Archiwum
Mocny w gębie
Sędzia Dariusz Łubowski z Sądu Okręgowego w Warszawie powinien zrzucić togę i zająć się polityką
Dariusz Łubowski był niemal bogiem w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Od 2018 r. jako kierownik sekcji postępowania międzynarodowego do spraw z zakresu prawa karnego jednoosobowo decydował o stosowaniu europejskiego nakazu aresztowania (ENA). Taka patologiczna sytuacja nie przeszkadzała Zbigniewowi Ziobrze. Pewnie dlatego, że sędzia nie tylko wydawał wyroki po myśli pisowskiej władzy, ale uzasadniał je zgodnie z przekazem partyjnym, recenzując przestrzeganie praworządności w państwach Unii Europejskiej.
Wrogie zachowanie Niemiec
Jesienią 2025 r. Łubowski został okrzyknięty bohaterem narodowym, bo odmówił ekstradycji do Niemiec i zwolnił z aresztu Ukraińca Wołodymyra Żurawlowa podejrzewanego o wysadzenie gazociągów Nord Stream. Zdaniem sędziego, nawet gdyby Żurawlow wysadził gazociągi, to nie zrobiłby nic złego, bo Nord Stream jest częścią infrastruktury krytycznej Rosji, agresora, który napadł na Ukrainę. I nie ma znaczenia, że gazociągi wysadzono w pobliżu duńskiej wyspy Bornholm i mogły tam zginąć przypadkowe osoby.
„Zniszczenie rosyjskich rurociągów i pozbawienie wroga miliardów euro wypłacanych przez Niemcy za pompowany nimi gaz miało głęboki sens militarny. Bo osłabiło potencjał zbrojny Rosji”, a „zachowanie Niemiec było z tego punktu widzenia wrogie wobec Ukrainy” – wywodził Łubowski, co zabrzmiało jak powtarzana przez polityków PiS insynuacja, że Niemcy wspierają Rosję w wojnie z Ukrainą.
Rosyjskie rurociągi nie są rosyjskie, należą do konsorcjum zarejestrowanego w Szwajcarii, w którym udziały mają: rosyjski Gazprom oraz prywatne niemieckie spółki Wintershall, E.ON Ruhrgas (obecnie Uniper) i holenderska firma Gasunie. Niedorzeczne jest twierdzenie, że zniszczenie Nord Stream osłabiło potencjał zbrojny Rosji, która czerpie gigantyczne zyski ze sprzedaży gazu do Niemiec. Rosja finansuje zbrojenia, sprzedając gaz i ropę, ale do Chin, Indii i Turcji. W lipcu 2025 r. „Rzeczpospolita” donosiła, że tylko te trzy kraje (w ciągu trzech lat od rozpoczęcia wojny w Ukrainie) wspomogły budżet wojenny Rosji kwotą ok. 400 mld euro. Tymczasem rzekomo sprzymierzeni z Rosją Niemcy przeznaczyli na pomoc walczącej Ukrainie ok. 50 mld euro i są po USA największym krajem darczyńcą pod względem politycznym, finansowym, wojskowym i humanitarnym.
W tym samym czasie gdy wysadzono Nord Stream, Polska też finansowała Putina, kupując rosyjską ropę i gaz. Politycy ówczesnej opozycji rzucali gromy pod adresem rządu PiS, a wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk tłumaczył, że Polska musi się wywiązać z podpisanych umów z reżimem Putina, bo w przeciwnym razie Rosja mogłaby się domagać odszkodowania (sic!).
Idąc tokiem rozumowania sędziego Łubowskiego, gdyby Żurawlow wysadził na terytorium Polski gazociąg jamalski lub cysterny z rosyjską ropą, nie byłby to akt terroru, ale czyn bohaterski. Absurdalnie przy tym zabrzmiały wywody sędziego na temat koncepcji wojny sprawiedliwej,
Był Czarnobyl
Adam Szostkiewicz pisze celnie w „Polityce”: „Gdzie jest radykalna propalestyńska lewica zachodnia, gdy reżim ajatollahów zabija tysiącami własnych obywateli, którzy mają go dość? Dlaczego milczy głucho, gdy wcześniej tak głośno protestowała w obronie ludności cywilnej w Strefie Gazy? Bo Izrael jest wrogiem Iranu, a wróg ich wroga jest ich sojusznikiem?”.
Dodam, że to też odnosi się do polskiej lewicy i do kilku moich znajomych. Generalnie wymagać od ludzi konsekwencji i logicznego myślenia to za wiele, bo są jeszcze emocje i uprzedzenia. Zdumiewające zjawisko to odrodzenie się antysemityzmu w Polsce i w świecie – nie dlatego, że krytykuje się Izrael, on zasłużył na krytykę, chodzi o sposób, w jaki się to robi. Zapominając, że tam, jak u nas, społeczeństwo jest pęknięte na pół, jest liberalne i jest prawicowo-religijne. Teraz Izraelem rządzi żydowski Braun, Mentzen i Kaczyński. Nam też to grozi.
Ostatnio słucham książek, a rzadziej je czytam. Lektorami są zwykle młodzi aktorzy, którzy przekręcają szpetnie nazwiska, szczególnie te niepolskie. Już nie znają fundamentów naszej kultury.
Ostatnio słuchałem biografii Juliana Tuwima Mariusza Urbanka. Przypominam sobie,
Safari z maskonurami
Grenlandzka fauna i flora
Na Grenlandii florę reprezentuje ponad 700 gatunków (ok. 520 rodzimych i 200 importowanych), tyle że roślinność jest niskopienna, charakterystyczna dla tundry. Najczęściej występującą formacją roślinną są karłowate wrzosowiska mierzące od 10 do 50 cm, na których rosną też bażyna czarna, borówka bagienna, karłowate wierzby i brzozy, mchy, porosty i różne gatunki kwiatów. Oprócz wrzosowisk występują stepy, łąki, mokradła i arktyczne pustynie. Drzewa regularnej wielkości rosną tylko na południu wyspy. Najpopularniejsza jest brzoza omszona, która potrafi osiągnąć nawet 10 m wysokości, i wierzba szara, rzadziej olsza zielona i jarząb. Drzewa iglaste reprezentuje na Grenlandii jedynie jałowiec pospolity – choinki bożonarodzeniowe trzeba więc importować z Danii.
W ramach badań naukowych podjęto próby uprawy rozmaitych drzew, m.in. świerków w arboretum w Narsarsuaq w południowej części wyspy. Eksperyment się udał – dziś z pewnością ok. 5 tys. choinek rośnie na wyspie. Nikt ich jednak ścinać nie zamierza, botanikom z Uniwersytetu w Kopenhadze służą one bowiem do badań. Naukowcy pragną poznać odpowiedź na pytanie, jakie gatunki drzew są w stanie przetrwać w tych warunkach oraz dlaczego w wielu miejscach na tej samej (a nawet wyższej) szerokości geograficznej rosną bujne lasy, a na Grenlandii nie.
Robocza hipoteza głosi, że brak drzew na wyspie jest pochodną ostatniej epoki lodowcowej – powiększający się lądolód po prostu zepchnął je do oceanu. Licznie za to reprezentowane są rośliny kwitnące, które latem niczym wielobarwny dywan pokrywają górskie zbocza. Najpowszechniej występują dzwonki, firletki alpejskie, lepnice bezłodygowe, maki arktyczne, jaskry, skalnice naprzeciwlistne, różaneczniki lapońskie i jastrzębce. Narodową rośliną Grenlandii jest mały kwiatek z czterema fioletowymi płatkami, zwany niviarsiaq, czyli młoda kobieta. Jego łacińska nazwa to Epilobium latifolium, a kwiaty, liście i pędy są jadalne i znakomicie nadają się do sałatek. Do przygotowywania potraw można użyć także rosnących na wyspie bażyn czarnych, jeżyn, borówek bagiennych, arcydzięgla, macierzanki oraz… bagna grenlandzkiego, stosowanego do parzenia herbat.
Grenlandia ma zaledwie dziewięć rodzimych gatunków ssaków lądowych – reszta zwierząt, włącznie z myszami i szczurami, została tu przywieziona przez człowieka.
Najsłynniejszymi mieszkańcami wyspy są niewątpliwie niedźwiedzie polarne. Spotkać je jednak trudno, zwykle bowiem trzymają się północnego i północno-wschodniego wybrzeża. Większość czasu spędzają na zamarzniętych wodach fiordu – na ląd wchodzą tylko,
Fragmenty książki Pauliny Tondos Grenlandia. Ulotny duch Północy, Bezdroża/Helion, Gliwice 2026
Rada Bezpieczeństwa lepsza niż Rada Pokoju
Ogłaszając powołanie Rady Pokoju, Donald Trump mówił, że gdy kończył osiem wojen, nie rozmawiał z nikim z ONZ. I że w związku z tym trzeba czegoś bardziej skutecznego.
Co to znaczy skutecznego? Ano takiego gremium, w którym wszyscy wielcy tego świata zasiedliby i sprawę rozwiązali.
Sęk w tym, że takie ciało zostało wymyślone 80 lat temu. To ONZ, a w zasadzie najważniejszy jej organ, czyli Rada Bezpieczeństwa. W jej skład wchodzi pięciu stałych członków, każdy z prawem weta. To USA, Chiny, Rosja, Wielka Brytania i Francja. Jeżeli uznamy, że te dwa ostatnie państwa reprezentują Europę, to mamy grupę najsilniejszych. Mogą dyskutować, negocjować, rozwiązywać problemy. Do tego dochodzi dziesięciu członków niestałych, dobieranych według klucza geograficznego. Każdy zakątek świata może więc swoje problemy prezentować, bezpośrednio przedstawiać je tym najważniejszym. Do tego mamy Zgromadzenie Ogólne, w którym uczestniczą wszyscy. To zresztą ono wybiera niestałych członków Rady Bezpieczeństwa. Polska była wybierana na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa sześciokrotnie (1946-1947, 1960, 1971-1972, 1982-1983, 1996-1997, 2018-2019).
Mamy więc dobrze przemyślany system,
Biznesy proboszczów w Bytomiu
Nie mają szczęścia ludzie w województwie śląskim do kapłanów. Jak nie dewianci w Zagłębiu, to oszuści i złodzieje w Bytomiu. Do Sądu Okręgowego w Katowicach trafił akt oskarżenia przeciwko 10 osobom, w tym dwóm byłym proboszczom bytomskich parafii.
CBA dostało cynk, że w latach 2014-2020 dochodziło do nieprawidłowości przy pozyskiwaniu środków publicznych na remonty i inwestycje w parafiach.
Ksiądz Tadeusz P., były proboszcz parafii św. Jacka w Bytomiu, ma siedem zarzutów. Przywłaszczenie mienia, pranie brudnych pieniędzy, posługiwanie się podrobionymi dokumentami i fakturami. Łącznie było tego na ponad 30 mln zł.
Z kolei ksiądz Marek P., były proboszcz parafii św. Małgorzaty, ma zarzuty o wartości przekraczającej 2 mln zł. Szykują się wyroki, bo miliony jakoś się rozpłynęły.
Gdy pamięć się gubi
Co powinniśmy wiedzieć o chorobie Alzheimera?
We Wrocławiu, na ścianie budynku dawnej kliniki psychiatrycznej przy ul. Bujwida 42, znajduje się tablica upamiętniająca dr. Aloisa Alzheimera, który był jej dyrektorem i zmarł w tym mieście 19 grudnia 1915 r.
3 listopada 1906 r., w trakcie posiedzenia Towarzystwa Neuropsychiatrii Południowo-Zachodnich Niemiec w Tybindze, opisał on przypadek Augusty Deter, pacjentki, którą opiekował się od 1901 r., będąc wówczas zastępcą ordynatora w frankfurckiej klinice psychiatrycznej.
Banalna diagnoza. przełomowe odkrycie
Początkowa diagnoza był banalna: utrata pamięci. Z czasem stan Augusty się pogarszał. Pojawiły się halucynacje, dezorientacja, paranoja i zaburzenia snu. Kobieta nie była w stanie zapamiętać najprostszych informacji. W końcu zapomniała, jak się nazywa, i lekarze stracili z nią kontakt.
Augusta Deter zmarła 8 kwietnia 1906 r. z powodu zapalenia płuc i zakażonych odleżyn.
Po jej śmierci dr Emil Sioli, przełożony dr. Alzheimera we frankfurckiej klinice, wysłał jej mózg do Monachium, gdzie Alzheimer mieszkał i pracował, po to, by przeprowadził szczegółowe badania.
Przez kolejne miesiące doktor badał tkankę mózgową Augusty za pomocą nowoczesnych wówczas technik histologicznych i odkrył w nim „blaszki” przypominające osady brudnego materiału. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widział. Stwierdził także rozległy zanik kory mózgowej, zbitki nieznanych wówczas białek odkładające się między komórkami nerwowymi oraz zwinięte wewnątrz neuronów włókna, które zamieniły je w gęstą strukturę.
Według relacji uczestników spotkania w Tybindze większość obecnych psychiatrów nie zrozumiała znaczenia tego odkrycia. Rok później dr Alzheimer opublikował w niemieckim czasopiśmie psychiatrycznym krótki artykuł na temat swoich badań, a w 1911 r. wydał rozszerzoną wersję tej pracy. W tym samym roku znany psychiatra dr Emil Kraepelin wpisał tę chorobę do podręcznika psychiatrii pod nazwą Alzheimer Krankheit (choroba Alzheimera), chociaż jej odkrywca nigdy nie używał tej nazwy.
Co ciekawe, odkrycie demencji u stosunkowo młodej kobiety (Augusta Deter miała wówczas 51 lat), choć było zaskakujące, gdyż w tamtych czasach uważano ją za chorobę wyłącznie starczą, nie wzbudziło szczególnego zainteresowania. Środowisko medyczne nie rozumiało, że lekarz opisał nową, odrębną chorobę, a nie zwykłe „przedwczesne starzenie się mózgu”. Tak więc za życia dr Alois Alzheimer nie zyskał wielkiego uznania w związku ze swoim odkryciem.
W tamtych czasach zakładano, że ludzie starzy tracą pamięć i umierają, dlatego że są starzy. Traktowano to jako naturalny proces, któremu lekarze nie mogli zaradzić. Z czasem zrozumiano doniosłość odkrycia Alzheimera, który dowiódł, że utrata pamięci nie jest standardowym przejawem starzenia się, lecz chorobą, której objawy można dostrzec w mózgu. A zatem można ją też leczyć.
Po ponad stu latach wiemy, że to wyjątkowo trudne zadanie, którego nie udało się rozwiązać naukowcom, lekarzom ani farmaceutom. Do dziś nie ma skutecznego leku na chorobę Alzheimera. A te, które są od niedawna dostępne, jedynie opóźniają tragiczny koniec. Niestety roczna kuracja lekiem o nazwie Kisunla (lek na wczesne stadium choroby Alzheimera, spowalnia postęp łagodnych zaburzeń poznawczych poprzez usuwanie blaszek beta-amyloidowych z mózgu), produkowanym
Co by tu jeszcze popsuć?
Wielka polityka i globalne problemy świata czy tysiące zamarzniętych psów w Polsce? Psów na łańcuchach. Ofiar weta prezydenta Nawrockiego. Mija miesiąc tęgich mrozów. W nocy temperatura spada do minus 15 st. C, a często i niżej. Ludziom jest zimno, a co dopiero mówić o psach przywiązanych krótkimi łańcuchami do nędznych bud. Obraz tego okrucieństwa wyrządzanego zwierzętom to niewyobrażalna groza. Wolontariusze, którzy próbują pomagać psom, słyszą w czasie interwencji, żeby sp… bo Nawrocki pozwolił na łańcuchy. Taki jest efekt cynicznych zagrywek otoczenia prezydenta. Za to, co zrobili, kara musi być równie dotkliwa jak to, co zrobili psom.
Zwykle nie piszę o redakcyjnej kuchni i dyskusjach o tym, jak dochodzimy do wyboru tematu, który jest później na okładce. Tym razem w zespole był wyraźny podział. Prawie wszystkie panie uważały, że trzeba sobie dać spokój z polityką, gdy giną psy, a zima może jeszcze zwiększyć tragiczne żniwo. Część męska nie negowała celowości bicia na alarm, ale uważała, że wystarczy, jeśli damy tekst na ten temat w środku tygodnika. Efekt tych dyskusji widzicie.
A teraz o Trumpie. Tak to już jest na tym ziemskim padole, że zawsze ktoś puka spod dna. Historia naszego gatunku pełna jest rozmaitych dziwolągów, które dorwały się do władzy i rujnowały wszystko, co tylko mogły. Od roku rola ta – przyznać trzeba, że dość niespodziewanie – jest już obsadzona. Przez prezydenta USA. Donald Trump do zasad, na których opiera się ład po II wojnie światowej, wprowadził nowe reguły. A właściwie kompletny brak reguł. To tak, jakby drużynę piłkarską zawieźć na basen i kazać skakać z trampoliny. Sensu nie ma w tym żadnego. Ale jest show.
Czy to, co robi Trump, zaskakuje? Jego życiorys jest znany. To zawodowy oszust i kombinator. Swój majątek zbudował na przekrętach i bankructwach wielu kontrahentów, którym nie zapłacił za pracę. Na tej długiej liście jest też wielu Polaków wykiwanych przy budowie Trump Tower. Nie zapłacił i – dzięki prawnikom – wyszedł z opresji. Może prezydent Nawrocki upomni się o pieniądze swoich rodaków? To wtedy Trump nabrał przekonania, że cwaniactwo i bezczelność mogą być trampoliną do jeszcze większych pieniędzy. I że jak ktoś jest słabszy, to można go traktować z buta. A gdy ta rachuba zawodzi, zawsze można się wycofać. Właśnie to teraz robi jako prezydent USA. Tego się nauczył jako szemrany deweloper i to przeniósł do polityki. Na szczęście ta wąska specjalność, tego w gruncie rzeczy analfabety, przestaje mu dawać profity. Koniec z polityką obłaskawiania i nieustannych ustępstw. Niestety, nie wiemy, jak to się skończy.
Kto się lepiej podlizał?
„Najnudniejsza impreza w 100-letniej historii plebiscytów »Przeglądu Sportowego« na 10 najlepszych sportowców roku”. Jeśli tak ją opisał Wojciech Mittelstaedt w „Nie”, to tak jest. Widział przecież tych plebiscytów na własne oczy kilkadziesiąt. Zaczynał jako stażysta w „Przeglądzie Sportowym” u legendarnego Zygmunta Weissa, przedwojennego olimpijczyka i dziennikarza. Powszechnie szanowanego komisarza konkursów. Według Mittelstaedta organizatorzy – „Przegląd Sportowy”, TVP i Onet – za punkt honoru wzięli sobie podlizanie się przeróżnym sponsorom. A było ich w tym roku zatrzęsienie. Szczytem żenady i lizusostwa była nagroda dla deweloperskiej firmy Profbud. Jej prezes w długiej mowie tak mieszał wątki, że wprowadził nawet Jana Pawła II. Kuriozum był Czempion dla wyścigów konnych na Służewcu, by podlizać się pani prezes Totalizatora Sportowego. Cztery godziny siedzenia w Teatrze Wielkim na twardych krzesłach. To chyba wymyślił Tomasz Sygut, dyrektor TVP (ten z bagażnika).
Okrągły Stół? Jaki Okrągły Stół?
Przypomnijmy w największym skrócie najważniejsze wydarzenia lata 1980 r. Strajki zapoczątkowane na Wybrzeżu rozlały się po całym kraju. Przerażenie władzy było ogromne. Z jednej strony, wystraszyła się własnych obywateli, z drugiej – bała się „bratniej pomocy” innych państw Układu Warszawskiego z ZSRR na czele. Chcąc złapać oddech, podpisano porozumienia ze strajkującymi: w Gdańsku, Szczecinie, Jastrzębiu-Zdroju, a także z rolnikami w Ustrzykach i Rzeszowie. Dotyczyły one postulatów strajkujących. Większość miała charakter ekonomiczny i była skrajnie nierealistyczna, a więc niewykonalna. Zgodzono się np. na „podniesienie zasadniczego uposażenia każdego pracownika o 2 tys. zł na miesiąc”, „zagwarantowanie automatycznego wzrostu płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza”, „obniżenie wieku emerytalnego dla kobiet do 55 lat, a dla mężczyzn do 60”, „skrócenie czasu oczekiwania na mieszkanie”.
Godząc się na te postulaty, a równocześnie na postulaty z pozoru niepolityczne, takie jak „akceptacja niezależnych od partii wolnych związków zawodowych” czy „zagwarantowanie prawa do strajku”, przy równoczesnym poszanowaniu konstytucji PRL (tej z 1952 r.), gwarantującej formalnie m.in. wolność słowa i druku, władza zastawiła na siebie pułapkę. Społeczeństwo dostało instrumenty walki o spełnienie postulatów, które były nie do zrealizowania. Nowo powstały związek zawodowy Solidarność wkrótce zrzeszył ponad 10 mln ludzi. Społeczeństwo poczuło swoją siłę. Władza znalazła się na straconej pozycji. Korzystając z wąsko uchylonych drzwi do wolności, społeczeństwo zaczęło zgłaszać coraz śmielsze postulaty, także natury ściśle politycznej. Coraz powszechniej, choć zrazu ostrożnie, kwestionowano panujący ustrój (słynne „socjalizm tak – wypaczenia nie” Lecha Wałęsy), podległość ZSRR, kierowniczą rolę PZPR. Niewydolna już wcześniej gospodarka centralnie sterowana, oparta na wiecznych niedoborach, dobijana była ciągłymi strajkami, podejmowanymi z lada powodu. Równocześnie miliony Polaków zaczęły śnić sen o wolności. Sen. Bo rzeczywistość była taka, jaka była. Żył jeszcze Breżniew i funkcjonowała jego doktryna, istniał Układ Warszawski. W Polsce stacjonowała Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej. Wszyscy nasi sąsiedzi: Związek Radziecki, Czechosłowacja i Niemiecka Republika Demokratyczna, patrzyli z niepokojem na rewolucję Solidarności, gotowi czynnie ją przerwać. Waliła się gospodarka.
W tej sytuacji gen. Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Czy uratowało to nas przed radziecką interwencją, czy nie, o to jeszcze przez dziesięciolecia będą się spierać historycy. Jaruzelski był pewien, że gdyby nie wprowadził stanu wojennego, interwencja by nastąpiła. Pamiętamy stan wojenny jako okres internowania setek działaczy Solidarności, aresztowań wielu jej liderów, manifestacji brutalnie rozpędzanych przez ZOMO, węszącej wszędzie bezpieki. Ale, o czym pamiętamy już słabiej albo zgoła nie pamiętamy wcale, był to także okres prób reformy państwa (tak!). W 1982 r. utworzono Trybunał Konstytucyjny i Trybunał Stanu. W 1983 r. weszła w życie ustawa, która po raz pierwszy w pewnym stopniu regulowała kompetencje Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa, a w 1987 r. ustanowiono urząd Rzecznika Praw Obywatelskich. Równocześnie pogłębiał się kryzys ekonomiczny. Gospodarka była w stanie ruiny. Społeczeństwo, które przez krótki czas przed stanem wojennym zasmakowało wolności, tym trudniej znosiło teraz jego represje. Rosła frustracja. Fala strajków w 1988 r. nie tylko nie obaliła władzy,
Kosztowna dyrektor Ancipiuk
Na Podlasiu ją znają, choć z niezbyt dobrej strony. A prawdę mówiąc, z całkiem złej. Katarzyna Ancipiuk od 2022 r. jest dyrektorką Podlaskiego Muzeum Kultury Ludowej w Wasilkowie. Nie trafiła tam przypadkowo – Ancipiuk jest wieloletnią radną PiS w Białymstoku. A że w tej partii publicznego grosza nigdy nie szanowano, to i za rządów pani dyrektor muzeum potrafiło cztery razy przegrać sprawy sądowe. Z Przemysławem Płoweckim, twórcą dokumentacji budowy karczmy na terenie muzeum. Najpierw chciano od niego 4800 zł kary. Wygrał. Muzeum złożyło apelację. Znowu wygrał. Pozwał muzeum. Zasądzono mu 60 tys. zł i wieloletnie odsetki. Muzeum apelowało. I znowu przegrało.
Zapłacą podatnicy. Za pensję dyrektor Ancipiuk też.






