżył się, co brzmiało kuriozalnie. A wystarczyło zapytać szefa BBN Sławomira Cenckiewicza, który w październiku br. w wywiadzie dla „Financial Timesa” alarmował,
Ostatnia kolonialna, pierwsza faszystowska
Włoska okupacja Etiopii w latach 1936-1941 pochłonęła ok. 600 tys. ofiar
W Polsce długo funkcjonował i chyba jeszcze funkcjonuje stereotyp włoskiego żołnierza z okresu II wojny światowej utrwalony w filmie „Giuseppe w Warszawie” – polskiej komedii wojennej z 1964 r. w reżyserii Stanisława Lenartowicza. Film opowiada o szeregowcu dezerterującym z włoskiej armii ekspedycyjnej w ZSRR i ukrywającym się w okupowanej przez Niemcy Polsce. Widzowi pokazano banał o sympatycznym amancie, kochającym piękne kobiety, śpiew, wino i makaron. Nie dramat, ale komedię.
Niestety, prawda o faszystowskich Włoszech i ich armii była inna. Polityka Mussoliniego opierała się na tych samych imperialnych urojeniach, co polityka Hitlera, naznaczona była tą samą szowinistyczną pogardą dla ofiar i nie liczyła się z niczym. Włoskie siły zbrojne, identycznie jak niemieckie, dokonywały podboju z najwyższą brutalnością i dopuszczały się zbrodni przeciw ludzkości. Zostawiły po sobie spaloną ziemię w Libii, Etiopii, Albanii, Grecji, Jugosławii i na froncie wschodnim. Jeśli dziś o tym się nie pamięta, to tylko dlatego, że po 1945 r. włoscy zbrodniarze wojenni – dzięki przychylności USA i Zachodu – nie ponieśli odpowiedzialności za swoje czyny.
Włochy jako pierwsze państwo faszystowskie dokonały 90 lat temu przestępczej i niesprowokowanej przez ofiarę agresji. Okrągła rocznica najazdu Włoch na Etiopię (nazywaną wówczas Abisynią) minęła w europejskich mediach bez większego odzewu.
Wybitna włoska dziennikarka i pisarka Oriana Fallaci tak podsumowała w 1977 r. podbój Etiopii przez faszystowskie Włochy: „Trudno dziś jeszcze pisać beznamiętnie o zmarłym Hajle Syllasje. Ponieważ trudno zapomnieć, że na niego napadliśmy, obrzuciliśmy obelgami, okradliśmy go z jego kraju za sprawą niepotrzebnej wojny, którą rozpętał Mussolini 42 lata temu. W 1935 r. my też mieliśmy swój Wietnam. Nazywał się Etiopia. Kto traktuje Wietnam jako coś nowego, zapomina albo nie wie, że aby założyć tam imperium, spadliśmy na głowę narodowi, który nie wadził nikomu i który bronił się za pomocą bosego wojska, uzbrojonego praktycznie tylko w szable. Zapomina albo nie wie, że zaatakowaliśmy ten naród eskadrami Balba i Ciana, bombardując bezbronne wsie, szpitale Czerwonego Krzyża, uciekające rodziny. Wysłaliśmy oddziały marszałka Badoglia, zrzucając trujący gaz, siejąc zniszczenie i grozę. Wysłaliśmy Czarne Koszule gen. Grazianiego, plamiąc się masowymi egzekucjami, najnikczemniejszymi masakrami” („Wywiad z historią”, Warszawa 2012, s. 407).
Sen o imperium
Mussolini już w 1919 r. twierdził, że imperializm jest „odwiecznym i niezmiennym prawem życia”. Od początku swoich dyktatorskich rządów w 1922 r. planował utworzenie w basenie Morza Śródziemnego i w Afryce imperium włoskiego, które miało być nowoczesną wersją starożytnego Imperium Romanum. Plany te przyśpieszyły po światowym kryzysie gospodarczym (1929–1933), z którego Włochy wychodziły bardzo powoli – negatywne skutki gospodarcze w sektorze produkcji przemysłowej i zatrudnienia utrzymywały się do 1936 r.
By odwrócić uwagę społeczną od sytuacji wewnętrznej, reżim faszystowski rzucił hasło odbudowy Imperium Rzymskiego, zdobycia nowych ziem i rynków zbytu. Wojna imperialistyczna miała być sposobem na poprawę bytu narodu włoskiego. Zignorowano, tak samo jak w Niemczech hitlerowskich nieco później, na przełomie lat 1937 i 1938, sceptyczną opinię niektórych wyższych dowódców wojskowych. Wątpiących zastąpiono cynicznymi karierowiczami i bezwzględnymi wykonawcami najbardziej zbrodniczych rozkazów, takimi jak generałowie, a wkrótce marszałkowie Emilio De Bono i Rodolfo Graziani, którzy zyskali przydomki „katów Etiopii”.
Pretekstem do agresji na Etiopię stały się tzw. incydenty w Gonderze i Ueluel. 17 listopada 1934 r. rzekomo miał miejsce atak żołnierzy etiopskich na konsulat włoski w Gonderze, dawnej stolicy Cesarstwa Etiopii. Natomiast 5 grudnia 1934 r. oddział wojska etiopskiego pilnujący bezpieczeństwa komisji granicznej natrafił w oazie Ueluel w prowincji Ogaden – 60 km od granicy Etiopii z Somali Włoskim (kolonią włoską w południowej części Półwyspu Somalijskiego, istniejącą w latach 1905-1936) – na oddział włoski liczący 60 żołnierzy, wspierany przez dwie tankietki CV 3/33. W większości byli to kolonialni żołnierze somalijscy, tzw. dubaci. Oddział włoski zaatakował znacznie liczniejszą jednostkę etiopską. W walce zginęło 110 żołnierzy etiopskich oraz 30-50 włoskich i somalijskich. Pozostali przy życiu żołnierze z włoskiego oddziału wycofali się w kierunku Somali Włoskiego.
Sympatia międzynarodowa była po stronie zaatakowanych Etiopczyków, ale propaganda Mussoliniego oskarżyła o atak stronę etiopską. Tak rozpoczął się tzw. kryzys abisyński. Prowokacje w Gonderze i Ueluel, które dostarczyły Mussoliniemu casus belli, przywołują skojarzenia z późniejszymi hitlerowskimi operacjami typu false flag, takimi jak prowokacja gliwicka i incydent w Venlo.
Podobnie postawa Wielkiej Brytanii i Francji wobec kryzysu abisyńskiego zdaje się zapowiedzią polityki appeasementu z lat 1938-1939, czyli
Bliskość luksusem przyszłości?
Coraz trudniej o relacje, które wymagają czasu i zaangażowania
W czwartkowe popołudnie w kawiarni w środku Warszawy trudno znaleźć wolny stolik. Jedni odpoczywają z książką po skończonej pracy, drudzy powtarzają materiał z zajęć na uczelni, jeszcze inni zabierają pracę z biura do lokalu. Z zewnątrz wygląda to na codzienną rutynę w mieście. Gęstość życia i nieustanny ruch. A jednak – przyjrzyjmy się temu uważniej – wzrok ludzi skupia się na ekranach, a jedynym wspólnym mianownikiem jest obecność w tej samej przestrzeni. Sprawia to wrażenie samotności w tłumie. O wiele bardziej realnej, niż chcielibyśmy przyznać.
To współczesny paradoks, bo otaczamy się coraz większą liczbą ludzi i jednocześnie czujemy się odizolowani. Bliskość nie wynika z samej obecności innych obok, wymaga uważności i nawiązywania relacji. Czegoś, czego – mam takie wrażenie – brakuje młodym ludziom najbardziej.
Ucieczka w dopaminę
Życie w sieci to jeden z najbardziej charakterystycznych mechanizmów radzenia sobie ze współczesną samotnością. Reakcje na posty innych i komentarze pod filmami publikowanymi w mediach społecznościowych dają iluzję kontaktu społecznego. Ta powierzchowna bliskość szybko znika, pozostawiając po sobie poczucie pustki i potrzebę kolejnej dawki dopaminy.
Do tego dochodzą portale randkowe, które w teorii ułatwiają poznawanie ludzi, a w praktyce często przynoszą stres i lęk przed porzuceniem. Jedna z moich koleżanek po kilku latach randkowania online mówi: – Po kolejnych zawodach miłosnych nie chcę wracać do tego chaosu. Relacje z aplikacji są płynne i do niczego nie prowadzą.
W aplikacjach randkowych rządzi mechanika wyboru. Przypomina to bardziej katalog niż miejsce do zawierania wartościowych znajomości. Profil danej osoby, na podstawie zdjęcia, można przesunąć w prawo, jeśli się spodoba, lub w lewo – jeśli ten ktoś nie jest wystarczająco atrakcyjny. Tworzy to złudzenie nieskończonych możliwości. Trudniej zainwestować uwagę, gdy następne potencjalne połączenie jest dosłownie na wyciągnięcie kciuka. Budowanie relacji wymagających cierpliwości staje się skomplikowane w wirtualnym świecie, którym rządzi algorytm. Dlatego intymność trzeba tworzyć wbrew nawykom, nie dzięki nim, a to już nieporównywalnie trudniejsze niż kolejne przesunięcie w prawo.
Na temat współczesnego doświadczenia samotności wśród 20- i 30-latków rozmawiam z psycholożką społeczną dr Magdaleną Łużniak-Piechą z Uniwersytetu SWPS. – Samotność nie oznacza po prostu bycia samemu, jest raczej brakiem „czegoś” – wyjaśnia. – Prościej mówiąc, to brak relacji społecznych w danym momencie. A ten moment może trwać krócej lub dłużej.
Pytam, jak jej zdaniem zmieniło się rozumienie samotności we współczesnym społeczeństwie. Często bowiem odnoszę wrażenie, że kiedyś była tematem wstydliwym, a dziś wydaje się wręcz oswojona. – Samotność nadal jest emocją negatywną. W przeciwieństwie do świętego spokoju,
Mała nacja daje przykład
Od Słowenii możemy wiele się nauczyć w kwestii imigrantów i mniejszości
Gdy Słowenia stanowiła najbardziej wysuniętą na zachód – geograficznie i mentalnie – część Jugosławii, uchodziła za obszar wzorcowy. Już jako republika związkowa przez lata należąca do Jugosławii Tity przyciągała mieszkańców Macedonii, Czarnogóry lub Kosowa, ludzi innej religii, posługujących się innym językiem. Wewnętrzni migranci jugosłowiańscy w małej republice zaczynali nowe życie. Władze i społeczeństwo mają więc od dziesięcioleci „administracyjną styczność” z imigrantami. I spore doświadczenie.
Odpryski jugosłowiańskiego dziedzictwa
System ochrony mniejszości, z którego czerpie dzisiejsza Słowenia, został odziedziczony po okresie Jugosławii, gdzie okręgi Wojwodina czy Kosowo, jako części republiki związkowej o nazwie Serbia, cieszyły się wyjątkowo szeroką autonomią. „Jeśli chodzi o podwaliny ochrony praw mniejszości, położone przez ówczesny system prawny Socjalistycznej Jugosłowiańskiej Republiki Słowenii, to żaden inny kraj europejski do dziś nie osiągnął tak wysokich standardów”, podkreślił w wywiadzie dla portalu Balkan Insight Dejan Valentinčič, specjalista od prawa konstytucyjnego Słowenii.
Teraz w dwumilionowym kraju, o powierzchni porównywalnej z województwem dolnośląskim, oficjalnie funkcjonują tylko dwie mniejszości – włoska na wybrzeżu adriatyckim i w pobliżu granicy z Włochami oraz węgierska w regionie Prekmurje na równinie przy granicy z Węgrami. Prawa obu mniejszości są zapisane w konstytucji z 1992 r.
Słoweńscy Węgrzy i Włosi mają zagwarantowane m.in. dwujęzyczne dowody osobiste i paszporty, dwujęzyczne media, możliwość nauki w swoich językach. Władze w Lublanie doprowadziły nawet do tego, że na obszarach zamieszkiwanych przez owe mniejszości zarówno etniczni Węgrzy i Włosi, jak i Słoweńcy muszą się uczyć słoweńskiego oraz pozostałych dwóch języków w równym stopniu. To wyjątkowe podejście, które wyróżnia Słowenię na tle innych krajów – osoby posługujące się językiem większości muszą również uczyć się języka mniejszości. W niepodległej Słowenii nigdy zresztą nie kwestionowano prawa przedstawicieli innych narodowości (nie tylko włoskiej i węgierskiej) do zapisywania swoich nazwisk w oryginalnym alfabecie. Dodatkowo słoweńska konstytucja gwarantuje każdej mniejszości deputowanych w Zgromadzeniu Narodowym i radnych w gminach.
Warto zwrócić uwagę na sytuację osób pochodzących z pozostałych krajów byłej Jugosławii. Przedstawiciele siedmiu nacji nie są konstytucyjnie uznawani za mniejszość narodową i cieszą się sporymi prawami w porównaniu z imigrantami w innych krajach Europy. Słowenia co roku udziela tym narodowościom wsparcia. Od 2024 r. jest to 300 tys. euro, a w słoweńskich mediach przeczytamy, że ta kwota ma wzrosnąć.
Wielowymiarowa szczodrość słoweńskich
Sygut i zespół rekonstrukcyjny
Dziś TVP Info jest tak nudne i słuszne, że zęby bolą, jak się to ogląda
Wojciech Krzyżaniak – były dziennikarz (m.in. „Gazety Wyborczej”, Onetu, „Newsweeka”, TOK FM), analityk mediów, szczególnie telewizji
To są oficjalne dane. Jeżeli porównamy minione 12 miesięcy, według badań Nielsena najbardziej straciła w ostatnim czasie TVP 1, udziały w rynku spadły jej niemal o 10%. Jest pan tym zaskoczony?
– A czy to jest najważniejsze? Może bardziej istotne jest, by media publiczne, zamiast ścigać się z komercyjnymi na oglądalność, przyzwyczajały widzów do jakości? Spróbujmy porównać się do BBC. Wiem, że to brzmi banalnie, że to zniszczone porównanie, ale już tłumaczę, o co mi chodzi. Otóż kilka lat temu jeden z jej szefów powiedział, że najważniejsza dla niego jest jakość. Mówił to, mając na myśli najprostszego człowieka i jego proste potrzeby kulturalne, które nie są specjalnie wyrafinowane.
Czyli?
– Podam przykład. Obrażaliśmy się, jak u nas był program „Gwiazdy tańczą na lodzie”. W publicznej telewizji! A przecież to jest format BBC. Oni pierwsi to dali. To nie był prosty komercyjny występ. Tam było to coś aspiracyjnego. Byłem u nich na planie tego tańca na lodzie. Najważniejsze, co mówili: wszystko miało być piękne. Taniec, muzyka, prowadzenie. Żeby u widza rozbudzić aspiracje, żeby chciał szukać czegoś wyżej.
A u nas?
– U nas wszystko jest płaskie. Na tym samym poziomie. Dla widza nie ma różnicy między telewizją publiczną a komercyjnymi. Więc po co przepłacać? Nie ma sensu płacić abonamentu, gdy treści są miałkie.
Łatwo powiedzieć.
– Trudno zrobić. Bo do tego trzeba fachowców, a nie kolegów, prawda? Jeśli zatem pyta mnie pan o telewizyjną Jedynkę, że ma największy spadek, odpowiadam: moim zdaniem to wynika z miałkości oferty. Z braku identyfikacji tego kanału. Bo co to jest ta Jedynka? Ludzie muszą mieć poczucie, że choć płacą abonament, to warto; że dzięki temu mogą dotrzeć do treści, które same w sobie są istotne.
Faktycznie są istotne?
– Do tego zmierzałem. Jak patrzę na seriale „Drelich” czy „Pan Mama”, no sorry, ale nie sądzę, że to jest istotne. Powiem więcej, to jest nawet bardzo nieistotne. Zanim powstał „Drelich”, była książka. Świetna! Tylko to w ogóle nie jest do telewizji publicznej. To czysta rozrywka, która powinna być przypisana do telewizji komercyjnej. Nie ma nic poza warstwą zwykłej opowieści.
A co powinno być?
– Jedynka, Dwójka trzymają się serialami. Ale te, które dziś powstają,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Awanse na oparach
Kluby zwalniają tempo, Legia na dnie
Z końcem jesieni polskie kluby tradycyjnie zwalniają tempo w Europie. Nie wiedzieć czemu gra na dwóch frontach, ergo rozgrywanie meczów co trzy dni jest dla piłkarzy zarabiających w Polsce przykrością, do której nijak się przyzwyczaić nie mogą. Rodzimi gracze wychowali się w lidze, która o Europę zaczęła się ocierać dopiero po wynalezieniu Ligi Konferencji, w większości zatem przywykli do tego, że gra się w weekendy, a w tygodniu trenuje. Obcokrajowcy też jakby skuszeni najmniej wymagającą z przyzwoicie płacących lig nie są przekonani do takiej harówki. Ma być syto i leniwie, a tu trzeba biegać do samych świąt za punktami. W ubiegłym roku Jagiellonia i Legia dojechały do play-offów na oparach; w bieżącym Legia już nigdzie nie dojedzie, a Jagiellonia też ledwie awansuje do jednej szesnastej dzięki punktom uciułanym jesienią na słabeuszach. W konfrontacji z przeciętnym klubem La Liga drużyna z Białegostoku nie była faworytem, albowiem hiszpańska przeciętność w przekładzie na polski oznacza wybitność.
Taki Jesús Imaz, który wciąga nosem całą Ekstraklasę od kilkunastu lat, piłkarz w Białymstoku już pomnikowy, przed przyjazdem do Polski tułał się po niższych ligach w swojej ojczyźnie, a w dzisiejszym Rayo Vallecano nie zmieściłby się nawet w szerokich rezerwach. Piłkarze z Villa de Vallecas nie zamierzali mieć litości dla gospodarzy, zwłaszcza że ich kibice zostali tradycyjnie powitani przez białą polską siłę – czerstwym chlebem w ryj i solą w oczy. W ramach szlachetnych form męskiej rywalizacji (Karol Nawrocki lubi) chłopcy z Podlasia zasadzili się na ekspresówce na autokary, wtargnęli do środka, powybijali zęby dziewięciu fanom z Hiszpanii, trzech wysłali do szpitala, po czym w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku patriotycznego (Rayo to czerwona hołota z robolskich przedmieść Madrytu, więc należy ich raz sierpem, raz młotem etc.) rozjechali się sprawnie po swoich dumnych kątach.
Na boisku sprawy miały się bliźniaczo do meczu, w którym ostatnio oberwał od Czerwonych Szarf Lech Poznań – polska ekipa trzymała się w miarę dzielnie przez godzinę, dopóki trener Hiszpanów nie zrobił potrójnej zmiany, wprowadzając swój podstawowy tercet ofensywny.
O ile jednak Lech rozsypał się dopiero w doliczonym czasie i zaiste zdążył obwąchać punkty, o tyle Jagiellonia straciła gola decydującego o porażce natychmiast po trenerskiej korekcie. Wprowadzony koło 60. minuty Urugwajczyk Alfonso „Pacha” Espino zobaczył frajerskie ustawienie w bramce młodego Abramowicza i w pierwszym kontakcie z piłką uderzył z daleka z ostrego kąta do siatki. Początek meczu też zresztą należał do gości: zdobyli bramkę po szkolnym niedopatrzeniu defensorów Jagi, a potem raz za razem obijali słupki.
Białostocka ekipa jest ewidentnie zmęczona rundą, w zeszłym tygodniu przegrała nawet w Niecieczy i w Katowicach, toteż licho prezentowała się na tle solidnego rywala z najlepszej technicznie ligi świata. W końcówce pierwszej odsłony Hiszpanie pozwolili się przycisnąć i za sprawą przytomności Imaza Jaga wyrównała, może nawet w przekroju całego spotkania zasłużyła na polubowne rozstrzygnięcie, lecz raczej z uwagi na wolę walki niż na walory piłkarskie. Jednakowoż trener Siemieniec na pomeczowej konferencji odleciał w stratosferę, stwierdzając, że „przegrała drużyna zdecydowanie lepsza”.
Dramatycznie słaby był Dawid Drachal, na
W rzymskim lustrze
Prezydent może osłabiać rząd nie tylko w ten sposób, że wetuje ustawy. Ma również inne narzędzia, m.in. szeroko opisywaną możliwość niepowołania na stanowisko ambasadora RP osoby wskazanej przez MSZ. Tak działał Andrzej Duda (kto o nim dziś pamięta?) i tak działa Karol Nawrocki.
Na pewno odmowa podpisania nominacji ambasadorskich jest dla szefa MSZ mało komfortowa, nie ułatwia także pracy szefom placówek. Ale czy ambasady paraliżuje, bo szarżyk to nie ambasador? Różnie z tym bywa.
Rzecz polega bowiem na tym, że już w czasach rządów PiS, gdy partia ta miała wszystkie ośrodki władzy w swoich rękach, dochodziło do przedziwnych sytuacji związanych z ambasadorami i ambasadami. I często przez wiele miesięcy placówkami kierowali chargé d’affaires a.i. I – uwaga – Polska dobrze na tym wychodziła.
Przykładem niech będą Włochy. Obecnie ambasadą w Rzymie kieruje Ryszard Schnepf, chargé d’affaires a.i., postać szczególnie atakowana przez polską prawicę. Duda wołał, że nigdy mu nominacji nie podpisze, Nawrocki to potwierdza. I teraz samo się nasuwa pytanie: czy w związku z tym polska ambasada zupełnie podupadnie i stosunki polsko-włoskie całkowicie uschną?
Warto przypomnieć, że Ryszard Schnepf był w karierze ambasadorem w Urugwaju,







