Archiwum

Powrót na stronę główną
Kraj

Kamilek i inne „niemowy”

Czy sprawa śmierci Kamilka czegokolwiek nas nauczyła? Chyba tylko tego, że dzieci są jak ryby i głosu nie mają. Być może jednak twierdzenie, że państwo polskie nienawidzi dzieci, jest zbyt daleko idące.

Sprawa Kamilka z Częstochowy, który został zakatowany przez ojczyma przy milczącej akceptacji członków rodziny, wstrząsnęła opinią publiczną. Czy wstrząsnęła również pracownikami sądów i prokuratury? To pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Każdy z faktów, jakie chcę przedstawić, jest swoistym aktem oskarżenia.

Dla tych, którzy mogą nie pamiętać: Kamilka sąd pozostawił z matką, która miała nowego partnera. Dziecko było przez niego regularnie katowane. Miało liczne obrażenia i złamania. Wreszcie ojczym polał chłopca wrzątkiem. Następnie rzucił na rozgrzany piec kuchenny. Być może dałoby się wtedy jeszcze Kamilka uratować, ale matka nie wezwała pogotowia. Nie zrobili tego także inni krewni mieszkający z nią i jej partnerem pod jednym dachem. Potwornie poparzone dziecko położono do łóżka i tam powoli konało. Trudno sobie wyobrazić, jakie musiało przeżywać męczarnie.

Gdy przedstawiciele szkoły zapytali, dlaczego uczeń jest nieobecny, matka odpowiedziała, że ma problemy zdrowotne. Wcześniej chłopiec przyszedł na lekcje z ręką w gipsie. Miał też siny policzek i rozciętą wargę. Wtedy wystarczyło wyjaśnienie, że się przewrócił i potknął. Gdy w mieszkaniu pojawiły się pracownice opieki społecznej, stały przed drzwiami pokoju, w którym chłopczyk konał. Ale do środka nie zajrzały. Nie sprawdziły, dlaczego matka nie chce go pokazać.

Do wyroku, jaki zapadł w tej sprawie, nie chcę teraz wracać, przeczytacie o nim w artykule „Niewidzialne dziecko” („Przegląd” nr 20/2026). Jest inna okoliczność, która każe zapytać o stosunek polskiego państwa do dzieci. To decyzja prokuratury. Już po raz drugi uznała ona, że ze strony funkcjonariuszy państwowych nie było takich zaniedbań, które można uznać za przestępstwa.

Kamilek zmarł w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, gdzie został przewieziony po tym, jak zobaczył go tata. Ten, z którym chłopczyka decyzją sądu rozdzielono. Dopiero on wezwał pogotowie.

Kamilkiem do śmierci zajmowały się instytucje z południa Polski – z Olkusza, gdzie rodzina mieszkała najpierw, a potem z Częstochowy – do której się przeprowadziła. Być może słusznie więc badanie ewentualnej odpowiedzialności karnej przedstawicieli polskiego państwa powierzono Prokuraturze Regionalnej w Gdańsku. Pierwsze umorzenie badał Sąd Rejonowy w Kielcach. Uznał, że prokuratorzy słusznie przyjęli, że postawa nauczycieli, lekarzy i pracowników ochrony zdrowia nie nosiła znamion czynów zabronionych. Drugie umorzenie dotyczyło ewentualnej odpowiedzialności karnej urzędników, kuratorów sądowych, policjantów, prokuratorów i sędziów z wydziałów rodzinnych. Są bez winy.

Zamiast Kamilka dziewczynka

Dwa miesiące po śmierci Kamilka byłem w Sądzie Rejonowym w Olkuszu. Na sprawie toczącej się w wydziale rodzinnym. Tym samym, który zajmował się Kamilkiem. Sprawa też dotyczyła dziecka. W tym wypadku dziewczynki. Tenże sąd pozostawił dziecko z ojcem, który znalazł sobie nową partnerkę, matce zakazał zaś kontaktów z dzieckiem. Jakichkolwiek. Wypada więc napisać dwa słowa o matce. Jest tłumaczem przysięgłym z języka węgierskiego. Zarabia bardzo dobrze. Wychowuje drugie dziecko, także dziewczynkę. Mieszka w Katowicach. A co najważniejsze – nie ma żadnych sensownych powodów, dla których sąd zakazał jej kontaktów z córką.

Zjawiłem się na rozprawie, która dotyczyła zniesienia tego zakazu, trwającego już kilka lat. Chciałem poznać przesłanki, którymi kierował się sąd, wydając tak surowe postanowienie. Sąd jednak utajnił rozprawę i musiałem opuścić salę posiedzeń. Wobec tego skierowałem do sądu pytania,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Komu można ufać, a komu nie?

Nasz czy ich? Takie zawsze jest pierwsze pytanie, czy to prezydenta, czy premiera, gdy jadą z wizytą zagraniczną i wiadomo, że będzie ją przygotowywała miejscowa placówka. A tu można dużo – już na etapie organizowania spotkań, doboru rozmówców, gości. Można daną wizytę podbić albo uczynić ją mało zauważalną. Szef placówki może tu wiele, zwłaszcza jeśli na swojej robocie się zna.

I teraz jedzie Karol Nawrocki na szczyt NATO do Turcji, pytanie zasadnicze brzmi zatem, jak będzie. W przypadku Ankary Nawrocki może odetchnąć. W Turcji mamy pełnego ambasadora, jest nim Maciej Lang, zawodowy dyplomata. I to z CV długim jak u mało kogo. Był ambasadorem w Turkmenistanie, Afganistanie, Kazachstanie, Turcji, Rumunii i znów od roku 2023 jest w Turcji. Dodajmy – placówki opuszczał przed czasem, na żadnej nie dotrwał do końca zwyczajowej czteroletniej kadencji. A dlaczego? Bo inne obowiązki go wzywały. Na przykład w roku 2021, gdy był ambasadorem w Bukareszcie, otrzymał wezwanie od ministra Raua i pojechał do Kabulu, z którego uciekali Amerykanie. Tam kierował ewakuacją polskich obywateli.

To była poważna operacja: 52 loty wojskowe,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Parafia dla specjalisty od bruzd

Czym sobie zawinił warszawski Plac Narutowicza, że na proboszcza Parafii św. Jakuba Apostoła rzucono tam skandalistę? I to takiego z najwyższej półki. Z jednej strony ks. prałat Franciszek Longchamps de Bérier to profesor doktor habilitowany, wykładowca na UJ i UW, członek PAN. Kawaler Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski (od prezydenta Dudy) i adresat lizusowskiego listu od Nawrockiego na 25-lecie święceń. A z drugiej strony nowy proboszcz jest autorem wyjątkowo obrzydliwych słów. Choć minęło 13 lat od wywiadu dla „Uważam Rze”, ciągle trudno uwierzyć w to, co powiedział: „Są tacy lekarze, którzy po pierwszym spojrzeniu na twarz dziecka wiedzą już, że zostało poczęte z in vitro, bo ma dotykową bruzdę, która jest charakterystyczna dla pewnego zespołu wad genetycznych”. Po takich słowach ksiądz prałat powinien pokutować w klasztorze, a nie rządzić prestiżową parafią.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Anna Paluch i mieszkanko za 116 zł

Kto tak uparcie puka spod dna? Anna Paluch, posłanka PiS od sześciu kadencji. Tak biedna, że mysz kościelna jest przy niej krezusem. Choć Paluch w Sejmie zarabia ok. 25 tys. zł miesięcznie. Choć buduje dom o powierzchni 180 m kw. Choć ma działkę leśną i dwie budowlane o wartości ok. 240 tys. zł. I z tej biedy od ponad 30 lat zajmuje mieszkanie komunalne w centrum Krościenka nad Dunajcem. Nie zgadniecie, ile ta bidula płaci za lokal o powierzchni 38,3 m kw. Miesięcznie 116 zł 43 gr! Promocja ekstra dla polityków PiS. A potrzebujący z Krościenka ciągle czekają na lokal komunalny. I będą czekać, bo z bezczelną pisówką nikt nie może sobie poradzić.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Geniusz, szarlatan, chuligan

Gałczyński, poeta nie z tej ziemi

Mariusz Urbanek – pisarz, publicysta, autor poczytnych biografii, m.in. Stefana Kisielewskiego, Władysława Broniewskiego, ana Brzechwy, Juliana Tuwima, Jerzego Waldorffa, Mariana Eilego, Rudolfa Weigla i zbiorowej biografii lwowskiej szkoły matematycznej. Autor biografii Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Gałczyński. Kanarek w klatce”.

Jest pan uznanym biografem. Wydana ostatnio książka o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim „Kanarek w klatce” jest 11. w pana dorobku. Co jest najtrudniejsze w pisaniu o wybitnych ludziach?
– Bycie uczciwym. Podwójnie: wobec czytelników, którzy czekają na prawdę, i wobec bohatera. Uczciwość wymaga mówienia rzeczy gorzkich, także o jego ciemnych sprawach. Nawet jeżeli ma się dużo sympatii do protagonistów. Ale właśnie wtedy nie wolno ukrywać ich mrocznych stron. Niezależnie od tego, czy dotyczy to ich życia rodzinnego, twórczości czy polityki. Nie można niczego tuszować, tworzyć hagiografii, bo to właśnie jest nieuczciwe wobec człowieka, który przecież żył naprawdę, czasem bywał bohaterem, ale czasem… nie. Jednocześnie trzeba próbować go zrozumieć.

Czuje pan dreszcz emocji na miarę Sherlocka Holmesa, kiedy odkrywa coś, o czym dotąd nie było wiadomo? Jak to było w przypadku Gałczyńskiego?
– Kiedy uda się trafić na coś absolutnie nowego, na pewno jest to satysfakcja na miarę odkryć Sherlocka. W przypadku Gałczyńskiego to była np. jego młodzieńcza miłość do kuzynki, Jadwigi Łopuszyńskiej, dla której napisał debiutanckie wiersze. Pojawiły się w obiegu publicznym dopiero niedawno, kiedy rodzina Jadwigi zechciała sprzedać listy poety do Muzeum K.I. Gałczyńskiego w Praniu. Zawierały nieznane dotąd wiersze. Dzięki temu udało się uzupełnić życiorys Konstantego o nieznane do tej pory fakty.

Czyli złudne jest myślenie, że wszystko o Gałczyńskim już wiemy? A przecież powstało już tyle monografii czy biografii, które zresztą zmonopolizowała nieżyjąca już córka Gałczyńskiego, Kira.
– Kira Gałczyńska napisała o ojcu kilkanaście książek, ale to nie były prawdziwe biografie, wybielały ojca i wybiórczo traktowały fakty. Jako córka miała do tego prawo, jako biograf nie. Ponad dekadę temu powstała rzetelna biografia Gałczyńskiego „Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta” pióra Anny Arno. Tak naprawdę pierwsza, która ukazała się poza kontrolą córki. Kira nie zostawiła na niej suchej nitki.

Czy jest sens, by dzieci tworzyły biografie rodziców? Często popadają w skrajność – są to „żywoty świętych” albo pamflety, rodzaj zemsty za zawiedzione uczucia.
– Nie potrafiłbym całkowicie skrytykować Kiry Gałczyńskiej. Zrobiła bardzo dużo, by pielęgnować pamięć o ojcu. Prawdopodobnie gdyby nie ona, Gałczyński nie byłby poetą wciąż popularnym i kochanym. Ale idealizowała rodziców, budowała im pomnik. Konstruowała wizerunek ojca według swoich wyobrażeń, bo nie do końca go znała. Miała trzy lata, gdy Gałczyński poszedł na wojnę; wrócił, gdy miała dziesięć; umarł, gdy Kira miała 17 lat. Nastolatki nie mają czasu na poznawanie rodziców.

Manipulowała faktami?
– Niektóre ukrywała. Przed wojną Gałczyński publikował w skrajnie prawicowym piśmie „Prosto z Mostu”, w którym ukazywały się wypominane mu do dziś antysemickie utwory, na czele z listem „Do przyjaciół z »Prosto z mostu«”.

W tym piśmie Gałczyński groził też Żydom, socjalistom i liberałom „nocą długich noży”…
– A Kira to ukryła. Cały czas podstawowym wydaniem dzieł Gałczyńskiego jest pięciotomowy wybór Czytelnika z 1979 r. pod jej redakcją. Tam listu „Do przyjaciół…” nie ma, podobnie jak w przerwanej edycji dzieł wszystkich poety oficyny Prószyński i S-ka, opartej na wyborze Kiry. A bez znajomości tego listu nie sposób zrozumieć przedwojennego Gałczyńskiego. Podobnie córka utajniła niektóre wiernopoddańcze wobec komunistycznej władzy utwory, które poeta napisał po wojnie. Nigdy też nie przyznała, że ojciec był bigamistą.

Wojnę spędził w stalagu Altengrabow w Niemczech, ale po wyzwoleniu obozu nie wrócił od razu do kraju i do żony. Przez rok podróżował po Europie, poznał Lucynę Wolanowską, z którą wziął ślub w niemieckim urzędzie stanu cywilnego. Jeśli wierzyć Wolanowskiej, za wiedzą, a wręcz namową księdza katolickiego, który przekonywał parę, że wcześniejszy ślub z Natalią w obrządku prawosławnym nie jest tak do końca ważny. Tego drugiego ślubu, choć zawartego w majestacie prawa, Kira nigdy nie uznała. O Wolanowskiej mówiła: „kobieta, z którą ojciec miał relację w czasie wojny”. Według niej Konstanty kochał tylko jedną kobietę. I miała to być „srebrna” Natalia. Kochanki ukrywała albo zaprzeczała ich istnieniu. A w ciągu tego szalonego roku po wojnie Gałczyński miał aż trzy partnerki. Owocem związku z Wolanowską był Konstanty junior, który później razem z matką wyemigrował do Australii. Przyrodnie rodzeństwo poznało się dopiero w Polsce, w 1990 r.

Kira starała się też wygumkować zażyłą przyjaźń ojca z Jerzym Waldorffem.
– Dzieliła przyjaciół ojca na takich, których lubiła, i tych, którym odmawiała prawa do tej przyjaźni. Waldorff zaliczał się do tego „gorszego sortu”. Poznali się przed wojną, w czasie pobytu poety w stalagu korespondowali, Waldorff opiekował się Natalią. Listy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Z wieców na TikToka

Jak cyfrowa rozrywka zastępuje poważną debatę o państwie

Dzisiejsza rzeczywistość medialna zmusza polityków do przedefiniowania sposobów przekazu. By dotarł do najmłodszego pokolenia wyborców, musi on zostać drastycznie zmodyfikowany. Bezlitosnym liderem tej transformacji stał się TikTok. Jako nowa platforma komunikacyjna przeistoczył on polityka oficjela w aktora internetowych wygłupów, trendów i absurdalnych memów.

Polityka jako rozrywka?

Wirtualna przestrzeń zalana jest karykaturalnymi porównaniami: od kreowania Adriana Zandberga na potężnego, rudego wikinga czy Duńczyka, przez zestawianie Władysława Kosiniaka-Kamysza z Baszarem al-Asadem, aż po Joannę Senyszyn władającą galaktykami w nawiązaniu do Palpatine’a – postaci ze „Star Wars” – gdzie słynne czerwone korale polityczki symbolizują podbite układy gwiezdne. Oficjalne profile największych partii – Prawa i Sprawiedliwości oraz Koalicji Obywatelskiej – toczą regularne bitwy na „śmieszne” filmiki, w których merytoryka schodzi na daleki plan. Gdy PiS publikuje wizerunek zaspanego Donalda Tuska ze złowieszczym podpisem: „Taktyczny niszczyciel Polski na podtrzymanie passy”, wzbogacony o efekty eksplozji i ognia, sekcja komentarzy pęka w szwach od zachwytów młodzieży: „podwyżka dla administratora”, „kocham to konto”. Z kolei konto KO odpowiada trendem: „Idź, pogadaj z wujkiem, on nie jest taki straszny”, pokazując przerysowane, dynamicznie edytowane selfie Karola Nawrockiego z poszerzonymi oczami, co generuje prawie 28 tys. polubień i identyczne komentarze w stylu: „kocham to konto”. Nawet tak podniosłe wydarzenia jak orędzie prezydenta RP stają się materiałem wykorzystywanym w żartach, gdy internauci podkładają pod nie głos mężczyzny opowiadającego o pączkach. W komentarzach natychmiast wyrastają nowe rebusy, jak choćby zdjęcie Donalda Tuska z napisem „obrazek + mnie to”, co w młodzieżowym slangu wprost oznacza nazwanie premiera „ch*jem”.

Ta rewolucja nie jest wyłącznie dziełem przypadku, jest efektem głębokich zmian technologicznych i algorytmicznych, które szczegółowo opisuje raport fundacji CEE Digital Democracy Watch „The Hidden Power of TikTok LIVE in Poland” opublikowany 19 marca 2026 r. Jak wskazują autorzy badania, TikTok stał się trzecią najpopularniejszą platformą społecznościową w Polsce. Ponad 50% Polaków korzysta z tej aplikacji przynajmniej raz w tygodniu, a 42% robi to jeszcze częściej. Co kluczowe dla dynamiki publicznej debaty, aplikacja ta ma w Polsce gigantyczną bazę ponad 2 mln użytkowników w wieku od 7-14 lat. Jednocześnie niemal taki sam wynik notuje w grupie wiekowej 60-75 lat. Badacze zwracają uwagę na zjawisko tzw. podwójnej podatności (ang. dual vulnerability). Najmłodsi użytkownicy padają ofiarą manipulacji ze względu na wciąż ograniczony krytycyzm i kompetencje medialne, z kolei osoby starsze gubią się w świecie zaawansowanych technik cyfrowych,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Polskie i ukraińskie rolnictwo

Uzupełnienie czy zagrożenie?

Próbą odpowiedzi na temat możliwości współpracy polsko-ukraińskiej w sektorze rolno-spożywczym było seminarium zorganizowane przez Instytut Polityczny im. Macieja Rataja, czyli powiązaną z Polskim Stronnictwem Ludowym instytucję analityczno-badawczą, która realizuje projekty naukowe, eksperckie oraz edukacyjne. Debatę otworzył poseł PSL dr Czesław Siekierski, autorytet międzynarodowy, były minister rolnictwa i rozwoju wsi, były europoseł. Zestaw panelistów został dobrany bardzo starannie.

Rozpoczęto od szczegółowej analizy struktury handlu, szans rozwojowych oraz wyzwań związanych z integracją europejską. Panel dyskusyjny poprowadził dyrektor Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN dr hab. Paweł Chmieliński. Dr hab. Łukasz Ambroziak, profesor w Instytucie Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej zwrócił uwagę, że wzajemnym kontaktom gospodarczym towarzyszy asymetria wymiany. Ukraina eksportuje do Polski głównie surowce rolne (w tym oleje i makuchy), natomiast Polska sprzedaje Ukrainie przede wszystkim produkty wysokoprzetworzone.

Nasze sektory rolno-spożywcze raczej się uzupełniają niż konkurują ze sobą. Chodzi tu zwłaszcza o mniejsze gospodarstwa ukraińskie, które są naturalnym partnerem dla polskiego rolnictwa, bo wydają się lepiej predysponowane do współpracy niż do niszczącej rywalizacji rynkowej. Jednak struktura ukraińskiego rolnictwa cechuje się dualizmem, ponieważ kraj ten z jednej strony kojarzy się z wielkimi agroholdingami (o powierzchni nawet 500 tys. ha), przekształconymi z dawnych kołchozów, z drugiej – ma prawie 4 mln małych gospodarstw indywidualnych. I to one odpowiadają za większość produkcji mleka, warzyw, owoców i ziemniaków. Tak strukturę ukraińskiego rolnictwa opisał dr hab. Sergiusz Pimenow z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – Państwowego Instytutu Badawczego, wykładowca z ponad 18-letnim doświadczeniem w zakresie restrukturyzacji procesów biznesowych, rozwoju organizacyjnego i zarządzania zmianą w dużych firmach na Ukrainie, w Polsce i Estonii. Specyfikę wymiany towarowej naświetlił też dr Vitally Krupin, adiunkt w Zakładzie Modelowania Ekonomicznego Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, który wskazał na ujemne saldo Polski w wymianie handlowej towarami rolno-spożywczymi z Ukrainą. Ważnym uzupełnieniem debaty był udział przedstawiciela polskiego biznesu, Marka Marca, szefa i założyciela firmy PPH EWA-BIS Sp. z o.o. Przedsiębiorstwo ma bezpośrednie, silne powiązania biznesowe i operacyjne z Ukrainą. Rynek ten stanowi jeden z filarów międzynarodowej struktury kapitałowej i handlowej grupy zarządzanej przez Marka Marca. Poprzez spółki zależne na Ukrainie Grupa EWA-BIS prowadzi wymianę handlową (import i eksport), zajmuje się rynkiem zbytu polskich towarów, jak i źródłem pozyskiwania surowców rolnych. Zarządza m.in. hurtowym obrotem owocami, warzywami oraz mrożonkami na rynku ukraińskim.

Ukraina zapowiada 10-letni okres przejściowy na dostosowanie do norm UE. Chce przy tym pełnego dostępu do dopłat bezpośrednich od pierwszego dnia akcesji. Wywołuje to obawy polskich organizacji rolniczych. Jednym z polskich postulatów jest ochrona naszego rynku. Resort rolnictwa akcentuje, że akcesja Ukrainy do struktur UE nie może uderzać w interesy i rentowność polskich gospodarstw rodzinnych.

Dostrzegane są duże szanse na kompromis w obszarach szczególnie ważnych dla Polski.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Otruty snusami

Zaczęło się lato i w mediach sezon ogórkowy. Tak było, ale odkąd do Belwederu trafił Nawrocki, zamiast ogórków mamy snusy. Nie wiem, czy producenci tej nikotynowej używki jakoś nagradzają człowieka, który jest dla nich chodzącym słupem reklamowym. Naśladowców i konsumentów tego badziewia z pewnością przybyło. Zwłaszcza wśród młodzieży. Bo skoro tak robi wybraniec narodu, to oni też mogą. Choć nie powinni, bo sięgając po nikotynę w jakiejkolwiek postaci, robią głupio i szkodzą nie tylko sobie.

Jak paskudny jest to nałóg i co może robić z człowiekiem, widzimy u Nawrockiego. Prawie codziennie jako „my, naród” dokłada kolejnymi wetami swoją cegłę do paraliżowania państwa. Jest przeciw rządowi prawie we wszystkim. Ktoś mu powiedział, wiadomo nawet kto, że na tym polega praca prezydenta u Kaczyńskiego. Interesy PiS są w jego kancelarii skutecznie realizowane. Pozwalają Nawrockiemu na małe odstępstwa od tej wiernej służby w sprawach bez większego znaczenia. Na razie, póki prezes trwa. Co może się zmienić,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Jean Ziegler, niewysłuchane sumienie Zachodu

Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, że jeszcze się dziwię, kiedy jestem świadkiem ciszy (mediów, społeczeństwa) w chwili śmierci kogoś takiego jak Jean Ziegler. Zmarły właśnie w wieku 92 lat szwajcarski socjolog, dyplomata i polityk pełnił funkcję specjalnego sprawozdawcy ONZ ds. prawa do żywności (od 2000 r. do 2008), był profesorem uniwersytetu w Genewie i paryskiej Sorbony, gdzie się doktoryzował. Został wyrzucony z Komunistycznej Partii Francji za wspieranie dążeń Algierii do niepodległości.

Zostawił po sobie kilka fundamentalnie ważnych publikacji książkowych i najważniejszą dla niego samego „Geopolitykę głodu. Masową zagładę”. Ziegler rozpisał w niej cały systemowy mechanizm globalnego głodu, który jest nieuniknioną konsekwencją reguł „kanibalistycznego kapitalizmu” rządzącego światową gospodarką i polityką. „Każde dziecko, które umiera z głodu, jest ofiarą mordu”, pisał.

W młodości zaprzyjaźnił się z Jeanem-Paulem Sartre’em i Simone de Beauvoir. Kiedy poznał Che Guevarę, ten miał zareagować na pomysł wyjazdu na Kubę słowami: „Tu się urodziłeś i tu mieszka mózg potwora. To tu musisz walczyć”.

W tekstach i wystąpieniach Ziegler precyzyjnie rozrysowywał mechanizmy funkcjonowania „globalnego rynku żywnościowego”, którego efektem był (i jest) głód dotykający prawie 1 mld mieszkańców globalnego Południa, a który pomnaża majątki „lichwiarzy zielonego złota”. Ziegler nie miał złudzeń – w samej ONZ i w rządach wielu państw przeciwnicy prawa do żywności (jednego z podstawowych praw człowieka) mają się dobrze i to oni dyktują warunki, prawa i współtworzą otoczenie sprzyjające głodowej masakrze i zagładzie. Do ostatnich dni ten niezwykły Szwajcar nie składał broni i nawoływał do jednoczenia wysiłków, by sprzeciwiać się największemu złu współczesnego świata – bezwzględnemu kapitalizmowi.

W ostatnich latach życia napisał

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Była zbrodnia, jest kara

Pochodzenie Mariusa Borga Høiby’ego, syna norweskiej księżnej koronnej Mette-Marit, nie odegrało żadnej roli w wymierzeniu mu sprawiedliwości

Jeśli cokolwiek w tej historii może, a nawet powinno szokować, to nie sam wyrok skazujący, tylko jego stosunkowa łagodność. Nie znając okoliczności sprawy, można śmiało stwierdzić, że cztery lata pozbawienia wolności za dwa przypadki gwałtu to kara bardzo niska. I nie ma znaczenia, że skazanym w tej historii jest Marius Borg Høiby, 29-letni syn norweskiej księżnej Mette-Marit i pasierb Haakona, tamtejszego następcy tronu.

Kryminalne historie ciągną się za nim od niemal dekady. Warto uściślić, że z technicznego punktu widzenia nie dotyczą norweskiej rodziny królewskiej – w literalnym tego słowa znaczeniu. Marius nie jest synem Haakona, para ma dwójkę własnych dzieci – księżniczkę Ingrid Alexandrę i księcia Sverre Magnusa. Marius nie ma żadnych oficjalnych tytułów szlacheckich, nie znajdował się w linii sukcesji do norweskiego tronu i z praktycznego punktu widzenia niewiele go łączy z rodziną królewską. Co oczywiście nie zmienia faktu, że z racji powiązań swojej matki z norweskimi elitami nie mógł próbować wylobbować sobie wolności od popełnionych przestępstw.

Marius nigdy nie miał łatwego życia i to nie tylko z powodu rozpadu związku jego biologicznych rodziców i szybkiego wejścia na świecznik. Sam ślub księcia Haakona z samotną matką wywołał ćwierć wieku temu spore kontrowersje, bo był pierwszym tego typu wydarzeniem w najnowszej historii norweskiej rodziny królewskiej.

Samospełniająca się przepowiednia

Norweskie media pisały25 lat temu, że sam fakt istnienia w rodzinie następcy tronu dziecka z nieprawego łoża jest skandalem. Tabloidy szybko rzuciły się na historię biologicznego ojca Mariusa, który miał kryminalną przeszłość, choć już konstytucyjne zapisy blokowały synowi Mette-Marit drogę do tronu. Im Marius był starszy, tym bardziej zaczynał wyrastać na problem – w królewskiej układance zaczynało brakować dla niego miejsca, a dokładniej – roli. Nie jest arystokratą, nie ma tytułu, odpowiedzialności – mówiąc obcesowo – nie wiadomo, po co w ogóle w tej rodzinie był. Mógł oczywiście zrobić inną rzecz, choć w europejskich monarchiach jest to wciąż rzadkością – i wybić się po prostu na niezależność. Pójść na studia, do pracy, uciec od nadanej mu przez media etykietki niegrzecznego renegata, bękarta, który nawet nie musi schodzić na złą drogę, bo jest na niej od urodzenia. Mógł, ale tego nie zrobił.

Regularnie dostarczał pożywki plotkarskim mediom. A to złapano go na posiadaniu narkotyków, a to wpadł, zażywając kokainę na festiwalu muzycznym. Norwegowie oburzali się, kiedy zmuszeni do publicznych wyzwań mama i ojczym przyznali się, że płacą za Mariusa rachunki, choć ten był dorosłym człowiekiem. Dostawał „kieszonkowe”, coś na kształt książęcej renty, w wysokości 20 tys. koron (ok. 2 tys. dol.) miesięcznie. Jak na Norwegię, jedno z najdroższych jeśli chodzi o koszty życia państw na świecie, to właściwie żadne pieniądze, ale i tak budziły ogromne kontrowersje. Zażywanie narkotyków wpędziło go zresztą w samospełniającą się przepowiednię – jego biologiczny ojciec był dilerem kokainy. Jednym z pierwszych w historii Norwegii, którzy dostali za to wyrok skazujący. Łatwo więc sobie wyobrazić, jaką opowieść zbudowali dziennikarze, kiedy pierwsze problemy Mariusa z prawem wyszły na jaw. Już wtedy, 10 lat temu, nie było dla niego ucieczki od własnego wyroku – nawet jeśli początkowo był to tylko wyrok skazujący w sądzie opinii publicznej.

O gwałt oskarżyły go cztery kobiety, choć upublicznione zostały dane tylko jednej z nich, Nory Haukland. Ostatecznie pełna lista zarzutów wobec Mariusa liczyła 40 pozycji, został uznany winnym w 34 przypadkach, w tym dwóch dotyczących gwałtu. Materiał dowodowy zgromadzony przez norweską prokuraturę musiał mieć mocne podstawy, ponieważ proces, odtajniony z racji na osobę oskarżonego, trwał łącznie tylko sześć tygodni. Każdy, kto kiedykolwiek obserwował jakąkolwiek sprawę o gwałt, doskonale wie, że to tempo ekspresowe,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.