Karykatura w opałach

Karykatura w opałach

Satyrycy boją się, że Muzeum Karykatury straci siedzibę, zostanie przeniesione na peryferie i po kilku miesiącach w ogóle zniknie

Niezależnie od tego, jak potoczą się sprawy z włączeniem Muzeum Karykatury do Muzeum Warszawy, urząd miasta i jego władze już przyciągnęły spore zainteresowanie karykaturzystów z całego świata. Bohaterką wielu rysunków satyrycznych jest prezydent miasta Hanna Gronkiewicz-Waltz. Dostało się jej za to, że toleruje pomysł zgłoszony na posiedzeniu Rady Warszawy przez dyrektora stołecznego Biura Kultury Tomasza Thun-Janowskiego. Karykaturzyści rysują go w mundurku pracownika zakładu pogrzebowego i podpisują „Grabarz”. Pani prezydent została zaś potraktowana bez szacunku dla stanowiska, a nawet płci – albo jako czekistka z pistoletem u pasa, albo gorzej, jako syrenka, która miecz wbiła sobie w gardło, a zamiast ogona wyrasta jej ołówek. Rysunki na zadany temat – wchłonięcie Muzeum Karykatury przez inną miejską instytucję – wciąż napływają z kraju i zagranicy, bo przecież ta niewielka, ale unikatowa w skali międzynarodowej placówka ma liczne kontakty z satyrykami na świecie. Kilku posunęło się nawet do porównania muzeum z redakcją „Charlie Hebdo”.

Huzia na panią prezydent

Pod względem wizerunkowym operacja uczynienia z placówki przy ul. Koziej 11 w Warszawie oddziału innego miejskiego muzeum raczej się nie opłaciła.
Znany rysownik Witold Mysyrowicz, zarazem prezes Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury, który stanął na czele protestu, twierdzi, że pomysł władz jest bezsensowny. Tematycznie i merytorycznie nic nie łączy idei gromadzenia rysunków satyrycznych i karykatur z historią Warszawy. Może poza lokalizacją, bo to obszar Starego Miasta.
– A dodatkowo – mówi prezes Mysyrowicz – cała operacja, którą już wstępnie przyklepała Rada Warszawy, bezrefleksyjnie i bez jakiejkolwiek konsultacji z zainteresowanymi, jest nieprzygotowana koncepcyjnie i logis­tycznie. Istnieje zatem podejrzenie, że w chaosie organizacyjnym i permanentnej improwizacji, w wyniku burzy sprzecznych decyzji lub małych ambicyjek Muzeum Karykatury utraci siedzibę, zostanie przeniesione gdzieś na peryferie miasta i po kilku miesiącach w ogóle zniknie z mapy instytucji kulturalnych jako nikomu niepotrzebne.

Kłamstwo ma krótkie nogi

Na razie Rada Warszawy podjęła tylko uchwałę intencyjną, którą przegłosowali radni PO w stosunku 31 do 24 głosów opozycji, ale niewiele brakuje, by Rada niebawem przyjęła ten pomysł do realizacji. Uchwałę przyjęto po wystąpieniu dyrektora Biura Kultury Tomasza Thun-Janowskiego, który podał nieprawdziwe dane na temat sprawności działania muzeum. Stwierdził mianowicie, że placówka ta musi zamawiać digitalizację swoich zbiorów na zewnątrz. W Muzeum Warszawy zaś będzie miała dwa świetnie wyposażone laboratoria. Mijanie się z prawdą, a może celowe kłamstwo, które wprowadziło w błąd radnych i przesądziło o wynikach głosowania, napiętnował świadek wydarzeń, także rysownik i prezes honorowy SPAK, Jacek Frankowski. Okazuje się bowiem, że Muzeum Karykatury mimo szczupłości środków i personelu było w stanie własnymi siłami, a nie zamawiając usługę na zewnątrz, zdigitalizować przeszło 80% zbiorów, a więc osiągnęło wynik lepszy niż Muzeum Warszawy – mimo jego wspaniałych laboratoriów. To z powodu tej wypowiedzi dyrektor Biura Kultury nazywany jest grabarzem, a nawet barbarzyńcą.
Dlaczego właściwie polska (i zagraniczna) karykatura miałaby stracić swoją podmiotowość umiejscowioną w murach tego specyficznego muzeum?
Dyrektor Thun-Janowski na konferencji zorganizowanej przez protestujących wykluczył posądzenie, że u podstaw decyzji o wchłonięciu Muzeum Karykatury przez Muzeum Warszawy (obecnie w remoncie) leżały argumenty oszczędnościowe. Woli używać terminu wzmocnienie, choć wszyscy mówią, że to raczej osłabienie. Z tego, co Thun-Janowski powiedział na posiedzeniu Rady Warszawy, wynika, że najistotniejszymi argumentami za odebraniem karykaturzystom ich przystani jest wygodny moment – muzeum nie ma na razie dyrektora, bo konkurs nie wyłonił zwycięzcy.

Przeproście i po sprawie!

W obronie Muzeum Karykatury nie powstał żaden specjalny komitet. Tomasz Lipiński, syn założyciela placówki Eryka Lipińskiego, prowadzi akcję na Facebooku, udziela się też w audycjach radiowych i telewizyjnych. Prezes SPAK działa bardziej formalnie, składa pisma do minister kultury i dziedzictwa narodowego Małgorzaty Omilanowskiej, do władz Warszawy i do Rady ds. Muzeów przy ministrze, ale także apeluje do ośrodków i środowisk zajmujących się karykaturą w Europie i na świecie o wysyłanie petycji do naszych decydentów. I wysyłają, bo karykatura to sprawa poważna, a prawdziwa cnota krytyk się nie boi.
W internecie zahuczało. Są obrońcy muzeum i ci, którzy wspierają władze miasta. Lipińskiemu już się dorabia gębę polityczną, bo to on, zajmujący się muzyką popularną, współpracował kiedyś z Kukizem. Mysyrowicz też nie ma całkiem czys­tego konta – rysował dla gazety Jerzego Urbana.
Prezes SPAK uważa, że ktoś, kto wpadł na pomysł, by włączyć Muzeum Karykatury do Muzeum Warszawy, powinien przyznać się do błędu i wycofać projekt. Czy jednak kiedyś polityk albo urzędnik w Polsce przyznał się do błędu? To byłaby chyba jakaś karykatura.


Muzeum Karykatury w Warszawie powstało we wrześniu 1978 r. z inicjatywy dziennikarza, grafika i scenografa Eryka Lipińskiego, który był jego dyrektorem od założenia do 1991 r. Placówka przy Koziej 11 gromadzi i dokumentuje zarówno polskie, jak i zagraniczne prace o tematyce satyrycznej. Oprócz wystaw włas­nych, których odbyło się tu ok. 250, muzeum zorganizowało niemal 90 wystaw zagranicznych.

Wydanie: 25/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy