Lekcje religii: Fikcja i obłuda

Lekcje religii: Fikcja i obłuda

Mimo powszechnej nauki religii w szkołach, maleje autorytet moralny Kościoła

Leszek Jażdżewski – pomysłodawca „Świeckiej szkoły”, obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej w sprawie zniesienia finansowania religii z budżetu państwa, redaktor naczelny pisma „Liberte!”

Proponuję zrobienie takiego oto bilansu: lekcje religii w szkołach przywrócono ponad 25 lat temu. Są one finansowane z budżetu państwa i według wyliczeń organizatorów akcji „Świecka szkoła” samo wynagrodzenie ponad 33 tys. katechetów kosztuje rocznie ponad 1,2 mld zł…
– Bilans nie jest dobrym pomysłem, bo prawidłowo zrobiony powinien wyjść na zero.
To zamiast bilansu niech będzie rachunek zysków i strat – mówimy przecież o niebagatelnych pieniądzach wydawanych z państwowej kasy.
– Uściślijmy: czyich zysków, czyich strat?
Z jednej strony, mamy ogromne pieniądze podatników wydawane na wynagrodzenia katechetów, z drugiej – badania, które mówią, że zmniejszył się odsetek respondentów uważających się za wierzących i stosujących się do wskazań Kościoła. I to niebagatelnie – z 66% do 39%, zaledwie w ciągu 10 lat, od roku 2005 do 2014! W dodatku prawie połowa wierzących wybiera z nauki Kościoła to, co im odpowiada, a to, co nie – odrzuca.
– Rzeczywiście, gdy spojrzymy na badania dotyczące religijności Polaków, możemy zaobserwować zjawiska wręcz absurdalne. W społeczeństwie, w którym ponad 90% deklaruje się jako katolicy, jedna trzecia nie wierzy w piekło, są tacy, którzy nie uznają Trójcy Świętej. W zmartwychwstanie Chrystusa wierzy ok. 70% Polaków!

Etyka jak listek figowy

A dwie trzecie rodaków jest za karą śmierci, co przecież kłóci się z przykazaniem: nie zabijaj. Czym to tłumaczyć?
– Trzeba podkreślić, że wpływ na to ma nie tylko katecheza w szkołach. Kościół obecny jest w świadomości Polaków w różny sposób, na wielu płaszczyznach, dlatego zanim przejdziemy do odpowiedzi na pytanie, pragnę jedną rzecz wyjaśnić. Istotnie jednym z najważniejszych naszych zadań realizowanych pod hasłem „Świecka szkoła” było zbieranie podpisów pod obywatelską inicjatywą ustawodawczą, która dotyczy zniesienia finansowania religii z budżetu państwa. My jednak nie walczymy z religią katolicką, nie jesteśmy wojującymi antyklerykałami. Uważamy tylko, że publiczne pieniądze przeznaczone na finansowanie katechezy powinny być wykorzystane na inne cele edukacyjne. To wszystko.
Trudno jednak nie wiązać tego z faktem, że zjawisko prywatyzacji religii jest szczególnie silne u osób w przedziale wiekowym 24-35 lat, a więc w pokoleniu, które chodziło na lekcje religii.
– I tu wracamy do rachunku zysków i strat. Otóż Kościół dąży do zdobycia monopolu na decydowanie o poglądach Polaków w sferze wartości. Gdy mówimy o zasadach moralnych, o kwestiach światopoglądowych, a także o wyborach politycznych – narzuca się w domyśle wartości katolickie. Przyjmujemy jednak, że zgodnie z zapisami konstytucji przestrzeń publiczna jest neutralna światopoglądowo. Art. 25 wyraźnie mówi o bezstronności światopoglądowej państwa: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”. Skoro tak, to nie wolno uprzywilejowywać żadnego światopoglądu, bez względu na to, czy jest ateistyczny, muzułmański czy katolicki. Natomiast praktycznie w polskiej szkole oddajemy jednej stronie pod wpływy wychowawcze wszystkich uczniów – młodych ludzi, których przekonania nie są jeszcze ukształtowane, których światopogląd dopiero się krystalizuje. To jest zawłaszczanie przestrzeni publicznej. Podkreślam: za olbrzymie publiczne pieniądze oddano Kościołowi na ćwierć wieku zarządzanie światem wartości młodych ludzi w szkołach i służyć temu mają m.in. lekcje religii. Dziś katecheta uczestniczy na równych prawach w pracach ciała pedagogicznego, bardzo często otwiera szkolne akademie, nierzadko msza w kościele rozpoczyna rok szkolny. To powoduje, że jest nieformalny przymus uczestniczenia w tych lekcjach.
Są jeszcze lekcje etyki.
– W obecnym systemie edukacji możliwość wyboru: lekcje religii czy lekcje etyki jest fikcją. Lekcje etyki to taki listek figowy zakrywający polityczną obłudę ekip rządowych w uleganiu naciskom hierarchii kościelnej.
Najnowsze rozporządzenie ministra edukacji mówi, że lekcje etyki mają być organizowane nawet wtedy, gdy zgłosi się jeden uczeń.
– A gdy się nie zgłosi – co łatwo przewidzieć w sytuacji niepisanego silnego przymusu chodzenia na religię – zostaną zlikwidowane. Wytłumaczeniem będzie brak zapotrzebowania społecznego. W tym kontekście interesujące jest pytanie, dlaczego lekcje wiedzy o świecie współczesnym lub godziny wychowawcze nie były w stanie wywalczyć sobie sensownej pozycji we wpajaniu uczniom wartości istotnych dla obywatela tego świata, który jest nie tylko katolicki.

Katecheza to nie przedmiot

Być może zabrakło miliarda złotych…
– Nie tylko być może, ale na pewno. Łatwo wyliczyć, ilu można by zatrudnić psychologów komunikacji w mediach elektronicznych, aby uchronić dzieciaki przed bezkrytycznym korzystaniem z internetu, ilu nauczycieli języków obcych, ile wybudować boisk i sal sportowych. Kościół zawładnął przestrzenią publiczną w takim stopniu, że szkolna katecheza – oprócz kazań podczas mszy – stała się najważniejszym miejscem wprowadzania jego nauk, a przecież w założeniach polska szkoła ma być świecka, czyli nie może uprzywilejowywać żadnego światopoglądu. W dyskusji o szkolnej katechezie pojawiają się fundamentalne pytania: czy uznajemy polską szkołę za przestrzeń społeczną, w której uczniowie zdobywają wiedzę weryfikowalną naukowo, i czy katecheza spełnia kryteria nauczania przedmiotu szkolnego.
Przecież nierealne jest oczekiwanie, by lekcje religii spełniały takie kryteria.
– Nie trzeba być wrogiem religii, żeby się zgodzić ze św. Pawłem, który mówił, że religia jest gwałtem na rozumie. Wyobraźmy sobie lekcje katechezy spełniające kryteria stawiane innym przedmiotom – analizując naukowo dogmat Trójcy Świętej, uczniowie doszliby do scholastycznych absurdów. Z religią w szkołach stało się tak, że sacrum wprowadzono w przestrzeń profanum. Z jednej strony, uczniowie mają matematykę, fizykę, biologię, a z drugiej – katechezę. Na dodatek katecheza ma niewiele wspólnego z religioznawstwem – rzekomą naukę o prawdach wiary próbuje się wcisnąć między biologię a historię. Nie trzeba geniusza, aby się zorientować, że coś w systemie edukacji do siebie nie pasuje. Uczniowie doskonale to wyczuwają.
W badaniach przeprowadzonych w województwie łódzkim ok. 70% licealistów przyznało się, że na lekcjach religii odrabia zadania domowe, jednocześnie połowa stwierdziła, że nie uczestniczy w lekcjach i nie przeszkadza innym. Co ciekawe, spośród tych uczniów, którzy są aktywni, ponad 60% stwierdziło, że wiary nie można oceniać za pomocą szkolnych stopni.
– Uzasadnione jest więc pytanie, czy katecheza, która tak drogo kosztuje polskie państwo i absorbuje tak dużo czasu uczniów, to najlepsza inwestycja, którą my jako społeczeństwo możemy finansować. Katecheza to czwarty przedmiot w polskiej szkole pod względem liczby godzin – po języku polskim, matematyce i językach obcych. Gdy zsumuje się te lekcje z 12 lat, wychodzi 860 godzin. Lekcje katechezy mają przygotować do życia sakramentalnego, komunii świętej, bierzmowania i potem małżeństwa. Czy na przygotowanie do życia sakramentalnego potrzeba aż tylu lat religii? Kościół nie liczy się z kosztami religii w szkołach, bo płacimy za nią my, podatnicy; gdyby musiał wziąć te koszty na siebie, to zapewniam, że tych lekcji byłoby mniej. Dzisiaj apetyty Kościoła są nieograniczone, religia za chwilę będzie na maturze, mimo że nie spełnia podstawowych kryteriów przedmiotu nauczania.
Byłoby też mniej chętnych?
– Oczywiście! Rodzice, którzy nie są religijni albo są słabo praktykujący, dla świętego spokoju zapisują dzieci na religię, żeby się nie wyróżniały – bo jak wytłumaczyć ośmiolatkowi, że on zostanie na korytarzu lub trafi do świetlicy, gdy cała klasa będzie uczestniczyła w zajęciach? To jest dramat, religia w szkole zaczyna dzielić dzieci na te, które mają rodziców wierzących, i te, których rodzice nie wierzą. W naszych warunkach, gdzie Polak katolik to często zbitka nierozerwalna, oznacza, że ci ludzie są wrodzy, podejrzani.
Nie należą do wspólnoty.
– Kościół dostał niesamowitą szansę – miejsce do nauczania religii – ale nie wykorzystał tego do budowania więzi młodych ludzi ze wspólnotami parafialnymi. To ciekawy paradoks, że nawet część środowisk konserwatywnych mówi o tym, że religia powinna wrócić do sal katechetycznych.

Kościół sobie, życie sobie

A zarazem mamy do czynienia z ros­nącą prywatyzacją wiary.
– Nauczanie religii w szkole w ciągu 25 lat nie wpłynęło na wzrost praktyk religijnych, potwierdza to wiele badań. Co więcej, także z badań wynika, że słabnie moralny autorytet nauki Kościoła, coraz więcej wierzących uważa, że swoich przekonań moralnych nie musi utwierdzać w religii. Rodzi się więc pytanie o efekty szkolnej katechezy.
Ale padną argumenty: w 24 krajach Unii Europejskiej lekcje religii odbywają się w szkołach, a w dziewięciu są nawet obowiązkowe.
– Tak, ale tam istnieją wielostronne komisje opiniujące programy nauczania religii, dzięki czemu państwo ma kontrolę nad tym, co jest realizowane. U nas wprawdzie przygotowywaniem programu nauczania religii zajmuje się zespół powoływany wspólnie przez ministra edukacji i przewodniczącego Episkopatu, ale podręczniki muszą mieć kościelną zgodę na publikację, a katecheci są mianowani przez biskupa diecezjalnego. Art. 12 konkordatu mówi wyraźnie: „Program nauczania religii katolickiej oraz podręczniki opracowuje władza kościelna i podaje je do wiadomości kompetentnej władzy państwowej”. Państwo, szkoła ani rodzice praktycznie nie mają wpływu na to, co się dzieje na lekcjach religii.
I mamy takie sytuacje jak w jednej z radomskich szkół, gdzie katechetka opowiedziała 11-latkom o szczegółach mechanicznej aborcji: najpierw wyciąga się oderwaną od ciała główkę, później pozostałe części płodu. Jako pracę domową zaleciła obejrzenie w internecie filmu „Niemy krzyk”.
– To jest przykład, do czego mogą służyć lekcje religii. Kościół wziął aborcję na cel swojej walki właśnie teraz, gdy do parlamentu ma trafić obywatelski, szalenie restrykcyjny projekt ustawy dotyczącej aborcji. Środowiska fundamentalistyczne – oczywiście nie wszyscy katecheci – uważają, że skoro aborcja to morderstwo, dozwolony jest w tej walce każdy chwyt, także epatowanie 11-latków okrutnymi obrazkami. Przyjmijmy, że celem katechezy w szkołach – celowo używam okreś­lenia katecheza, a nie lekcje religii – ma być pogłębienie religijności, wychowanie Polaków na katolików głęboko przeżywających swoją wiarę. Niestety, w świetle badań wątpliwe okazuje się osiągnięcie tego celu. Biorąc pod uwagę codzienne poglądy i stosunek Polaków do siebie czy, szczególnie teraz, do uchodźców, stawiam tezę, że chrześcijaństwo jako nauka Chrystusa nie przyjęło się w Polsce. Religijność Polaków – nie chcę powiedzieć, że wszystkich, ale dużej części – jest powierzchowna, oparta na rytuałach zewnętrznych. Z tym wiąże się także kwestia pewnego rodzaju hipokryzji dość mocno obecnej zarówno w naszym życiu publicznym, jak i w życiu duchownych.
Znamienne są badania prof. Józefa Baniaka – 60% pytanych księży jest w związkach z kobietami, a 12-15% ma dziecko.
– Opinię publiczną zbulwersowała informacja, że bp Paetz, oskarżany o molestowanie kleryków, będzie uczestniczył w liturgii mszy z okazji 1050-lecia chrztu Polski. Episkopat tłumaczył, że ma prawo, i dopiero interwencja Watykanu wpłynęła na zmianę decyzji. W dobie internetu, dostępu do nieocenzurowanej informacji ludzie to widzą, wyciągają wnioski. To ma olbrzymi wpływ na wspomniany przez pana patchwork religion oraz dystans do moralnego autorytetu Kościoła. Co ciekawe, tego fenomenu dotknęła nasza akcja, olbrzymia część osób podpisujących się pod obywatelskim projektem zmiany ustawy o finansowaniu religii w szkołach źle ocenia zaangażowanie Kościoła w politykę. Nie dziwi mnie, że wielu Polaków deklarujących się jako wierzący nie zgadza się na finansowanie lekcji religii z budżetu państwa.
Los obywatelskiego projektu ustawy o niefinansowaniu religii z budżetu w obecnych realiach wydaje się przesądzony. Nie czuje się pan jak Don Kichot?
– Nie, bo zjawisko, z którym się zmagamy, to nie są wiatraki, tylko bardzo realna sytuacja, która wpływa na życie ludzi. Dotknęliśmy sprawy będącej do tej pory swoistym tabu i nagle okazało się, że pod naszym projektem podpisało się 150 tys. osób. Chodzi o to, żeby nie żyć w fikcji. Ta zbiorowa hipokryzja społeczna powoduje, że my – jako Polacy – nie mamy w sobie energii, by walczyć o zmianę reguł, które nam nie odpowiadają. Kolejny paradoks – polska opinia publiczna nie jest aż tak konserwatywna jak jej elity. Myślę zwłaszcza o partiach politycznych, bojących się Kościoła, który jako najsilniejsza grupa interesu w kraju mógłby im zaszkodzić. Obecny stan prawny związany z finansowaniem lekcji religii w szkołach nie odzwierciedla poglądów Polaków. Podejrzewam, że gdyby zabrakło nieformalnego przymusu uczęszczania na katechezę, w naszym ultrakatolickim społeczeństwie, gdzie ponad 90% dzieciaków chodzi na religię, liczba ta nagle znacznie by się zmniejszyła.
I zaliczyłby pan to do zysków czy do strat?
– Wie pan, dochodzę do wniosku, że w tej materii bardziej niż rachunek zysków i strat interesowałby mnie najpierw bilans zamknięcia, a potem bilans otwarcia.

Źródła danych statystycznych:
1. Raport z badania Szkolna ława czy salka parafialna? Religia w szkołach – rzeczywistość a oczekiwania w opiniach licealistów, Łódź, styczeń 2010.
2. Zmiany w zakresie podstawowych wskaźników religijności Polaków po śmierci Jana Pawła II, CBOS, luty 2015
3. Młodzież 2013, Centrum Badania Opinii Publicznej, Krajowe Biuro ds. Przeciwdziałania Narkomanii, Warszawa 2014.
4. Globalne deklaracje wiary, praktyk religijnych i niewiary młodzieży polskiej. Studium socjologiczne na przykładzie badań w Kaliszu i w Poznaniu, Józef Baniak, „Humaniora. Czasopismo Internetowe”, nr 4/2013, ss. 13–27.
5. Rocznik statystyczny Kościoła katolickiego w Polsce 1991-2011 – wspólna publikacja ISKK i GUS, Warszawa 2014.


Świecka szkoła to historia
Po 1945 r. nadal obowiązywało przedwojenne ustawodawstwo szkolne, nauka religii odbywała się na mocy art. 120 konstytucji marcowej, który stanowił: „W każdym zakładzie naukowym, którego program obejmuje kształcenie młodzieży poniżej lat 18, (…) jest nauka religii dla wszystkich obowiązkowa”.

1950 r. – zawarte zostało porozumienie między przedstawicielami rządu i Episkopatu, w którym stwierdzono: „Rząd nie zamierza ograniczać obecnego stanu nauczania religii w szkołach”.

1961 r. – weszła w życie Ustawa o rozwoju systemu oświaty i wychowania, która nie mówiła wprost o likwidacji lekcji religii, jednak określiła zasadę świeckości szkoły. Na podstawie ustawy wydane zostało rozporządzenie, które nie przewidywało nauczania religii w szkołach publicznych.

1990 r. – premier Tadeusz Mazowiecki wprowadził religię do szkół na mocy instrukcji ministra edukacji (był nim prof. Henryk Samsonowicz), nie przeprowadzając tego projektu przez Sejm. Warto zwrócić uwagę na kontekst polityczny: Episkopat publicznie postawił żądanie, aby religia wróciła do szkół, zbliżały się wybory prezydenckie. Startujący bez poparcia Episkopatu Mazowiecki wybory przegrał. Rzecznik praw obywatelskich prof. Ewa Łętowska złożyła skargę do Trybunału Konstytucyjnego, zarzucając rządowi, że wprowadzenie religii do szkół narusza art. 1 i 3 konstytucji, Ustawę o rozwoju systemu oświaty i wychowania, Ustawę o gwarancjach wolności sumienia i wyznania oraz Kartę nauczyciela.

1991 r. – Trybunał Konstytucyjny oddalił skargę, uzasadniając, że rozdział Kościoła od państwa nie został naruszony, ponieważ Ministerstwo Edukacji Narodowej „udostępnia jedynie pomieszczenia szkół”, a „wypłacania wynagrodzenia nauczycielom religii nie można utożsamiać z dotowaniem lub subwencjonowaniem Kościołów”.

1992 r. – minister edukacji Andrzej Stelmachowski wydał rozporządzenie w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w szkołach, w którym m.in. określono, że szkoła ma obowiązek zorganizowania lekcji religii dla grupy nie mniejszej niż siedmiu uczniów, lekcje etyki są organizowane dla uczniów, których rodzice wyrażą takie życzenie, nauczyciel religii wchodzi w skład rady pedagogicznej szkoły i ma prawo organizować spotkania z rodzicami poza terminami wyznaczonymi przez szkołę, uczniowie zyskują trzy dni wolne od nauki w okresie rekolekcji, a opiekę ma im zapewnić katecheta, ocena z religii (lub etyki) wystawiana jest na świadectwie tuż po ocenie ze sprawowania. Rozporządzenie znów zaskarżył rzecznik praw obywatelskich, zwracając uwagę, że łamie ono m.in. regułę świeckości państwa, określoną w konstytucji. Trybunał Konstytucyjny oddalił skargę w całości.

1997 r. – nauczanie religii w szkołach zostało dopuszczone w nowej konstytucji. Art. 53 § 4 mówi: „Religia Kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób”.

2007 r. – na mocy rozporządzenia ministra edukacji narodowej od roku szkolnego 2007/2008 stopień z religii wliczany jest do średniej ocen ucznia: „Uczniowi, który uczęszczał na dodatkowe zajęcia edukacyjne lub religię albo etykę, do średniej ocen wlicza się także roczne oceny uzyskane z tych zajęć”.


Polacy o swojej religijności
* O spadku religijności w ostatnim 25-leciu przekonanych jest aż dwie trzecie dorosłych Polaków (67%). Jej wzrost dostrzega jedynie co 10. respondent (10%), a praktycznie tyle samo (11%) nie zauważa istotnych zmian w tym zakresie.
* Od końca lat 90. ponad 90% (od 92% do 97%) Polaków uważa się za wierzących, ale zaledwie co 10. badana osoba (w badaniach z ostatnich lat co 11.-12.) ocenia swoją wiarę jako głęboką. Wprawdzie odsetek osób zaliczających się do raczej lub całkowicie niewierzących pozostaje stosunkowo niewielki (od 3% do 8%), ale od 2005 r. ich liczba się podwoiła (z 4% do 8%). W tym samym czasie ubyło badanych, którzy określają się jako głęboko wierzący (z 12% do 8%).
* Słabnie poziom zaangażowania Polaków w praktyki religijne. O ile w latach 1997-2005 był on w miarę stabilny, o tyle po roku 2005 zmniejszył się odsetek respondentów praktykujących regularnie, przynajmniej raz w tygodniu (z 58% do 50%), przybyło zaś tych, którzy w ogóle nie biorą udziału w praktykach religijnych (z 9% do 13%). Więcej też osób praktykuje nieregularnie (wzrost z 33% do 37%).
* W ciągu ostatniego 10-lecia liczba ludzi chodzących do kościoła zmniejszyła się o 2 mln. Odsetek Polaków uczestniczących w niedzielnych mszach po raz pierwszy spadł poniżej 40%.


Młodzi a Kościół i moralność
* Osób niewierzących przybyło w najmłodszym pokoleniu (18-24 lata) – ich liczba wzrosła ponaddwukrotnie (z 6% do 15%), ubyło zaś wierzących (spadek z 86% do 77%). Wyraźnie (z 10% do 18%) wzrósł odsetek młodych osób nieuczestniczących w praktykach religijnych. Cotygodniowy lub częstszy udział w praktykach religijnych deklaruje 44% ankietowanych, praktykujący nieregularnie (kilka lub kilkanaście razy w roku) stanowią ok. 40%.
* Autorytet Kościoła w kwestiach moralnych uznaje ok. 30% młodzieży. Z praktykujących systematycznie jedynie 49%. Podstawowym arbitrem w sytuacjach wątpliwych moralnie jest sumienie.
* Współżycie seksualne w okresie narzeczeństwa akceptuje 68% młodzieży, zaledwie 8% uważa je za niedopuszczalne. Aż 77% uczniów szkół średnich uważa, że stosowanie środków antykoncepcyjnych nie jest moralnie naganne, a tylko 6% uważa to za niedopuszczalne.
* W ciągu 17 lat z 23% do 17% zmniejszył się odsetek przekonanych o tym, że „pierwsze kontakty seksualne młodzi ludzie powinni mieć dopiero po zawarciu małżeństwa”. Natomiast o 5% więcej młodzieży (obecnie 52%) uważa, że „seks nie wymaga ani miłości, ani małżeństwa, nawet przelotny związek może dostarczyć przyjemnych, pięknych przeżyć”.
* Z 64% w 1996 r. do 73% w 2013 r. wzrósł odsetek młodzieży zgadzającej się z opinią, że czymś zupełnie normalnym jest utrzymywanie przez kochających się ludzi kontaktów seksualnych, a ślub nie jest do tego konieczny.


Prywatyzacja wiary
Bardzo nasiliło się zjawisko określane jako prywatyzacja wiary religijnej. W latach 2005-2014 odsetek respondentów w swoim przekonaniu wierzących i stosujących się do wskazań Koś­cioła zmniejszył się z 66% do 39%. Natomiast znacząco przybyło tych, którzy twierdzą, że wierzą na swój własny sposób (52%, a było 32%). Są to osoby, które uważają się za katolików, ale z zasad wiary wybierają i akceptują te elementy, które im odpowiadają, odrzucając te, które im w jakiś sposób nie pasują.


Parafii więcej – powołań mniej
* Liczba parafii łacińskich zwiększyła się z 9089 w 1993 r. do 10 201 w 2012 r., liczba diecezji – z 27 do 44. Więcej jest biskupów (133 zamiast 106) oraz kardynałów (sześciu zamiast trzech).
* Pomiędzy rokiem 1990 a 2012 o 33% zwiększyła się liczba księży diecezjalnych oraz zakonnych, których w 2011 r. było ponad 30 tys. W 2012 r. średnia liczba wiernych przypadających na jednego księdza w parafiach rzymskokatolickich wynosiła 1084.
* Spadła natomiast liczba powołań w Polsce. W ostatnim 20-leciu liczba alumnów diecezjalnych i zakonnych zmalała z 8,5 tys. do 3,8 tys., co tylko częściowo może być tłumaczone zmianami demograficznymi.

Foto: Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 18/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Ewa
    Ewa 4 maja, 2016, 10:47

    Kościół jest najbogatszą instytucją w kraju i sam powinien płacić! I pojawia się pytanie: czy Polska jest państwem świeckim?

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Marta06
    Marta06 5 maja, 2016, 10:22

    Niektórzy stwierdzą, że to dobrze, że żyjemy w państwie katolickim, ponieważ chroni nas to przed zalewem islamu….. ale z drugiej strony, to chyba nie katolicyzm nas chroni, a zbyt niski social.

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. lrzysiek
    lrzysiek 10 maja, 2016, 05:55

    Teoria mija się z praktyką i młodzi ludzie wyczuwają fałsz – stąd miałkie efekty wychowawcze katechezy.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy