Afgańskie pola śmierci

Afgańskie pola śmierci

Armia brytyjska krwawi w zaciętych walkach z talibami

W Afganistanie toczą się najbardziej zacięte walki od czasu upadku reżimu talibów w końcu 2001 r. Amerykańska piechota morska i oddziały brytyjskie prowadzą od początku lipca wielką ofensywę w prowincji Helmand.
To rozległa kraina, bastion talibów oraz innych zbrojnych ugrupowań fundamentalistów islamskich. Pochodzi z niej 44% zbiorów afgańskiego maku opiumowego. Heroina z Afganistanu zalewa zachodni świat. Dzięki handlowi narkotykami talibowie zdobywają fundusze na walkę z „chrześcijańskimi krzyżowcami”.
Operacja w prowincji Helmand nazwana została „Pazur pantery”. Dowódcy sprzymierzonych ogłaszają sukcesy. Podobno na placu boju zabito ponad 200 czarnych turbanów.
Marines pozują do zdjęć przy amerykańskiej fladze powiewającej na zdobytej twierdzy rebeliantów. Dziennikarze porównują te fotografie do słynnego zdjęcia z wydartej po gorących bojach Japończykom wyspy Iwo Dżima. Ale triumfy są pozorne. Mając tylko lekką broń, talibowie unikają bitew w otwartym polu. Przyparci do muru bronią się zaciekle, umiejętnie atakują z zasadzek. Pewien brytyjski żołnierz, który znalazł się pod gradem kul dżihadystów, napisał do rodziny: „Teraz wiem, co przeżywali nasi ludzie w okopach I wojny światowej. Talibowie to cholerni tchórze. Walczą, chwilę później odkładają broń i twierdzą, że są spokojnymi wieśniakami”. Taka jest właśnie rzeczywistość wojny z partyzantami. Podczas ataków powietrznych i artyleryjskich na fortece czarnych turbanów ginie wielu cywilów. Wśród ofiar są kobiety i dzieci.
Także wojska ISAF, pod dowództwem Paktu Północnoatlantyckiego, ponoszą dotkliwe straty. Ulubioną bronią talibów są miny i bomby przydrożne. Rebelianci

zakładają pułapki bombowe

bardzo umiejętnie. Niekiedy składają się one z kilku ładunków wybuchowych, eksplodujących w różnych odstępach czasu.
W bieżącym roku życie w Afganistanie straciło ponad 200 żołnierzy sił koalicji. W całym 2008 r. – 294.
Zwłaszcza oddziały brytyjskie krwawią pod Hindukuszem. Od czasu rozpoczęcia interwencji w Afganistanie w 2001 r. w kraju tym zginęło 185 żołnierzy Zjednoczonego Królestwa, a więc więcej niż w Iraku (179 poległych). Wielka Brytania ma obecnie w Afganistanie 9150 żołnierzy.
Wśród poległych znalazł się dowódca batalionu Gwardii Walijskiej, ppłk Rupert Thorneloe, rozerwany przez ukrytą bombę 1 lipca. To najwyższy rangą brytyjski wojskowy, zabity w walce od czasu wojny falklandzkiej w 1982 r. Wielu zostało rannych – ponad 700 brytyjskich żołnierzy płci obojga odniosło bardzo ciężkie, „zmieniające jakość życia” obrażenia, takie jak utrata kończyn, wzroku, uszkodzenie mózgu.
10 lipca 2009 r. przeszedł do historii armii Zjednoczonego Królestwa jako czarny piątek. Tego dnia zginęło ośmiu Brytyjczyków, a 30 zostało rannych. Umierają zwłaszcza młodzi żołnierze walczącej na pierwszej linii Gwardii Walijskiej, prawie chłopcy, jak William Aldridge, który w maju skończył 18 lat. William poległ jak bohater. Ranny w wyniku wybuchu ukrytej bomby, usiłował przyjść z pomocą bardziej poszkodowanym kolegom. Towarzyszyli mu rówieśnik, szeregowiec Joseph Murphy, oraz 28-letni kapral Jonathan Horne. Nieoczekiwanie rozerwała się druga mina. Zginęli wszyscy trzej.
Hiobowe wieści z Afganistanu wstrząsnęły społeczeństwem brytyjskim. Opozycja gromko oskarża premiera Gordona Browna, że

oszczędzał na siłach zbrojnych,

wysłał na niebezpieczną wojnę zbyt nieliczne siły, a ponadto nie przydzielił żołnierzom odpowiedniego sprzętu, dlatego śmierć zbiera wśród nich tak straszne żniwo. Fakty są nieubłagane – w ciągu ostatnich trzech lat rząd w Londynie podwoił liczbę helikopterów wojskowych – z 10 do 20. Dla porównania Stany Zjednoczone mają w Afganistanie 120 śmigłowców. Doszło do tego, że naczelny dowódca armii brytyjskiej, gen. Richard Dannatt, musiał korzystać tam z amerykańskiego helikoptera, ponieważ nie było wolnego brytyjskiego. Brak śmigłowców oznacza, że większość operacji prowadzona jest na lądzie, tam, gdzie żołnierze narażeni są na ataki i zasadzki.
Rząd Browna przyrzekł, że przyśle nowe helikoptery Merlin, ale stanie się to dopiero w końcu bieżącego roku. Do tego czasu wielu brytyjskich wojskowych powróci do ojczyzny w trumnach – ostrzegają komentatorzy.
Armia ma także kłopoty z pojazdami bojowymi. Transportery Snatch Land Rover mają słabe opancerzenie, wybuchy min zamieniają je w stosy dymiącego złomu. Solidne mastiffy, bardzo lubiane przez żołnierzy, są zbyt masywne na afgańskie bezdroża. Ministerstwo Obrony zamówiło 262 pojazdy nowego typu, Husky, komentatorzy zwrócili jednak uwagę, że te transportery zostały odrzucone przez US Army jako mało odporne na wybuchy. Zdaniem co bardziej pesymistycznych ekspertów, z powodu takiego zawodnego sprzętu w Afganistanie może zginąć co dziesiąty brytyjski żołnierz.
Liberalny demokrata Paddy Ashdown stwierdził, że operacja w Afganistanie od początku prowadzona była na zbyt małą skalę. Podczas misji w Bośni Wielka Brytania miała w stosunku do liczby ludności kraju 25 razy więcej żołnierzy. Przywódca opozycyjnej Partii Konserwatywnej David Cameron uznał za skandal fakt, że żołnierze w Afganistanie nie otrzymali dostatecznych środków do prowadzenia wojny. Ale także politycy opozycyjni zdają sobie sprawę, że Zjednoczone Królestwo nie ma zasobów, aby zwiększyć wydatki na wojsko. Dlatego Cameron domaga się, aby Londyn wywierał jak największe naciski na państwa NATO, dysponujące helikopterami. W Europie pełno jest śmigłowców wojskowych, które powinny znaleźć się w Afganistanie – twierdzi lider torysów.
W odpowiedzi na głosy krytyki premier Gordon Brown zapowiedział, że przyśle do prowincji Helmand 150 żołnierzy z Cypru. Generałowie oczekiwali wsparcia w sile 2 tys. ludzi.
Premier i jego ministrowie podkreślają, że misja w Afganistanie jest wprawdzie

niebezpieczna, ale konieczna.

Jeśli talibowie zwyciężą, kraj ten znów stanie się wylęgarnią terrorystów. Żołnierze Zjednoczonego Królestwa, narażający tam życie, walczą o to, aby zamachowcy Al Kaidy nie dotarli do Londynu.
Po dotkliwych stratach poniesionych w lipcu patriotyczni Brytyjczycy demonstracyjnie okazują poparcie dla sił zbrojnych. Tylko 41% społeczeństwa opowiada się za wycofaniem z Afganistanu. Coraz częściej jednak stawiane są pytania o sens tej wojny, prowadzonej od siedmiu lat, w której trwałych sukcesów ani końca nie widać. Nie udało się odbudować gospodarczo Afganistanu, stworzyć w tym podzielonym etnicznie kraju funkcjonujących struktur administracji czy też sił bezpieczeństwa. Władza prezydenta Hamida Karzaja jest słaba, jego urzędnicy uchodzą za skorumpowanych, 135-tysięczna rządowa armia afgańska często służy interesom różnych panów wojny, sprawujących niemal suwerenną władzę nad poszczególnymi regionami kraju. Znamienne, że w operacji w prowincji Helmand bierze udział zaledwie 650 afgańskich żołnierzy, a przecież amerykańscy i brytyjscy generałowie podkreślają, że bez wsparcia afgańskich sił zbrojnych, które zabezpieczą odbite z rąk talibów tereny, nie ma co marzyć o trwałym zwycięstwie. „To bezsensowne szaleństwo w Afganistanie musi zostać zatrzymane. Nasi żołnierze umierają w fałszywej, beznadziejnej wojnie”, napisał komentator dziennika „The Guardian”, Peter Preston.
Talibowie oskarżani są o to, że udzielili gościny Osamie bin Ladenowi i Al Kaidzie, dlatego możliwe stały się zamachy na Nowy Jork i Waszyngton z 11 września 2001 r. Ale przywódcy czarnych turbanów o tych złowrogich planach Osamy zapewne nie wiedzieli, zresztą obecnie Al Kaida działa globalnie. Dżihadyści skrzykują się w Somalii, Sudanie, Jemenie, Indonezji, Algierii. Czy to powód, aby najeżdżać i niszczyć te kraje?
Z militarnego punktu widzenia wojna pod Hindukuszem jest nie do wygrania. Talibowie, wywodzący się przeważnie z ludu Pasztunów, zawsze mogą schronić się na pogranicznych terenach Pakistanu, gdzie również żyją Pasztunowie. Rekrutów z Pakistanu im nie zabraknie. Wiele wskazuje na to, że talibów wspierają potajemnie niektóre ośrodki pakistańskiej armii i wywiadu ISI, które wcześniej wykreowały talibów przeciwko radzieckim wojskom okupacyjnym w Afganistanie, a obecnie widzą w nich potencjalnego sojusznika przeciwko Indiom. Zamiast wybijać talibów, którzy przecież przeważnie są Afgańczykami, Londyn i Waszyngton powinny raczej przekonać Indie i Pakistan, aby przestały traktować się jak wrogowie. Pozbawieni pomocy swych pakistańskich sojuszników talibowie byliby skazani na izolację i klęskę.
Podkreślić wypada, że nawet gdyby siły ISAF wycofały się z Afganistanu, talibowie, czyli Pasztunowie, nigdy nie opanowaliby całego kraju, którego społeczeństwo składa się z pięciu wielkich grup etnicznych. Pasztunowie nie mogą liczyć na przyjazne przyjęcie ze strony pozostałych ludów.
Czy zamiast walczyć z Afgańczykami, państwa zachodnie nie powinny im pozwolić, aby żyli, jak chcą, i załatwiali swe konflikty w brutalny, lecz tradycyjny sposób?
Na razie wszakże wycofanie się ISAF nie jest rozpatrywane. Brytyjczycy, podobnie jak inne państwa mające wojska w Afganistanie, odgrywają w tym konflikcie drugorzędną rolę. To Stany Zjednoczone utrzymują pod Hindukuszem 60 tys. żołnierzy, do końca tego roku będzie ich 70 tys. Sprzętu i pieniędzy armia USA ma pod dostatkiem. Na razie prezydent Obama zamierza rozwiązać problem afgański za pomocą bomb, rakiet i piechoty morskiej.

__________________________

Dżihadysta i Aston Villa

Wiele wskazuje na to, że brytyjscy żołnierze w Afganistanie muszą walczyć z własnymi rodakami, urodzonymi lub wychowanymi w Zjednoczonym Królestwie muzułmanami, którzy przybyli pod Hindukusz, aby przyłączyć się do świętej wojny. Niektórzy talibowie, nadający komunikaty przez radio, mówią z akcentem z Birmingham i Manchesteru. Na zwłokach pewnego poległego mudżahedina znajdował się tatuaż – godło angielskiego klubu piłkarskiego Aston Villa.

Wydanie: 29/2009

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy