Lekarz, który przywraca słuch

Lekarz, który przywraca słuch

U mnie nie ma takiej sytuacji, że coś jest niemożliwe. Jest tylko pytanie, jak to zrobić

Prof. Henryk Skarżyński – dyrektor Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu, Światowego Centrum Słuchu

Gratuluję musicalu „Przerwana cisza”, do którego napisał pan libretto, a który dopiero co był wystawiany w Basenie Artystycznym Warszawskiej Opery Kameralnej. Kiedy narodził się w panu artysta?
– Pierwszą sztukę napisałem w liceum. Przymierzaliśmy się, aby ją zagrać, ale treść była kontrowersyjna, bo dotyczyła koleżanki, która zaszła w ciążę. W IV klasie stworzyliśmy zespół, z którym mieliśmy wystąpić na studniówce, jednak skończyło się na tym, że zrobiliśmy gitary, bo na resztę zabrakło czasu.

Potrafi pan zrobić gitarę?
– Kupiłem po prostu schemat robienia gitary i postępując zgodnie z instrukcją, poradziłem sobie. Potem podłączyłem ją do radia Tesla, które miało również gramofon. Radio służyło za wzmacniacz i już można było na niej grać.

Co było dalej? Nie chciał pan zostać muzykiem i poetą?
– Niestety, przyszła proza studiów na medycynie. Bo postanowiłem zostać lekarzem. Na inne zainteresowania już nie miałem czasu. Trochę działałem w klubie Medyk, gdzie organizowaliśmy spotkania poświęcone np. Krzysztofowi Komedzie, „Muzyka pozostała”. Wtedy dowiedziałem się, że był on także otolaryngologiem. A do zainteresowań artystycznych wróciłem dopiero po latach – dzięki implantowanym pacjentom. Miała w tym ogromny udział Małgosia Strycharz-Dudziak – jedna z pierwszych pacjentek, piękna dziewczynka, która wcześniej chodziła do szkoły muzycznej i nagle ogłuchła. Po operacji odzyskała słuch i kiedy w 1994 r. organizowaliśmy drugą międzynarodową konferencję poświęconą implantom ślimakowym w leczeniu głuchoty, Małgosia ją otwierała, grając na fortepianie utwory Chopina.

Niesamowite!
– Tak, cała sala płakała ze wzruszenia, łącznie ze mną i ówczesnym ministrem zdrowia prof. Jackiem Żochowskim. Napisałem dla Małgosi wiersz „Zaczarowany fortepian”, który przedstawia jej losy i został wykorzystany w musicalu „Przerwana cisza”. Muszę powiedzieć, że gdy zobaczyłem to na scenie, znowu się wzruszyłem, bo stanęła mi przed oczami tamta mała Małgosia…

…która dalej gra?
– Tak, została laureatką międzynarodowego festiwalu muzycznego Ślimakowe Rytmy, a także festiwali muzycznych w Europie. A potem poszła na studia, została lekarzem, następnie pracownikiem naukowym. Jest doktorem nauk medycznych na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie. Ale podtrzymuje zainteresowania muzyczne, zagrała ostatnio z Januszem Olejniczakiem na cztery ręce w czwartej edycji Ślimakowych Rytmów.

To festiwal dla osób, które odzyskały słuch dzięki operacji wszczepienia implantu ślimakowego.
– W tych koncertach, organizowanych w Warszawie, biorą udział dzieci, młodzież i dorośli ze wszystkich kontynentów, grają na wszystkich instrumentach – muzykę ludową i klasyczną, a także śpiewają. Po pierwszym finale w 2015 r. byłem tak wzruszony, że zacząłem pisać scenariusz do filmu. Dziś jest już gotowy.

O czym będzie ten film?
– Będzie pokazywał działalność Światowego Centrum Słuchu w Kajetanach, moje operacje w różnych miejscach na świecie, pracę kolegów naukowców z innych krajów oraz życie i kariery zawodowe i artystyczne moich pacjentów. Chodziło mi o pokazanie, że problem głuchoty występuje pod każdą szerokością geograficzną. Fabuła opiera się na prawdziwych życiorysach.

Dopiero widzieliśmy musical, a pan ma już w zanadrzu film?
– Ten scenariusz napisałem wcześniej, ale jeden z autorytetów w dziedzinie kultury zapytał, czy widziałbym możliwość pokazania osiągnięć naszego instytutu w związku ze 100-leciem niepodległości Polski. Opowiedziałem wtedy o filmie. A on na to, że „tego się szybko nie da zrobić”. Wtedy pomyślałem, że można zrobić musical, bo już napisałem do niego wiersze. Wystarczy skomponować muzykę.

Wiersze?
– Piszę je od lat. Dla pacjentów i nie tylko. Natomiast muzycznie z pomocą przyszedł mi prof. Krzesimir Dębski, z którym wcześniej współpracowałem przy Ślimakowych Rytmach. Ale miałem kłopot ze znalezieniem reżysera, ponieważ postawiłem warunek, że w spektaklu będą grali moi pacjenci. Mówiono mi, że pacjenta można zagrać i lepiej to zrobią profesjonalni aktorzy. W końcu porozumiałem się z Michałem Znanieckim, który zgodził się na takie warunki, ale po otwartych castingach, z równymi prawami dla wszystkich. Wtedy już rozmawialiśmy na terenie Warszawskiej Opery Kameralnej, której dyrekcja zaufała nam, że to będzie światowy przebój – i jest.

Dlaczego panu tak bardzo na tym zależało?
– Bo takie osoby wniosły ducha autentyczności do musicalu. Poza tym mogły rozwinąć się artystycznie i być przykładem dla innych pacjentów, którzy – zwłaszcza z częściową głuchotą – zwlekają z podjęciem decyzji o operacji. Wielu moich pacjentów ma zainteresowania muzyczne i czeka na występ w kolejnych edycjach Ślimakowych Rytmów. Chciałem wszystkim, głównie dzieciakom, dodać skrzydeł.

Jak pan godzi to wszystko, te różne rodzaje działalności?
– Lubię pracę, lubię być aktywny. Im więcej mam zajęć, tym lepiej są poukładane. Jednocześnie jedna praca jest odpoczynkiem od drugiej. Kiedyś siedziałem na bloku operacyjnym codziennie, od rana do nocy, wykonując po kilkadziesiąt operacji, bo odbywały się na kilku salach równocześnie, byłem jedynym operatorem. Wtedy też sprawy organizacyjne, bo Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu dopiero powstawał, dawały mi oddech. Z kolei operacje dawały odpoczynek od pracy związanej z organizowaniem ośrodka.

Pisze pan poezję w chwilach wolnych.
– Piszę wiersze na różne okazje. Także wszystkie święta zawsze są opatrzone moim komentarzem w postaci wiersza, adresowanego do współpracowników, w którym przemycam uwagi, pochwały, oceny sytuacji. I wiem, że oni na to czekają.

Jest pan oryginalnym dyrektorem.
– Wie pani, że tutaj, w instytucie, nie funkcjonuje takie pojęcie jak dyrektor Skarżyński.

Jak to?
– Jestem od 25 lat profesorem tytularnym. I takiego wszyscy mnie znają. Nikt nie musi do mnie mówić panie dyrektorze, bo i po co. Gdyby tym instytutem kierował tylko dyrektor, naszego Światowego Centrum Słuchu by nie było. Kiedy wykonałem pierwszą operację, mogłem usiąść w fotelu i cieszyć się, że ją zrobiłem, a kiedy przeprowadziłem ich 10, to mogłem usiąść głębiej. A gdy dokonałem pewnego przełomu w światowej medycynie, to już zupełnie nie musiałbym nic robić.

Ciężko i uparcie pracuje pan na swoje sukcesy. Ale też mówi o nich głośno, zwołuje konferencje, aby opowiedzieć o dalszych planach.
– A można inaczej? Przecież to świadczy o tym, że wierzymy w to, co robimy. Pamiętam, jak na pewnej międzynarodowej konferencji powiedziałem, że rozbudowany instytut przyjmie nazwę Światowego Centrum Słuchu. Nikt nie powiedział, że jestem idiotą, ale potraktowano te słowa z przymrużeniem oka. A po dwóch latach, kiedy wybudowaliśmy już główną część centrum i te same osoby przyjechały na otwarcie, już nie musiałem tłumaczyć tej nazwy. Pokazaliśmy, że za tym stoją wykonane po raz pierwszy w świecie operacje. Od 12 lat można je oglądać na żywo podczas specjalnych międzynarodowych warsztatów. W tym czasie przez Kajetany przewinęło się ponad 5 tys. naukowców z całego świata. Gdy zainicjowaliśmy powstanie światowej sieci ośrodków doskonałości na wszystkich kontynentach, przeprowadziliśmy pilotażowe badania przesiewowe pod kątem wczesnego wykrywania wad słuchu u dzieci w ponad 20 krajach Europy, Azji, Afryki i Ameryki Południowej, pokazaliśmy pierwszą w świecie krajową, a następnie międzynarodową sieć telemedyczną i dostaliśmy główne nagrody w Europie i Stanach Zjednoczonych, to już nic nie musiałem dodawać. Staram się również dzielić radością z innymi. Dbam, by zarażać tą radością, cierpliwością i sumiennością współpracowników. Jestem realnym optymistą. Można o mnie też powiedzieć marzyciel.

Co się za tym kryje?
– Ciągle nad czymś rozmyślam, chcę coś nowego tworzyć, działać, zmieniać świat. Nie chcę żałować niewykorzystanych szans.

Przykładem jest Kongres Zdrowie Polaków 2019, który zorganizował pan w Centrum Nauki Kopernik. Spotkały się na nim autorytety medyczne – kilkuset profesorów, szefów instytutów naukowych, konsultantów krajowych i wojewódzkich, a także ministrowie zdrowia lub członkowie kolejnych kierownictw resortu z ostatnich 30 lat.
– Miałem dosyć słuchania, jak jest źle w służbie zdrowia. Dlatego poprosiłem przyjaciół, kolegów naukowców i innych znakomitych ekspertów z zakresu medycyny i nie tylko, abyśmy się spotkali poza polityką i podyskutowali o zdrowiu. Bo to nasz wspólny kapitał. Nikt nie może być obojętny, a my, lekarze, musimy pokazać, że szanujemy siebie, swoją pracę i nie jest nam obojętny los żadnego człowieka w kraju. Dlatego zademonstrowaliśmy dokonania na poziomie krajowym, europejskim i światowym, przedstawiliśmy też swoje problemy, dylematy i rekomendacje, co można zrobić, by nam wszystkim żyło się lepiej.

Łatwo było coś takiego zorganizować?
– Słyszałem, że to się nie uda, bo eksperci są zajęci i nie zbiorą się w jednym czasie. Okazało się, że się zebrali. Przyszli również ministrowie zdrowia. Dali tym samym dowód, że można się spotkać i spokojnie porozmawiać, zamiast ciągle się oskarżać. Mało tego – każdy mógł powiedzieć, że się starał, że dbał i ma określone osiągnięcia. Gdyby nie podjęto w różnych latach pewnych decyzji, bylibyśmy dziś w znacznie mniej komfortowym położeniu.

Co się udało na kongresie?
– Udało się pokazać wiele nieznanych szerzej osiągnięć, uzyskanych niekiedy w bardzo skromnych warunkach, ale przez ludzi oddanych, podchodzących z wielką pasją do naszego zawodu. Zobaczyliśmy, że stać nas na robienie wielkich rzeczy, na realizację fantastycznych programów profilaktycznych, edukacyjnych i klinicznych. Uświadomienie sobie tego daje mi siłę, by odpierać zarzuty, że „wszędzie jest źle”, bo wtedy będę mógł pokazać kilkanaście osób czy ośrodków, którym się udało. Już na kongresie mi dziękowano, mówiąc: „Uzmysłowiłeś nam, że od nas wiele zależy”. Nie należy się posługiwać określeniami „to jest chore” – służba zdrowia czy całe państwo. Coś może być i pewnie czasem jest chore, ale nie mówmy tak o wszystkim. Jak czują się ci, którzy muszą się leczyć, jakie mogą mieć nadzieje, że im pomożemy, czy mogą nam ufać? Prosiłem uczestników kongresu, aby zaczynali wypowiedzi od pozytywnych wydarzeń, od opowiedzenia o tym, co im wyszło. A dopiero potem mówili o tym, co trzeba naprawiać. Na otwarciu powiedziałem, że w okresie międzywojennym tworzyliśmy podstawy medycyny klinicznej, bo jej nie było, mieliśmy resztki szpitali po jednym czy drugim zaborcy. Ale w okresie powojennym stworzyliśmy podstawy, wzorcowej na ówczesne czasy, opieki nad matką i dzieckiem, co zadecydowało o radykalnym spadku śmiertelności noworodków. Nie od nas, obecnych tu i teraz, wszystko się zaczęło i nie 30 lat temu, ale dużo wcześniej. Jeśli więc docenimy dokonania poprzedników i wyciągniemy wnioski, mamy realną szansę zbudować lepszą przyszłość społeczeństwa.

Lubi pan zarażać optymizmem i mobilizować do działania. Wcześniej przeprowadził pan akcję „Po pierwsze zdrowie”, w ramach której społecznie badaliście słuch dzieciakom.
– Pomogło w tym „Lato z radiem”, na którego antenie o tym się mówiło. Dla mojego zespołu była to także nieprawdopodobna edukacja, jak rozmawiać z ludźmi. Potem zaproponowaliśmy tę akcję innym specjalistom. To była całkowicie społeczna aktywność – poświęcaliśmy na te badania weekendy w kolejnych letnich miesiącach i cieszyliśmy się tym. Bo dzięki temu odbudowywaliśmy zaufanie do lekarzy, pielęgniarek, techników i innych pracowników służby zdrowia. Wyjście do ludzi ze swoich gabinetów uważam za jeden z większych sukcesów.

Dla pana chcieć to móc.
– U mnie nie ma takiej sytuacji, że coś jest niemożliwe. Jest tylko pytanie, jak to zrobić. Zawsze jestem przekonany, że to można zrobić. W młodzieńczych latach codziennie potrafiłem przeczytać książkę. Jak siadałem do lektury, musiałem ją skończyć. W marzeniach, które realizuję, prawdopodobnie odtwarzam różne sytuacje z przeczytanych lektur, korzystam z tych doświadczeń.

A zainteresowania historią?
– Historia była moją pierwszą miłością. Trylogię przeczytałem w pierwsze wakacje w szkole podstawowej, bo siostry nauczyły mnie pisać i czytać przed pójściem do szkoły. A zajęcia z historii to była dla mnie zawsze uczta. Nie chodziło o datę jakiejś bitwy, ale zawsze wiedziałem, ilu żołnierzy brało udział w danej potyczce czy batalii, jak były rozmieszczone wojska, kto dowodził, jak akcja się toczyła.

To też pomaga w sprawach organizacyjnych?
– Wszyscy byli przekonani, że pójdę na historię. A ja tę pasję wykorzystuję do śledzenia historii medycyny, wyciągania wniosków z zachodzących procesów i dokumentowania m.in. działalności ośrodka. Mam dwutomową monografię, gdzie są wycinki sprzed 25-29 lat z gazet, które o nas pisały, a których już nie ma. Mam ogromny szacunek dla dokonań poprzednich pokoleń i wiarę, że następcy będą lepsi niż my teraz. Przykładam wielką wagę do analizy i ciągłości zdarzeń. Wtedy łatwiej widzieć i osiągnąć sukces.

Jakie więc marzenia panu się spełniły?
– Przed 30 laty ten instytut budowaliśmy od podstaw. Kiedy poszedłem do pewnego ministra i powiedziałem, że chciałbym, aby mi pomógł w zorganizowaniu Instytutu Słuchu, prawie zostałem wyśmiany przez jednego z dyrektorów, który nazwał to chorym pomysłem, dodając: „Jak to, Instytut Ucha? Przecież jutro może ktoś przyjść i powiedzieć, że chce powołać Instytut Kciuka”. Czy to mnie zraziło? Nie. Pomyślałem, że jeśli nie ma takiej woli, to spróbujmy działania etapowego.

Nie odpuścił pan.
– Po roku od pierwszej operacji wszczepienia implantu osobie głuchej w Polsce i przywrócenia pacjenta do świata dźwięku otworzyliśmy Cochlear Center – takie centrum implantów. Otwierała je premier Hanna Suchocka z gronem ministrów. A był to mały ośrodek, o powierzchni nieco ponad 500 m kw., ale był wtedy drugim tego typu ośrodkiem w Europie. Pani premier powiedziała, że chciałaby kiedyś otworzyć coś większego. I po 20 latach zaprosiliśmy ją – a była już ambasadorem RP w Watykanie – by z innymi premierami i ministrami zobaczyła Światowe Centrum Słuchu w Kajetanach.

Nie wszyscy cieszyli się pana sukcesami. W 2014 r. wytoczono ciężką artylerię, zarzucając panu nieprawidłowości w działaniu Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. Skąd to się wzięło?
– Prawdy najpewniej nigdy nie poznamy. Możemy się domyślać. Może spodobaliśmy się komuś, kto stwierdził, że niezadłużony instytut to doskonałe miejsce, aby je przejąć i zatrudnić w nim 50 znajomych. Albo chodziło o mnie – personalnie. To była przedziwna kontrola, która nie udowodniła żadnych istotnych nieprawidłowości. Przeżyłem wtedy szok. Mój zastępca nie pojechał do przeszło 90-letniej mamy, bo inspektor dał mu czas na złożenie wyjaśnień do godz. 10 czy 11. Mamę kolegi zabrało pogotowie, zmarła na izbie przyjęć w szpitalu. Pamiętam, że to było miesiąc po tym, jak odebrałem tytuł Człowieka Wolności w plebiscycie „Gazety Wyborczej” i TVN. Nagle przychodzi dziennikarz i zadaje mi dziwne pytania. Przy czym nie słucha odpowiedzi, a na zakończenie mówi, że i tak napisze, co zechce. Potem pojawiły się dziwne kontrole. Musiałem krok po kroku wyjaśniać, że nie jestem wielbłądem. Tłumaczyć, czy posadziliśmy 2 tys., czy 2,5 tys. cisów i czy wszystkie przeżyły. Nie miałem o tym pojęcia, nie wiedziałem też, czy wszystkie ławki są w dobrym stanie. Ostatecznie wszystko wyjaśniliśmy i wykonaliśmy wszystkie zalecenia pokontrolne dotyczące działalności instytutu.

Czego dotyczyły dziwne pytania?
– Na przykład brakujących ławek lub koszy na śmieci w parku, wspomnianych krzewów, oświetlenia parku, płytek chodnikowych itd.

Wróćmy do początków, jak wyglądały?
– Kiedy otwieraliśmy pierwszą część Światowego Centrum Słuchu w Kajetanach w 2003 r. i zorganizowaliśmy konferencję prasową, jeden z dalej czynnych dziennikarzy skomentował: „Kto tutaj tak daleko przyjedzie?”. A ja na to: „Dziś bliżej tu do lotniska niż do centrum Warszawy. Ale w przyszłości na pewno będą zbudowane drogi i będzie o wiele łatwiej. A jeśli chodzi o miejsce, piękne otoczenie, to takiego na pewno nie znajdziemy w Warszawie”.

Czegokolwiek pan dotknie, kończy się sukcesem. A ma pan w ogóle naturę optymisty?
– Tak. I marzyciela. Ciągle marzę. Potem te marzenia spisuję na karteczkach. Z tego powstają plany, zadania. Wykorzystuję każdy moment, np. podczas Kongresu Zdrowie Polaków 2019 usłyszałem wiele bardzo mądrych opinii ekspertów, wiele z nich zanotowałem. Teraz rodzą się nowe pomysły.

Zauważyłam, jak pan notował.
– Potem dzielę się przemyśleniami z otoczeniem. Próbuję zarażać entuzjazmem. Nie jest to łatwe, bo wszyscy mają świadomość, że będzie się wiązało z większą ilością pracy. I każdy zaczyna mnie zniechęcać. Ale ludzie wiedzą, że jestem konsekwentny i jeśli coś wymyślę, zaczynam realizować swój plan. Zabieramy się więc wspólnie do roboty. Jeszcze nigdy nie miałem takiej sytuacji, aby czegoś, co było zależne ode mnie, nie udało się zrealizować.

Jaka jest pana recepta na sukces?
– Pracowitość i konsekwencja. Jestem bardzo wymagający w stosunku do siebie, ale i innych. Ode mnie trudno dostać pochwałę. Kiedyś marszałek Senatu prof. Longin Pastusiak, który był moim pacjentem, przytoczył słowa prezydenta Thomasa Jeffersona: „Jest nieprawdopodobne, ile może zrobić człowiek, jeśli będzie robił to systematycznie”. Zdałem sobie sprawę, że tak zawsze postępuję. Dawniej nie pisałem nigdy jednej pracy naukowej, tylko kilka równocześnie. Gdybym pisał jedną i nie zostałaby przyjęta do druku, przeżywałbym frustrację. A tak zawsze miałem powód, by się cieszyć, bo któraś została zaakceptowana.

Ma pan czas na piłkę nożną?
– Gramy zawsze we wtorki, jak jestem na miejscu. I satysfakcją dla mnie jest to, że często biegający obok 30-latek porusza się wolniej. W dalszym ciągu zbieram ślimaki. Mam już kolekcję liczącą ok. 5 tys.

Mówi pan, że jest w stanie pomóc każdemu, kto ma problem ze słuchem. Stulatkowi również?
– Tak, ale warunek jest jeden – musi do nas się zgłosić.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 52/2019

Kategorie: Sylwetki

Komentarze

  1. Ireneusz50
    Ireneusz50 23 grudnia, 2019, 11:47

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy