Archiwum

Powrót na stronę główną
Opinie

Pollicitatio nad Wisłą

Debata publiczna karleje i ulega dramatycznej trywializacji

Pojęcie res publica w pierwotnym, rzymskim rozumieniu wykraczało daleko poza proste, instytucjonalne określenie ustroju państwowego czy formy rządu. Res publica to przede wszystkim „rzecz wspólna”. To domena publiczna, której nienaruszalnym fundamentem jest concordia – zgoda obywatelska – oraz libertas, wolność rozumiana jako brak arbitralnej dominacji, tyranii i zniewolenia. Rzymska republika nie była jedynie zbiorem martwych praw i suchych przepisów. Funkcjonowała jako specyficzny sposób zarządzania państwem oparty na nieustannym poszukiwaniu konsensusu, szacunku dla uświęconych tradycją procedur (antiqua forma) i racjonalnej debacie angażującej elity oraz obywateli. To w owych „sposobach działania”, w gotowości do współpracy ponad podziałami dla dobra ogółu, tkwiła istota republikańskiego etosu. Niestety, poddając chłodnej ocenie współczesną polską scenę polityczną, trudno oprzeć się wrażeniu, że owa antyczna forma ulega postępującej, głębokiej i być może nieodwracalnej erozji. Debata publiczna, będąca krwiobiegiem każdej dojrzałej demokracji, karleje i jest dramatycznie trywializowana. Ustępuje miejsca zjawisku, które w rzymskiej tradycji prawnej określano mianem pollicitatio.

W starożytności pollicitatio oznaczała jednostronne przyrzeczenie obywatela wobec miasta lub społeczności. Najczęściej dotyczyło ono ufundowania monumentalnej budowli użyteczności publicznej, zorganizowania igrzysk lub przekazania znacznych środków finansowych. Obietnica ta była składana zazwyczaj w zamian za objęcie zaszczytnego urzędu (ob honorem) lub z czystej chęci zyskania poklasku i ugruntowania swojej pozycji społecznej. Choć w pierwotnych założeniach mechanizm ten miał służyć dobru wspólnemu i budowaniu infrastruktury miejskiej, z czasem zaczął odsłaniać swoje mroczne oblicze. Stał się narzędziem kupowania przychylności tłumu i korumpowania sfery publicznej.

Współcześnie mechanizm ten uległ daleko idącej degeneracji, stając się głównym, a nierzadko jedynym orężem w arsenale politycznego populizmu. Dzisiejsza pollicitatio to obietnica absolutnego bezpieczeństwa, dobrobytu, mocarstwowej potęgi i bezbolesnych rozwiązań skomplikowanych problemów. Jest składana przez decydentów nie na podstawie realnych możliwości makroekonomicznych państwa, lecz wyłącznie w celu maksymalizacji krótkotrwałego kapitału politycznego i wyborczego. W miejsce merytorycznego sporu o dobro wspólne otrzymujemy niekończącą się licytację na slogany, w której racjonalne argumenty ekonomiczne, prawne i strategiczne toną w zgiełku emocjonalnej polaryzacji. Upadek debaty publicznej nie polega bowiem na tym, że politycy zamilkli,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Kto się mniej spóźnił na pociąg?

Do wszystkich chorób trapiących przez lata ten wymiar sprawiedliwości – z których jako najpoważniejszą nie wiem czemu wymieniano akurat przewlekłość postępowań, a nie jakość wymierzanej sprawiedliwości – doszły choroby najcięższe w postaci paraliżu, który dotknął Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny.

Wszelkie próby naprawienia tej sytuacji przez Sejm i ministra sprawiedliwości skutecznie blokuje prezydent. W sądach apelacyjnych liczba wakatów co najmniej dorównuje liczbie obsadzonych etatów, do orzekania w najtrudniejszych sprawach karnych „pożycza się” sędziów z wydziałów cywilnych. „Przewlekłość” postępowań jeszcze się zwiększa, a jakość wymierzanej sprawiedliwości staje się jeszcze niższa, niż była dotąd. A i do tej pory była niska!

Cierpi na tym sprawiedliwość, a ta nie jest jakimś pojęciem abstrakcyjnym, tylko sumą sprawiedliwych wyroków dotyczących ludzi i ich najbardziej żywotnych interesów. Sprawy zaszły bardzo daleko. Bez współpracy parlamentu, rządu, prezydenta, środowisk sędziowskich i akademickich środowisk prawniczych nie da się nie tylko uzdrowić sytuacji, ale nawet zatrzymać degradacji wymiaru sprawiedliwości, która siłą rzeczy postępuje.

O ile koalicja rządząca miała jeszcze nadzieję, że skutecznie naprawi wymiar sprawiedliwości po wyborach prezydenckich, o tyle, gdy wbrew oczekiwaniom prezydentem został Karol Nawrocki, straciła na to szanse. Prezydent bez skrupułów blokuje wszelkie działania naprawcze ministra sprawiedliwości i rządzącej większości,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Szahaj Felietony

Malinowski, Fleck i inni

Gdy byłem visiting fellow w Cambridge, wybrałem się do Department of Social Anthropology, aby wziąć udział w seminarium naukowym. Od czasu bowiem, gdy miałem przyjemność słuchać na studiach wspaniałych wykładów z historii antropologii kulturowej prof. Marka Ziółkowskiego (późniejszego senatora i ambasadora), moja miłość do tej dyscypliny naukowej była niezachwiana. Szefem departamentu (katedry) był wtedy Ernest Gellner, światowej klasy żydowsko-czesko-brytyjski antropolog kultury. Zapytał, skąd jestem… i przeszedł na polski. Choć było to zaledwie kilka słów przywitania i zgody na wzięcie udziału w seminariach katedry, i tak zrobiło na mnie wrażenie. Równe temu, jakie odniosłem, gdy wiele lat później wybitny filozof i estetyk amerykański Joseph Margolis (a było to w Houston podczas zjazdu jednego z oddziałów amerykańskiego towarzystwa filozoficznego) nagle przerwał prowadzoną po angielsku konwersację i powiedział do mnie po polsku: „Wiesz, moja mamusia nigdy nie chciała ze mną rozmawiać w jidysz, zawsze po polsku”. Wracając do Gellnera, bywał później w Polsce i wiem, że był zaprzyjaźniony z polskimi antropologami kulturowymi. Jak się okazało, w jego katedrze byli także inni znający język polski. Skąd się tam wzięli? Przebywali na stażach w Polsce.

Dlaczego tutaj? Odpowiedź musi nas skierować w stronę jednego z najwybitniejszych polskich naukowców wszech czasów, a mianowicie Bronisława Malinowskiego. Zaryzykuję tezę, że obok Kopernika i Marii Curie-Skłodowskiej jest on najbardziej znanym na świecie polskim badaczem. Założycielem instytucjonalnym antropologii kulturowej jako nauki uniwersyteckiej,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Płonący krzyż

Wertuję swoje dzienniki, cofnąłem się do lat 70. Kiepsko wtedy pisałem, myślałem też nienajlepiej. Czasami trafia się jakiś bursztyn, to go podnoszę. Minione życie zdaje się płaskie, bez zapachów i wszystko już wyjaśnione, czas unieważnia nawet to, co zdawało się bardzo ważne. Skupiam się teraz na latach 80. Jeśli zrobię książkę z tych dzienników, to będzie głównie ta dekada. Niezwykła. To nie tylko powstanie Solidarności, polityczny cud, unikatowy ruch w skali świata, potem stan wojenny, pacyfikacja kraju i postępujący rozkład ustroju, który doprowadzi do jego zawalenia się. Po czym rozsypie się całe imperium. Nieczęsto rozsypują się imperia. Co mnie dziwi po latach, nie docenialiśmy, że ta pacyfikacja jak na skalę operacji była mimo wszystko umiarkowana.

Równolegle siedzę w 20-leciu międzywojennym, tu z kolei nie w pełni wiedziałem, jak chora była ówczesna polska demokracja. Nie tylko Bereza i Brześć. Były zabójstwa polityczne, maltretowanie przeciwników politycznych, też artystów i dziennikarzy, zamach majowy. Getta ławkowe. I ten nacjonalistyczny smrodek, wzmocniony wonią koszar wojskowych, durny kult marszałka. I jak żałośnie pękła ta bańka we wrześniu 1939 r.

Idealizowałem na pewno Piłsudskiego, w czym później krzepił mnie Jerzy Giedroyc, zagorzały piłsudczyk. Zwykle nie ingerował w moje felietony, nawet kiedy pisałem o marszu toalet do Europy, a nie znosił toaletowego tematu, za to dwa razy prosił, bym złagodził słowa o marszałku. Trzeba jednak pamiętać też o tym, co działo się wtedy w Europie i jak tam wyglądała sytuacja polityczna, ile było przemocy. Teraz z kolei nie doceniamy, jak niezwykłym sukcesem była transformacja ustrojowa rozpoczęta w 1989 r. Tu konkurencją jest cud południowokoreański. Polska ma zaś obciążenia historyczne. Gdy w XVIII w. Europa błyskawicznie się modernizowała,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Żyję muzyką, myślę dźwiękami

Jerzy Maksymiuk: orkiestra w człowieku

90. urodziny i 70-lecie pracy obchodzi jeden z najwybitniejszych polskich dyrygentów. Jego wielkość wynika nie z samych dokonań artystycznych, ale też z formatu osobowości, doświadczenia, intelektu i poczucia humoru.

Jak ciekawie ukazać sylwetkę artysty? Poprzez jego własne wypowiedzi i słowami innych muzyków. O sprawach najróżniejszych: muzyce, karierze, ale także modzie, obyczajach, kobietach, sporcie itd. Dlatego sylwetkę Jerzego Maksymiuka przedstawiam jako mozaikę różnych elementów, a nie chronologicznie ułożony spis dokonań. Zwłaszcza że Maksymiuk to wielka tajemnica.

Architekt czy Bóg?

Dyrygent i pianista to twórca, ale i odtwórca muzyki, którą napisał ktoś inny. Kim mistrz czuje się najbardziej?
– Może architektem muzyki. Rozmawiałem z architektami i jeden z nich zwrócił mi uwagę, że jestem dobrym człowiekiem, niezłym dyrygentem, a jeszcze obcuję z bogami. Mogę się z tym zgodzić. To, co robię, nie jest zawodem. Człowiek może być niewolnikiem i robić to, co musi, co mu każą, pracować na zamówienie. Ja niczego nie muszę. Biorę partyturę, czytam, czasami przepisuję i wtedy rozmawiam z geniuszami, z bogami.

Z kim konkretnie pan rozmawia?
– Z największymi: Beethovenem, Mozartem, Webernem. Ostatnio jednak więcej komponuję niż dyryguję. I wtedy to ja staję się Bogiem, o wszystkim decyduję. Inni będą ze mną rozmawiać za pośrednictwem muzyki.

Jerzy Maksymiuk stworzył wiele różnego rodzaju utworów: symfoniczne, chóralne, jest i muzyka filmowa. Pracował też nad koncertem fortepianowym, ale jako osoba bardzo samokrytyczna przyznał, że zadanie jest poważne. Przy okazji mówił: „Po Beethovenie nie było lepszego symfonika niż Sibelius. Napisał osiem symfonii, znakomitych, ósma jednak mu się nie podobała i spalił ją w piecu. Niestety, ja nie mam odpowiedniego pieca”.

Światowa kariera

Przez dziesięć lat był szefem BBC Scottish Symphony Orchestra. Michał Dworzyński, młody dyrygent „na rozbiegu”, mówił: „Historia muzyki zna przypadki długotrwałej owocnej współpracy zespołu z kapelmistrzem. Jerzy Maksymiuk stworzoną przez siebie Polską Orkiestrę Kameralną prowadził przez 12 lat i doprowadził na europejskie szczyty. Jeszcze dłużej kierowali swoimi orkiestrami Karajan czy Mrawiński. Tylko sukcesy na Zachodzie przekładają się na wysoką pozycję w naszym kraju. Świadczy o tym uznanie,

b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Wielkanoc pod presją rachunków

Polacy w święta wydali na jedzenie mniej, ale musieli polować na promocje

„Na Wielkanoc czekam na wojenkę cenową – bardziej niż na same święta. Jak nie będzie mocnych promocji w dyskontach, to stół będzie dużo skromniejszy”, napisał w mediach społecznościowych jeden z internautów. Inny przyznał: „70% ludzi liczy, że sklepy »pozabijają« się o klienta przed świętami – ja też. Bez tego nie ma szans zmieścić się w normalnym budżecie”.

Ich nadzieje w tym roku się spełniły. Udało się przygotować wielkanocne śniadanie „po taniości”. Jeśli korzystaliśmy z aplikacji popularnych sieci supermarketów, przy odrobinie szczęścia mogliśmy kupić sześć kostek masła za jedyne 11,94 zł (kostka masła Mleczna Dolina kosztowała w promocji 1,99 zł). Do tego pół kilograma białej kiełbasy Skiba za 5,99 zł. Opłacało się brać dwa opakowania – wtedy kilogram wychodził po 11,98 zł. Schab lub szynkę bez kości można było dostać za 6,99 zł za kilogram. By zaoszczędzić, trzeba było brać 2 kg. 10 kg cukru można było trafić za 15 zł! A 2 kg twarogu sernikowego w wiaderkach – za 9,79 zł. Jajka, majonezy, chrzan, napoje itp. to były względnie tanie drobiazgi. Czteroosobowa rodzina mogła wydać na świąteczny stół ok. 200-300 zł. Ale był to wariant oszczędnościowy.

Rodziny bardziej zamożne mogły sobie pozwolić na więcej. Około 5-6% badanych deklarowało, że ich świąteczny budżet przekroczył 1,5 tys. zł, więc biesiadowali „na bogato”.

Handlowcy zauważyli, że wielu rodaków ruszyło na świąteczne zakupy w ostatniej chwili, tuż przed niedzielą wielkanocną. Z badań wynikało, że zamierzało tak zrobić 29,6% ankietowanych. To dowód, że konsumenci wiedzą, kiedy mogą się spodziewać najlepszych ofert, a na półkach pojawią się świeże świąteczne produkty.

Drożej czy taniej?

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy Wielkanoc w 2026 r. kosztowała nas więcej niż w poprzednich latach. Choć jest to święto religijne, dla większości rodaków to także poważny test domowych budżetów. Dlatego niska cena produktów ma kluczowe znaczenie.

Według tegorocznego raportu Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych „koszyk wielkanocny” okazał się średnio o 12,8% droższy niż w roku ubiegłym. Byłoby o wiele lepiej, gdyby nie wzrost ceny gorzkiej czekolady – aż o 80-85% w porównaniu z rokiem 2025. Przełożyło się to na wzrost cen innych słodyczy. Stało się tak z powodu suszy, chorób drzew kakaowca oraz anomalii pogodowych, które w latach 2023-2024 dotknęły część krajów Afryki Zachodniej. Zbiory spadły tam o 30-40%. W efekcie cena tony kakao z 3 tys. dol. podskoczyła do 12 tys. dol.!

Przy okazji klienci, nie tylko nad Wisłą, zderzyli się ze „shrinkflacją”, polegającą na tym, że za mniejszą tabliczkę czekolady przyszło płacić więcej. Trafnie zauważył to pewien internauta w mediach społecznościowych: „Najbardziej wkurza mnie, że wszystko wygląda tak samo,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Wiosenny porządek

Przed czterema laty Antek po raz pierwszy założył narty; dzisiaj, w 11. roku życia, jeździ lepiej niż większość dorosłych – to skutek matczynych inwestycji podczas rozmaitych zimowych ferii, kiedy go pakowała do szkółek dziecięcych, by pod okiem instruktorskim mógł bezpiecznie baraszkować na stoku. Z tych baraszków niepostrzeżenie wyrósł demon szusujący z taką prędkością i techniką, że dogonić go nie sposób. Właśnie jesteśmy w Awlpach Karnickich, bo po sezonie taniej, w Wielkim Tygodniu najpuściej, a z początkiem kwietnia najprzyjemniej, wszak na dole wiosna, a u góry zima, można sobie zmieniać pory roku w ciągu dnia.

W Polsce jeździć na nartach się boję, bo na stokach ciasno, a rodzimi narciarze są jak polscy kierowcy, odczuwają samczy imperatyw dominacji, to żadna przyjemność jeździć z duszą na ramieniu i lękiem, że zaraz ktoś większy i szybszy właduje się we mnie, połamie mi żebra i jeszcze opier… że mu zajechałem drogę.

Im jestem starszy, tym lepiej czuję się w krajach germańskich, gdzie hasło ordnug muss sein, irytujące dla młodych rogatych dusz, przynosi jednak dużą ulgę, kiedy człowiekowi z wiekiem opóźnia się czas reakcji na niespodziewany atak licha. Ten germański porządek, który za młodu wyszydzałem, a nawet kojarzyłem go z odcieniem brunatnym, teraz pojmuję jako wyższy stopień rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i szczerze go zazdroszczę, bo w Polsce naród nad społeczeństwo się wynosi na ołtarze. Nie ma takiej umowy społecznej, która przetrwałaby napór narodu, powiem nawet, że obecne przepołowienie Polski to podział na tych, co to odczuwają dumę z bycia Polakiem, i tych, którzy czują odpowiedzialność za bycie obywatelem Rzeczypospolitej. Germanofobia,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Party crashing w Radzyminie

Chcieli być postrachem jak w amerykańskim filmie „Szybcy i wściekli”

W Komisariacie Policji w Radzyminie składają zawiadomienie bracia B., że napadli na nich 33-letni Zenon S. i starszy od niego o trzy lata Marian. Ofiary dobrze znają sprawców.

Podczas przesłuchania Kamil B. dyktuje szczegółowo do protokołu, co się zdarzyło: – Muszę zacząć od tego, że jestem z żoną w separacji. Odeszła do innego mężczyzny, potem wróciła. Przed wakacjami 2023 zorientowałem się, że ma romans z moim kolegą Marianem S. Wyprowadziłem się z domu, w moim życiu pojawiła się inna kobieta. 15 lipca pod sklepem w Radzyminie spotkałem Mariana i powiedziałem, co o nim myślę. Ostrzegłem go, że o wszystkim zawiadomię jego dziewczynę.

On się odgrażał, że mnie zajebie. Pod nasz dom przyjechał ze swoim kumplem. Mój brat Przemysław dostał gazem i metalową rurą. Kiedy przypadkowo w pobliżu pojawił się radiowóz, uciekli, ale po jakichś 500 m zgasło im auto. Porzucili je, więc mieliśmy okazję zajrzeć do wnętrza wozu – leżały tam dwie kabury na broń. Wkrótce potem nadjechały trzy samochody na ukraińskich blachach, niewątpliwie ściągnięte przez braci S. na pomoc w napaści. Nie mogłem zrozumieć, skąd taka agresja, i tydzień później dzwoniłem ze dwa razy do Mariana, żeby się wytłumaczył, ale on nie odbierał telefonu.

To mnie pobili

Marian S., wezwany na komisariat jako podejrzany o napaść, przedstawia konflikt z braćmi B. zupełnie inaczej: 15 lipca 2023 r. jechał z byłą żoną Kamila jej samochodem marki Citroën do centrum Radzymina. Nie łączy ich żaden romans, są dobrymi znajomymi, właściwie przyjaciółmi. W pewnej chwili na ulicy pojawił się Jeep braci B. prowadzony w taki sposób, aby ich staranować.

– Musieliśmy się zatrzymać, tamci piraci zrobili to samo – zeznaje Marian S. – Kiedy otworzyłem w samochodzie okno, Kamil uderzył mnie w twarz, a Przemek walił kijem bejsbolowym w przednią szybę. Towarzysząca mi kobieta krzyknęła: „Uciekajmy!”. Zdołała uruchomić silnik i odjechaliśmy. Odwiozła mnie do domu.

W protokole zapisano, że po 20 minutach Kamil zadzwonił do Mariana S. z propozycją ugodowego spotkania: „Przyjedź, nie będziemy się gonić po mieście, porozmawiamy jak starzy znajomi, możesz wziąć na świadka jakiegoś swojego kolegę”.

– Pomyślałem – relacjonuje przesłuchiwany – że to dobra propozycja. Do towarzystwa poprosiłem kolegę Dominika. Pod dom rodziny B. pojechaliśmy pożyczonym samochodem, nie wzięliśmy gazu ani innej broni.

Ledwo wysiedli z wozu, doskoczyli do nich Kamil i Przemysław z kijami bejsbolowymi i metalowymi rurami. Okładali Mariana S. ile sił. – Wsadzę ci „rozgrzaną lokówkę w d… będę patrzył, jak się smażysz!”, wykrzykiwał Przemysław. Kiedy ofiary leżały na ziemi, bracia B. wsiedli do samochodu, którym S. przyjechał, i przed jego domem staranowali dwa wozy. Na widok przypadkowo przejeżdżającego radiowozu porzucili zawłaszczony wóz i uciekli. – Bałem się ponownego pobicia – zeznaje Marian S. – Do domu wracałem ukradkiem, polami.

Postępowanie w sprawie pobicia zostaje umorzone.

Trzy miesiące później, w październiku 2023 r., kobieta mieszkająca obok działki, na której buduje się Marian S., informuje go, że nad ranem kamera na jej podwórku zarejestrowała uciekającego mężczyznę, który usiłował mu podpalić nieruchomość. Niedoszły pogorzelec po obejrzeniu filmu upewnia się, że spłoszony podpalacz to Przemysław B. Są duże zniszczenia na placu budowy: z ogrodzenia zostały zdjęte panele,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Wywiady Zdrowie

Nowoczesne przeszczepy są już dostępne 

Polska transplantologia w światowej czołówce 

Prof. dr hab. n. med. Michał Grąt  – transplantolog, specjalizuje się w operacjach wątroby  oraz chirurgii onkologicznej, pełni funkcję prorektora ds. umiędzynarodowienia, promocji i rozwoju Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego oraz kierownika Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM. Jest też konsultantem krajowym w dziedzinie transplantologii klinicznej i członkiem Krajowej Rady Transplantacyjnej przy Ministrze Zdrowia. 

 Od kiedy wiadomo, że nawet niewielki kawałek wątroby potrafi się regenerować?
– O tym, że wątroba ludzka ma zdolność do regeneracji, wiedziano od dawna, świadczy o tym choćby mit o Prometeuszu. Chirurgia długo jednak nie wykorzystywała tej właściwości wątroby z uwagi na ryzyko powikłań pooperacyjnych i masywnych krwotoków. Dopiero wprowadzenie nowoczesnych technik chirurgii wątroby i dróg żółciowych zmieniło coś w tej kwestii. Wątroba jest narządem niezbędnym do życia, ale nawet ok. 20% masy tego organu daje nadzieję na powrót do zdrowia. Czyli wystarczy jedna piąta miąższu w dobrym stanie, aby nastąpił odpowiedni proces regeneracji. Nowo-czesne metody operacyjne zaczęto stosować w ostatnich dekadach XX w., a ryzyko powikłań znacznie ograniczono w ostatnich 20-30 latach. To oznaczało przełom. Jednak dla niemałej części chorych to operacja przeszczepienia wątroby jest jedyną szansą na przeżycie.  

Klinika Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM to wiodący ośrodek w Polsce i Europie. W 2025 r. wykonano tu 371 transplantacji wątroby od dawców zmarłych i 15 od dawców żywych. Dorobek ogromny, ale skąd ta dysproporcja?
– Zdecydowana większość przeszczepień wątroby u dorosłych to transplantacje narządów od zmarłych dawców. W przypadku dzieci sytuacja jest inna. Dzięki współpracy naszej kliniki z Centrum Zdrowia Dziecka przeszczepienia fragmentów wątroby pobranych od żywego dawcy stanowią około połowy wszystkich transplantacji tego narządu. To ważne z uwagi na niezwykle trudną sytuację dzieci znajdujących się na liście oczekujących na przeszczepienie wątroby od dawcy zmarłego. Przeszczepianie fragmentu wątroby od żywego dawcy ma też konkretne zalety – można dokładnie zaplanować operację, umiejscowić ją w szerokim planie leczenia, a jakość przeszczepianego narządu jest idealna. Z drugiej strony należy pamiętać o narażeniu dawcy, zdrowego człowieka, na ciężki zabieg obarczony ryzykiem powikłań. 

W 2024 r. rozpoczęliśmy w klinice program przeszczepiania fragmentów wątroby pobranych od żywych dawców także dorosłym biorcom. Wcześniej takie przeszczepienia wykonywano w Polsce wyłącznie u dzieci, dla dorosłych chorych były niedostępne. Udało się to zmienić, a program dynamicznie się rozwija. Będziemy dążyć do tego, aby liczba takich operacji wzrastała. 

Kilka lat temu w naszej medycynie transplantacyjnej była zapaść. Czy kryzys został już pokonany?
– Największe ograniczenie w trans-plantologii stanowi niewystarczająca liczba dostępnych do przeszczepienia narządów, dlatego każdy narząd jest bezcenny. Wiele zależy od szerokiej społecznej akceptacji idei transplantacji. Gdy na skutek różnych kontrowersji pojawiających się w 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Mniej niż zero

Jaki prezydent Polski, taki doradca od ekonomii

„Nie ma uszczuplenia rezerw, czyli nie spadnie ilość złota i wartość rezerw walutowych nie zostanie obniżona, czyli jest to bezpieczne rozwiązanie. Bez zadłużenia się budżetu państwa, bez konieczności wzięcia pożyczki. Nie ma także odsetek, ponieważ jest to wypłata zysku NBP” – tak zachwalał prezydencki projekt ustawy SAFE 0% Leszek Skiba, doradca społeczny Karola Nawrockiego. Przypomnijmy, że według narracji obozu prezydenckiego i PiS, zamiast zapożyczać się w Unii Europejskiej, lepiej sprzedać część złota, które jest w zasobach NBP, a uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczyć na zbrojenia.

Sprzedawca iluzji

Zdaniem niezależnych specjalistów to jednak pobożne życzenia. „Ten program nie kosztuje zero. To nieprawda. Możemy dyskutować o różnicach w marżach, ale przedstawianie go jako darmowego źródła finansowania to czysty zabieg PR-owy. Każdy mechanizm oparty na rezerwach czy emisji długu generuje realne koszty obsługi, które musimy brać pod uwagę”, tłumaczył ekonomista Marek Zuber w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. Jakby tego było mało, nie wiadomo nawet, czy uda się przeprowadzić zakładaną operację sprzedaży złota i ile NBP na tym zarobi.

Ale Leszek Skiba zna się na PR. W latach 2015-2020 był wiceministrem finansów (zajmował się m.in. polityką makroekonomiczną i legislacją podatkową) i opowiadał Polakom bajki, jak PiS troszczy się o budżet państwa. To oszustwo polegało na tym, że rząd „na papierze” chwalił się niskim deficytem, a gigantyczne długi na spełnienie obietnic wyborczych, programy społeczne i tarcze osłonowe zaciągane były w funduszach celowych, nad którymi parlament nie miał kontroli. Sytuacja stała się na tyle poważna, że na naganne praktyki zwróciła uwagę Najwyższa Izba Kontroli.

Gdy w Sejmie debatowano nad podwyżkami akcyzy na alkohol i papierosy, wiceminister Skiba twierdził, że chodzi wcale nie o dodatkowe wpływy do budżetu (1,7 mld zł), ale o zdrowie Polaków, bo przez używki co roku umiera 82 tys. osób. „Jeśli mówicie, że chcecie walczyć z kosztami picia alkoholu i palenia papierosów, to chcielibyśmy poznać, jakie macie programy na tę walkę. Jak chcecie te dodatkowe 1,7 mld zł wykorzystać? Czy może jednak chcecie mieć tylko dodatkową wrzutkę do budżetu?”, pytał Skibę poseł Tomasz Trela z Lewicy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.