Tajemnica Bridgend

Tajemnica Bridgend

Co konkretnie wpłynęło na zmianę jej nastawienia?

– Zobaczyła, że nie tylko ona nie czuje się częścią grupy. Jej problemem było to, że – w jej odczuciu – nikt nie patrzy na nią w taki sposób, jaka jest naprawdę. Była zagubiona. Nie umiała sobie odpowiedzieć, do jakiej zbiorowości przynależy. W filmie zobaczyła, że to uczucie towarzyszy wielu ludziom.

Myślał pan o odbiorcach tego filmu? Był przewidziany dla młodych ludzi?

– To uniwersalny temat, który może trafić i do młodych, i do 90-latków. Nie chciałem patrzyć na bohaterów z perspektywy osoby dorosłej. Jestem bardzo blisko bohaterki, czuję z nią więź. Osoby starsze ode mnie też nie będą miały z tym problemu. Na jeden z pokazów przyszła głównie widownia w wieku ok. 80 lat. Byłem przekonany, że wyjdą w trakcie projekcji. Znów się pomyliłem. Zostali do końca.

Od razu zakładał pan, że w obsadzie pojawią się prawdziwi mieszkańcy Bridgend?

– Tak, ale ta koncepcja się zmieniała. Dopiero po spędzeniu półtora roku na podróżach do miasteczka znalazłem głównego bohatera. Jego najlepszy przyjaciel powiesił się, zagranie w filmie przerastało go. Nie chciałem przekraczać żadnych granic moralnych, więc zrezygnowałem z pomysłu obsadzenia go. Wtedy doszedłem do wniosku, że w główne role muszą się wcielić osoby, które są spoza tego miejsca. Mieszkańcom zostawiłem drugi i trzeci plan. W filmie pojawiają się nie tylko młodzi ludzie, ale też ich rodzice i lokalne autorytety, takie jak ksiądz, który udostępnił nam dom do kręcenia, czy policjanci i nauczyciele, którzy pozwolili mi pokazać komisariat i budynek szkoły.

To zaskakujące, jeśli weźmie się pod uwagę, że ludzie ci pobili dziennikarzy, którzy zajmowali się tą sprawą.

– Mnie też pobili. Nie oceniam ich jednak na tej podstawie. Traktuję to jako rodzaj testu, który zdałem. Po pobiciu wróciłem tam i udało mi się do nich zbliżyć.

Jak ten „test” wyglądał?

– Z perspektywy czasu całkiem zabawnie. Znajomy zabrał mnie do baru w Bridgend, do którego bardzo chciałem uzyskać dostęp. Wypiłem parę drinków. W pewnym momencie zobaczyłem na ladzie butelkę Carlsberga. To duńskie piwo, do którego – jako Duńczyk – mam słabość, więc skosztowałem go. Nagle odezwał się przerośnięty mężczyzna, twierdząc, że napój należy do niego. Przeprosiłem. Byłem na tyle wstawiony, że po kilku minutach znów dorwałem się do butelki. Mężczyzna zareagował ponownie, powiedział dziewczynie za barem, żeby nalała mi drinka. Następna rzecz, jaką pamiętam, to pobudka w hostelu. Łóżko było całe we krwi, ciało miałem pokiereszowane. Zadzwoniłem do kolegi z pytaniem, co się stało poprzedniego wieczoru. Powiedział, żebym się cieszył, że obudziłem się cały we własnym pokoju. Nie odpuściłem sobie i wróciłem do Bridgend. Kiedy mieszkańcy zobaczyli mnie, opowiedzieli mi takie rzeczy, których nie da się znaleźć w żadnych mediach.

Foto: materiały prasowe

Strony: 1 2 3

Wydanie: 50/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy