Ależ się rozgadałem

Ależ się rozgadałem

Zbigniew Wodecki zawsze wracał do Krakowa, jednej wielkiej kawiarni, gdzie się gada i plotkuje

Trudno pisać o Zbigniewie Wodeckim w czasie przeszłym. Jest w jakiś oczywisty sposób obecny muzyką, słowem pełnym dystansu do siebie i świata, uśmiechem i zawadiackim mrugnięciem zza okularów. I tym pełnym elegancji gestem przeczesywania palcami włosów. Dziwne, że nigdy nie otrzymał, do czego publicznie prowokował producentów, kontraktu na reklamę szamponu. Nie tylko jego ciepły, kojący baryton o sporych możliwościach go wyróżniał, ale także te jedyne, z wiekiem wciąż świetne, niesforne włosy.

Skrzypce, trąbka, fortepian, głos – cztery wspaniale opanowane instrumenty. Znakomicie wykształcony krakowski muzyk (dyplom z wyróżnieniem u słynnego Webera, czyli w klasie skrzypiec prof. Juliusza Webera w PSM drugiego stopnia w Krakowie; pierwsze skrzypce orkiestry symfonicznej Polskiego Radia w Krakowie; Krakowska Orkiestra Kameralna) chyba do końca miał dylemat, który instrument jest ważniejszy, na którym powinien najwięcej ćwiczyć. Ten niedosyt codziennej regularnej pracy z instrumentem Zbigniew Wodecki przywoływał często w rozmowach, towarzyszyło mu rozdarcie między muzyką klasyczną a rozrywkową. Przyznawał się do pewnego lenistwa, na które pozwalały mu talent i łatwość grania, śpiewania, pomimo ustawicznej tremy. A ta od czasów szkoły muzycznej paraliżowała go przed występami, zwłaszcza w szkole, jako sześciolatka „w białych skarpetkach” stającego ze skrzypcami przed poważną komisją.

Ktoś go chciał

Właściwie niezmienny wizerunek: szczupły, czarna marynarka, czarna albo biała koszula, gęste, dość długie włosy (Ewa Bem, wspominając fryzurę swojego przyjaciela, używa rzadko dziś stosowanej nazwy – plereza). Żadnych ekstrawagancji scenicznych poza łatwością w przechodzeniu od fortepianu do skrzypiec, trąbki, śpiewania i żartowania w międzyczasie. Przeważnie bez krawata. W latach wcześniejszych miał wielkiego formatu muchy i przyciemniane okulary, ale taki był sznyt lat 70. i wczesnych 80. Zresztą ciemne okulary, à la inny Zbigniew, Cybulski, Wodecki nosił jako nastolatek i początkujący muzyk pod koniec lat 60. To Cybulskiego się naśladowało, chodziło się w elastycznym golfie i skórzanej marynarce i tak również nosił się zdolny 16-latek wciągnięty na sesje nagraniowe do radia, krakowskiej telewizji na Krzemionkach, do Piwnicy pod Baranami, występów z Ewą Demarczyk, Markiem Grechutą i zespołem Anawa.

– Miałem umiejętność improwizowania, dlatego mnie zapraszano, nagrywałem z kolegami starszymi, naszymi profesorami. To mnie mobilizowało do ćwiczenia, bo już ktoś mnie chciał – wspominał w radiowej Dwójce.

Wtedy wyrzucono go z liceum muzycznego. Próbowali z kumplami w sali perkusyjnej, palili sporty. Ktoś wyrzucił z sali mapy, oskarżono Wodeckiego i kolegów. – Łobuzem byłem, ale to nie byliśmy my i nie przyznaliśmy się – zapewniał w rozmowie z Tomaszem Raczkiem. Mieli powtarzać rok albo opuścić szkołę. Potem był wspomniany Weber.

Okulary z okładki pierwszej płyty wydanej w 1976 r. kupił sobie we Włoszech podczas tournée za odkładane 2 dol. dziennej diety, opowiadał o tym w radiowej Trójce. – Nazwałem płytę „Zbigniew Wodecki”, bo skoro chciałem być znany i popularny, to przecież publiczność musiała wiedzieć, jak się nazywam.

Nie pozostawił wielu płyt i kompozycji jak na niemal pół wieku pracy, ale te sztandarowe, ukochane, jak „Zacznij od Bacha”, „Izolda”, „Z tobą chcę oglądać świat”, wreszcie wypady w innych kierunkach – „Chałupy Welcome to” i „Pszczółka Maja”, a teraz powrót z Mitch & Mitch z utworami sprzed 30 lat, wystarczają, by go pamiętać i wciąż nucić.

Ślązak, Góral, krakus

Wspomnienie o Zbigniewie Wodeckim, i to jest uczucie wspólne wielu ludziom, wypełnia uśmiech. Temu żywotnemu, energicznemu artyście ze śmiercią nie było do twarzy. Z krakowskim akcentem, bo pozwalał sobie na to w ostatnich latach chętnie, podkreślając przynależność i miłość do Krakowa, opowiadał Tomaszowi Raczkowi, że „ma już swój domek na Cmentarzu Rakowickim” i że chyba sam nagra trąbkę na swój pogrzeb, bo tak „będzie taniej”. Motyw „taniej”, „pierwszy raz zaśpiewałem za darmo, to się już więcej nie powtórzy”, pojawiał się w show telewizyjnych, wywiadach często półżartem, krakowski centuś wielkiego formatu i tym okazywał dystans do siebie. Bo to, że lubił sobie popalić cudzesy, także przynależało do „pana Zbyszka”, podobnie jak to, że z radością oddał jedną ze swoich trąbek na Trójkową licytację Kuby Strzyczkowskiego, sprzedaną tam za 15 tys. zł. Obiecał Strzyczkowskiemu kolejny instrument w 2017 r.
Syn Ślązaka Josefa Wodetzkiego, urodzonego w Niemczech, syna górnika, nastoletniego muzyka i uciekiniera do polskich ułanów, potem pierwszego trębacza Krakowskiej Orkiestry Polskiego Radia, wiedział, co to dyscyplina. Przyznawał, że od ojca „dostawał w łeb”, pewnie inaczej by nie ćwiczył. Matka, piękny sopran koloraturowy, z powodu pomysłów syna tylko płakała: wygrzebywał skądś granaty, łaził kanałami, które prowadziły z „mogilskiego” do rynku. Bo swoje dzieciństwo uważał Zbigniew Wodecki za cudowne! Tego Krakowa sprzed 60 lat oczywiście już nie ma.

– Miałem rewelacyjne dzieciństwo, mieszkałem przy lotnisku; były ogrody, kamionka, na pasach startowych lotniska robiło się wyścigi motocyklowe. Obciążaliśmy z kolegą junaka, ciężki motor, bo każdy z nas ważył ze 20 kilo, a to był taki nasz harley, i jechaliśmy! Miejsca moje są zabudowane… Nie ma ludzi – nie ma miejsca, kamienie tego nie tworzą… – wspominał w radiowej Dwójce.
Poza tym dzieciństwo spędzał w Filharmonii Krakowskiej, gdzie jadał, przesiadywał, pewnie nieraz przysypiał, kiedy ojciec próbował. Razem z rodzeństwem bywał też w Godowie, skąd pochodziła rodzina ojca, to okolice Wodzisławia Śląskiego. Pięć lat temu przyznano Wodeckiemu tytuł Honorowego Obywatela Godowa. – Moja siostra, tutaj urodzona, aż się popłakała – mówił wówczas artysta na ziemi, „która wykarmiła jego rodzinę”. Znalazł się jako honorowy obywatel w świetnym towarzystwie Franciszka Pieczki i Mariana Dziędziela.

Na koniec całkiem sam

Zwierzał się często, że jest leniem i nie chce mu się jeździć po Polsce, z drugiej strony na pytanie, kiedy Wodecki śpi, mówiło się, że „na czerwonych światłach”. Pracowity podróżnik, zasypiający przy telewizorze. – Żałuję, że nie mam takiej mapy ze szpileczkami, gdzie byłem, bo dojeżdżam i myślę: nareszcie, tu jeszcze nie byłem, a słyszę: ooo, witamy ponownie!

Jest też anegdota, że jeśli się nie wiedziało, jak gdzieś dojechać, wystarczyło zadzwonić do Wodeckiego: „Skręć w Żuchowie na Białystok, za apteką w prawo…”. – Nie wytrzymam długo w jednym miejscu, brakuje mi roboty, ćwiczeń, wyrzut sumienia mnie cały czas dręczy – mawiał.

– Im więcej widziałem, tym bardziej lubię Kraków, mogłem zostać na świecie, miałem piękne propozycje. To taka szopko-kawiarnia, z tego Krakowa nie można wyjechać – stwierdzał jednocześnie. I wyznawał, że tym minutom na scenie podporządkowuje się wszystko, potem zostaje się całkiem samemu.

A przecież nie był typem kumpla, raczej romantycznego amanta. Jednak na tyle bliskiego, dotykalnego, żartującego, że tysiące wpisów w sieci żegnało Zbyszka, Zbiga, pana Zbigniewa, dziękowało mu za obecność poprzez muzykę na ślubach, urodzinach, za towarzyszenie w codzienności, za wzruszenia, choć autorzy nigdy go na żywo nie spotkali. Może i dlatego czuli taką więź, że Wodecki jako dziecko coś sobie obiecał: że jak będzie sławny, to nikomu nie odmówi autografu, jak kiedyś Andrzej Łapicki małej dziewczynce, bo właśnie jadł zupę, czego mały Zbyszek był świadkiem. Dziewczynka zapłakała. Oczywiście Wodecki czasem odmówił, ale starał się być dostępny. Jak dla offowych filmowców – śmiał się, że dostał „pierwszą rolę mówioną” („Jan z drzewa”, 2008). Między ujęciami i ćwiczeniami na skrzypcach mieszał nam bigos, potem zjadł go z ekipą w ogrodzie. I za free zaśpiewał piosenkę do filmowego teledysku, wygrał piękną solówkę na trąbce i podarował nam, młodszym ludziom, wykonanie piosenki „Miłości jak snu”, nagranej w Radiu Kraków. My tylko poczęstowaliśmy pana Wodeckiego fajkami. Nie zapomnimy również szczoteczki i pasty do zębów schowanych w etui trąbki, bo z niewielu rzeczy przy sobie też był znany Zbigniew Wodecki.

A jakie było pytanie?

Czasem mówił, ile stracił normalnego czasu od 16. roku życia, tego na dzieci, rozmowy, kolegów… A innym razem: – Ciężka robota takiego gościa jak ja, od szóstego roku stawanie przed komisją, granie tego Paganiniego, cwaniaczka, co tam sobie wymyślił…
Niedawno mówił o Mitch & Mitch: – Chłopaki mają formę, mnie się ta forma kończy. Chłopaki się bawią, ja się strasznie denerwuję, żeby wszystko dobrze wypadło… I ta trema trwa 40, 50 lat. Ja zapomniałem o tym luzie, zabawie, robiąc tę cholerną karierę… Te chłopaki mnie nauczyli zabawy.

Ale też, że „bez bólu nie ma przyjemności”. A często podczas wywiadów zagawędził się, popędził opowieściami w różne strony, po czym grzecznie mówił: – Ależ się rozgadałem, a jakie było pytanie?

Wydanie: 22/2017

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy