Tag "lekarze"

Powrót na stronę główną
Kraj

Beethoven, gdyby żył w naszych czasach, słyszałby. To medycyna – mówi prof. Skarżyński

Prof. Henryk Skarżyński napisał libretto do musicalu. Opowiada o swoich pacjentach

Oto zuchwałość XXI w. 34 lata temu prof. Henryk Skarżyński dokonał pierwszej operacji wszczepienia osobie całkowicie niesłyszącej implantu ślimakowego. Było to wówczas wielkie wydarzenie, wielki przełom. Chodziło o to, by osoba z implantem mogła słyszeć dźwięki, idąc ulicą, i czuć się w miarę swobodnie. O tym, by mogła mówić, rozmawiać, można było wówczas jedynie pomarzyć.

Teraz osoby ze wszczepionym implantem grają i śpiewają. Postęp jest gigantyczny. „Pamiętam, ile emocji to wzbudzało, ile wysiłku kosztowało, by przekonać środowiska naukowe i decydentów, że osoba niesłysząca może odzyskać kontakt ze światem dźwięków – wspomina prof. Skarżyński. – Dziś robimy to u kilkumiesięcznych dzieci, dając im szansę na swobodny rozwój mowy i normalne życie. Stymulując mózg od wczesnych miesięcy, rozwijamy jego możliwości oraz zdolności. Nauka nie tylko nadąża za światem – ona go kształtuje”.

Od 2015 r. prof. Skarżyński organizuje w Kajetanach Międzynarodowy Festiwal Muzyczny „Ślimakowe Rytmy/Beats of Cochlea”, byśmy na własne oczy mogli się przekonać, co potrafi współczesna medycyna. I usłyszeć młodych ludzi śpiewających oraz grających Beethovena i Chopina.

W tym roku w lipcową sobotę finał festiwalu obfitował też w bonusy: film dokumentalny w reżyserii Miłki Skalskiej o tych, którym implant dał nowe życie, „Implant. Mój Przyjaciel Po Wsze Czasy”, i musical „Powrót Beethovena”, do którego libretto napisał… prof. Henryk Skarżyński.

Libretto? Jakim sposobem? Skąd u profesora taka pasja? Skąd wolny czas na jej rozwijanie? Henryk Skarżyński mówi o tym w filmie Miłki Skalskiej: „Kocham pracę, bez niej nie byłbym w stanie funkcjonować. Wyzwala we mnie nowe możliwości, marzenia, które albo spisuję w postaci jakiegoś wiersza czy jakiejś rymowanki, albo opisu jakiegoś wrażenia, i to zostawiam. Czasami nie wracam do tego przez lata, a czasami po paru miesiącach okazuje się, że to był fantastyczny pomysł i należy go rozwijać”.

Pasja profesora do sztuki, muzyki, do poezji to rzecz znana. Wiemy też, że po całym dniu ciężkiej pracy, wymagającej maksymalnego skupienia, mijają nieraz godziny, nim mózg się uspokoi i wyciszy. Taki jest „Powrót Beethovena” – musical, który powstał na podstawie półautobiograficznej książki profesora o tym samym tytule. To opowieść o jego pacjentach, o ich historiach. O rodzicach, którzy z obawami i nadzieją przyjechali z dziećmi do Kajetan. O małych pacjentach, dla których implant oznaczał przeniesienie w nową rzeczywistość – ze świata ciszy w świat dźwięków. O trudach rehabilitacji, zderzeniu z własnymi słabościami i nietolerancją otoczenia. I o Beethovenie, który – gdyby żył w naszych czasach – słyszałby.

„To cud”, mówi w „Powrocie Beethovena” mama małego chłopca,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Pomoc w umieraniu

Czy Francja legalizuje eutanazję?

Korespondencja z Francji

Obóz polityczny prezydenta Francji zrealizował właśnie jedną z nielicznych obietnic wyborczych. Jest nią ustawa o tzw. pomocy w umieraniu (aide à mourir), nad którą Francja debatowała od lat. W Polsce ukazało się wiele artykułów poruszających kwestię legalizacji eutanazji i cywilizacji śmierci. Francuska ustawa jednak nie do końca spełnia kryteria klasycznej eutanazji, którą stosuje się np. w Holandii czy Belgii. Sugeruje to także nazwa ustawy, która nie jest zwykłym eufemizmem, lecz tłumaczy kompromis, który narodził się w drodze długich rozważań i negocjacji społecznych. Temat na pewno zasługuje na obiektywne omówienie, by wyeliminować uproszczenia sprowadzające go do „zalegalizowania zabójstwa”.

Projekt ustawy dotyczącej pomocy w umieraniu ma wprowadzić możliwość uzyskania przez niektórych pacjentów pomocy w zakończeniu życia w sytuacji ciężkiej, nieuleczalnej choroby, powodującej nieznośne cierpienie. Ustawa opiera się przede wszystkim na zapisie, który przewiduje samodzielne podanie przez pacjenta śmiertelnej substancji. Interwencja lekarza lub pielęgniarki jest przewidziana jedynie wyjątkowo, gdy stan fizyczny chorego uniemożliwia wykonanie tego aktu.

W przeciwieństwie do Belgii i Holandii, gdzie eutanazja polega zasadniczo na bezpośrednim podaniu substancji przez lekarza, francuski ustawodawca chciał zachować zasadę, że decydujący akt należy do pacjenta.

Długa droga legislacyjna

Debata wokół projektu tej ustawy ujawniła głębokie podziały społeczne i polityczne między zwolennikami większej autonomii jednostki a obrońcami zasady nienaruszalności życia.

Droga do obecnego jej kształtu zaczyna się od ustawy Leonettiego z 2005 r., zakazującej uporczywej terapii. Mówi ona, że lekarz może przerwać leczenie, które stało się „nieracjonalne” lub nieproporcjonalne, ale zabronione jest celowe spowodowanie śmierci pacjenta.

Kolejnym etapem była ustawa Claeysa-Leonettiego z 2016 r., która umożliwiła głęboką i ciągłą sedację (obniżanie świadomości) pacjentów u kresu życia. Był to ważny etap: pacjent mógł zostać utrzymany w stanie nieświadomości aż do naturalnej śmierci, jednak nadal nie była to ani eutanazja, ani wspomagane samobójstwo.

Ewolucja legislacji w tym zakresie w Belgii,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Wywiady Zdrowie

Nie przegap czerniaka

Uważajmy na poparzenia słoneczne

Prof. Piotr Rutkowski – kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie. Od czerwca prof. Piotr Rutkowski zasiada w ścisłym kierownictwie ASCO, komitetu odpowiadającego za globalne działania największego towarzystwa onkologicznego na świecie. To pierwsza taka funkcja powierzona Polakowi. Profesor zajmuje się kompleksową diagnostyką i leczeniem operacyjnym nowotworów tkanek miękkich, leczeniem operacyjnym mięsaków, diagnostyką i leczeniem operacyjnym nowotworów skóry – rakiem podstawnokomórkowym, płaskonabłonkowym i czerniakiem.

Jaka zmiana na skórze powinna nas zaniepokoić?
– Trzeba pamiętać, że nowotwory skóry są częste. Chociaż sam czerniak nie jest tak częsty. Ma różny kolor, może mieć też bardzo różne rozmiary, a jego główną cechą jest to, że się zmienia. Czyli czegoś na skórze nie było, a pojawiło się i rośnie, albo coś było nawet przez długi czas i zaczęło się zmieniać, powiększać. Czerniak jest zmianą asymetryczną, ma nierówne brzegi. Naprawdę należy zwrócić uwagę na przekształcanie się zmiany skórnej, bo czasem pacjenci mówią, że mieli 10 lat jakąś zmianę i zaczęła im rosnąć. Nie należy odkładać wizyty u lekarza. Na skórze przekształcają się różne łagodne zmiany: znamiona albo brodawki czy naczyniaki. Nie jest jednak tak, że jeśli coś się zmienia, to od razu musi to być nowotwór skóry. Niemniej nie powinniśmy tego lekceważyć. W przypadku raków skóry to są często niegojące się ranki. Jeżeli coś nam się nie goi powyżej sześciu tygodni, powinniśmy się tym zainteresować.

Czy łatwo wykryć czerniaka, jeżeli jest na bardzo wczesnym etapie?
– Dermatolog lub chirurg onkolog jest w stanie wykryć czerniaka za pomocą dermatoskopu lub wideodermatoskopu. Część pacjentów pyta, czy nie lepiej sięgnąć po wideodermatoskop, czyli połączenie dermatoskopu z bardzo dokładnym monitorem, który dodatkowo sam analizuje zmiany skórne. Odpowiadam: nie, wideodermatoskop jest głównie potrzebny do kontroli dużej liczby znamion. W większości wideodermatoskopów można wszystko zeskanować, pozaznaczać, gdzie te zmiany są, i porównywać w czasie, jak się zmieniają. A w przypadku większości chorych wystarczy zwykła dermatoskopia. Jest naprawdę bardzo czułym badaniem,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Spór o lekarzy w Sopocie

„Razem z ośmioma lekarzami dostaliśmy wypowiedzenia z poradni, którą wspólnie zbudowaliśmy od podstaw. W 2025 r. poradnia reumatologiczna dla dorosłych w Sopocie stała się największą w Polsce! Zbudowaliśmy ją z niczego. W samym 2025 r. przyjąłem ponad 3,6 tys. pacjentów. Pracowałem tylko w jednym publicznym miejscu – bez »biegania« po kilku szpitalach i bez pracy po kilkaset godzin miesięcznie. Najbardziej martwią mnie nie kontrakty, a pacjenci”, napisał w swoich mediach społecznościowych reumatolog Bartek Fiałek i pokazał wypowiedzenie umowy. Z dokumentu wynika, że powodem wypowiedzenia jest brak płynności spowodowanej opóźnieniami w płatnościach NFZ oraz planowanymi zmianami systemowymi w tychże płatnościach.

Chodzi o Pomorskie Centrum Reumatologiczne im. dr Jadwigi Titz-Kosko w Sopocie. Wedle zapewnień NFZ nie zostawi ono pacjentów bez opieki. Jednak w sytuacji, gdy prezes, pięciu dyrektorów i 17 kierowników, jak naliczyłam na stronie internetowej placówki, pozostaje na swoich stanowiskach, w dodatku poradnia wykazuje znaczny zysk, a lekarzom wypowiada się umowy, by renegocjować z nimi warunki płacowe, wypada się zastanowić, dokąd zmierza polska ochrona zdrowia.

Czy pacjenci z powodu kryzysu będą zmuszeni do korzystania z opieki w systemie niepublicznym? To jednostkowy przypadek czy takich sytuacji jest w kraju więcej? Czy Narodowy Fundusz Zdrowia to monitoruje? Powyższe pytania wysłałam do biura prasowego NFZ, zaznaczając, że spółka nie podaje, jaka jest suma zaległości funduszu i jak długo trwają opóźnienia.

W odpowiedzi biuro prasowe NFZ informuje,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Naczelna Izba Lekarska na wojnie z rządem

Patologiczna chciwość jest demokratyczna, nie ma barw politycznych. Świadczy o tym historia Dawida Kacprzyka, młodego lekarza bez specjalizacji, radnego PO, zarabiającego krocie w Warszawskim Szpitalu Południowym, oraz historia spółdzielni neurochirurgów z Mogilna zarabiających 26 tys. zł na godzinę i ponad 300 tys. zł dziennie – dla odmiany powiązanych ze środowiskiem PiS. Rzucamy w rozmowach tymi kwotami, jakby były czymś normalnym, podczas gdy wszyscy mieszkańcy czteropiętrowego bloku w Warszawie razem wzięci nie zarabiają nawet jednego Kacprzyka – nowej miary wartości pracy.

Joanna Mucha, posłanka niezrzeszona, stwierdziła w „Kropce nad i”, że standardem w szpitalach jest jeden lekarz zarabiający ponad 100 tys. zł i kilku lekarzy zarabiających 50 tys. zł. Nic więc dziwnego, że większość budżetów szpitalnianych idzie na pensje personelu medycznego. A gdzie inwestycje w infrastrukturę, w pacjentów? Jaką korzyść mają pacjenci z lekarza za 100 tys. zł, często przemęczonego, biegającego za kasą z jednego miejsca w drugie?

Co i jak chce uleczyć Naczelna Izba Lekarska

Na uleczeniu patologii powinno zależeć przede wszystkim Naczelnej Izbie Lekarskiej, samorządowi lekarzy i lekarzy dentystów. Przynależność do niego jest obowiązkowa dla każdego, kto chce w Polsce uprawiać zawód lekarza.

Tymczasem do tej pory niemal każda próba uleczenia była przez izbę bojkotowana. Szczególnie nie podoba jej się jawność wynagrodzeń w publicznej ochronie zdrowia. Prezes NIL Łukasz Jankowski zapowiedział w RMF FM, że jeśli prezydent podpisze ustawę o powiązaniu zarobków lekarzy z PESEL, ci skierują sprawę do trybunałów europejskich. Prezes zresztą już dwukrotnie poszedł do prezydenta Karola Nawrockiego – 19 listopada 2025 r., czego efektem był grudniowy Szczyt Zdrowotny, oraz 20 maja 2026 r., w sprawie przegłosowanej przez Sejm ustawy wydłużającej terminy na przedstawienie certyfikatu znajomości języka polskiego przez lekarzy cudzoziemców. Jankowski zaapelował wówczas o weto prezydenta, aby „chronić bezpieczeństwo pacjentów”.

Co NIL zamierza zrobić, aby nie powtarzały się patologiczne sytuacje jak ta w Warszawskim Szpitalu Południowym czy ze spółką neurochirurgów z Mogilna? „Podpowiadać Ministerstwu Zdrowia, jak nie dopuszczać do takich patologii, ale nie mamy złudzeń, że zostaniemy wysłuchani. Zgłaszaliśmy mechanizmy blokujące częściowo takie nadużycia jeszcze w zeszłym roku – bezskutecznie”, odpisuje mi szef biura prasowego NIL Jakub Kosikowski. Dowiedziałam się też, że pensja Jankowskiego to cztery średnie krajowe. Jeśli do tego dorzucimy ryczałt, wychodzi ponad 40 tys. zł brutto miesięcznie. Kiedy wcześniej o ujawnienie pensji Jankowskiego wnioskował lekarz Janusz Pachucki, sprawa oparła się aż o NSA, który uznał, że w odniesieniu do zarobków prezesa nie obowiązuje zasada ochrony prywatności. Mimo to Jankowski nie chciał ujawnić, jaka to kwota. Ostatecznie jednak portal „Rynek Zdrowia” dotarł do uchwał ją określających, a prezes potwierdził autentyczność danych.

Zdaniem NIL jedyną skuteczną metodą na zlikwidowanie kominów płacowych ma być rewizja wycen, które te kominy tworzą. „To są ciągle te same specjalizacje, gdzie marża na pacjentach jest zbyt duża”, pisze Kosikowski, odpowiadając na moje pytania. Izba proponuje także tachografy dla personelu medycznego. Lekarze na kontraktach mieliby pracować maksymalnie 78 godzin w tygodniu – czyli tyle, ile wynosi limit dla lekarzy zatrudnionych na etacie. Byłby to jednak czas pracy zbliżony do deklaracji z grafików Kacprzyka – etat poza ochroną zdrowia wynosi 40 godzin. Z badań NIL wynika, że 30% lekarzy przeszłoby z kontraktów na etaty, gdyby wynagrodzenie wynosiło ok. 30 tys. zł brutto.

W RMF FM Jankowski dowodził: „Zostaliśmy wypchnięci na kontrakty przez panią premier Kopacz, ówcześnie ministra zdrowia”. Tu mija się z prawdą. Bernard Waśko, niegdyś pełniący funkcję zastępcy prezesa NFZ (ds. medycznych), a obecnie dyrektor Narodowego Instytutu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

O prezesie NFZ, który się wszystkim ministrom kłania. I trwa

To NFZ tworzył patologiczny system i zatwierdzał wyceny

Środa, 1 lipca 2026 r. Od piątku 26 czerwca nie działa eWUŚ, system Narodowego Funduszu Zdrowia, w którym pracownik ochrony zdrowia może sprawdzić, czy pacjent jest ubezpieczony. Chorzy w przychodniach podpisują więc oświadczenia, że są ubezpieczeni. Wielka informatyczna rewolucja i jej dziecko – eWUŚ. To bodaj najkrótsza definicja tego, co może, a czego nie może NFZ.

Wbrew pozorom to nie jest jedynie wielki księgowy, który od wszystkich patologii systemu ochrony zdrowia może się odciąć i powiedzieć: nie, to nie my, nie nasza sprawa, my tylko płacimy. Ma w ręku narzędzia kontroli, z których korzysta w sposób wielce umiarkowany. Ba, od czerwca 2019 r. działa korpus kontrolerski, czyli zespół podlegający prezesowi NFZ, który zastąpił regionalne działy kontroli. Placówka medyczna jest zawiadamiana o kontroli siedem dni przed jej rozpoczęciem, ale jednocześnie kontroler może się pojawić bez zapowiedzi. I co z tego wynika? Dla pacjenta – nic.

Świadczymy usługi dla ludności 😉

Ministrowie zdrowia pojawiają się i znikają, a prezes NFZ Filip Nowak trwa. Pełni swoje obowiązki od sierpnia 2020 r., a więc od czasów rządu PiS (początkowo jako p.o., a od 2021 r. jako powołany prezes). Zarządza największą kwotą publicznych pieniędzy w kraju. Główne źródła przychodów NFZ to składki zdrowotne – ok. 184,3 mld zł, oraz dotacje z budżetu państwa – 26 mld zł. Pacjenci wreszcie zrozumieli, że to są ich pieniądze. I że nie można nimi dowolnie szastać. Dlatego żądają urzędniczych głów, kierują też gniew na lekarzy milionerów.

W 2025 r. pensja Nowaka wynosiła 33 367 zł miesięcznie brutto, czyli ok. 400 tys. zł rocznie. Jego trzech zastępców zarabia po 31 104,87 zł. Za ostatni rok nikt z tej trójki nie otrzymał nagrody rocznej. Nowak nie otrzymał jej również za 2024 r., ale za PiS otrzymał w 2022 r. dodatkowe 75 tys. zł, a rok później – 48 tys. zł.

Filip Nowak jako prezes NFZ chętnie spełniał liczne prośby ministra Adama Niedzielskiego, który scentralizował system i nakładał na szpitale i przychodnie obowiązek dodatkowej sprawozdawczości. Nowak nie sprzeciwił się, gdy jesienią 2022 r. rząd PiS zrobił kontrowersyjną wrzutkę do nowelizacji ustawy o zawodzie lekarza, co pozbawiło NFZ w kolejnym roku 13 mld zł z puli, która przeznaczona była na leczenie. Na posiedzeniu komisji w Senacie przekonywał nawet: „Jesteśmy organizacją sprawną i z dużą elastycznością”.

A potem? „Szefem NFZ jest prezes Filip Nowak i nie zamierzam tego zmieniać. Myślę, że współpraca układa się wzorowo”, powiedziała minister Leszczyna w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”. Prezes zaś w 2024 r. w czasie Kongresu Wyzwań Zdrowotnych w Katowicach prawił, że NFZ nie jest liderem, tylko pracuje na lidera, którym bezwzględnie, formalnie i praktycznie powinien być minister zdrowia.

Sprawując funkcje kierownicze w NFZ, Nowak dorabiał. Od 2020 r. do lutego 2024 r. zasiadał w radzie nadzorczej spółki PMT Linie Kolejowe należącej do KGHM Polska Miedź. A od grudnia 2022 r. do pensji doszło mu 33 tys. zł miesięcznie, bo stał się członkiem rady nadzorczej Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego PZU.

Na stronie internetowej NFZ możemy przeczytać, że jest „doktorem nauk o zdrowiu, MBA. Absolwentem Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocławskiej Akademii Ekonomicznej, Uczelni Łazarskiego, Wielkopolskiej Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej”.

Warto się zatrzymać przy doktoracie prezesa. Stopień naukowy uzyskał w Poznaniu za rozprawę „Wpływ wprowadzenia »pakietu onkologicznego« na realizację procesu leczenia”. Promotorką jego pracy została prof. Monika Urbaniak, prawniczka z Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego. Jak zauważyła

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Finansowa samowola w ochronie zdrowia

Bez rozmowy o rzeczywistych kosztach niczego nie naprawimy

– Codziennie odbieram telefony: przyjmij go, czeka na SOR, da się skrócić czas oczekiwania? To jest powszechne działanie – opowiada znajomy dyrektor szpitala. Gdy go pytam, ile „Szpitali Południowych” jest w Polsce, bez wahania odpowiada: wszystkie. Po PRL załatwianie po znajomości mamy w DNA. Szukamy po sąsiadach, babciach, ciotkach. Pytamy, czy ktoś kogoś zna, czy może do kogoś zadzwonić. Nie zastanawiamy się, że to niewłaściwe i niedobre dla systemu, czytaj: niekorzystne dla nas wszystkich.

Afera w Warszawskim Szpitalu Południowym pokazała więc to, co wie każdy dorosły Polak – że w ochronie zdrowia przenikają się systemy prywatne i państwowe i że zarobki lekarzy są zastanawiające. To były dwa narodowe trupy w szafie – kiedy nagle wypadły, jest słuszne oburzenie, mimo że niemal każdy z nas, a politycy różnych partii w szczególności, chce mieć swój salonik VIP.

Przypomnijmy wspomniany skandal: Dawid Kacprzyk, 29-letni radny KO, lekarz z Warszawskiego Szpitala Południowego, w ciągu roku wypracował łącznie prawie 4 tys. godzin, czyli po 12-14 godzin na dobę przez 365 dni w roku. Oprócz tego sprawował funkcję radnego oraz bywał w mediach.

W Sosnowcu jeden z chirurgów przepracował na umowie cywilnoprawnej łącznie ponad 4,8 tys. godzin. 14 godzin pracy dziennie, 420 miesięcznie. Na tym samym oddziale pięciu pracowników na umowie o pracę przepracowało łącznie 4587 godzin w roku. Jak chirurg funkcjonował? Jak leczył i kiedy odpoczywał?

Klinika Otolaryngologii, Chirurgii Głowy i Szyi w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym WUM przeszła dwukrotną kontrolę za nieprzestrzeganie kolejek. Za pierwszym razem kara wyniosła 50 tys. zł, za drugim – prawie 300 tys. zł. Znaczy to, że między kontrolami nic się nie zmieniło. Opłaca się placówce zapłacić z naszych podatków karę i nadal kilku lekarzy może tłuc prywatnie pieniądze, załatwiając szybsze przyjęcie do kliniki.

Z kolei szpital w Tomaszowie Lubelskim ma 5,2 mln zł straty po pierwszym kwartale. Dyrektor Dariusz Gałecki, który jest jednocześnie radnym powiatu z PiS, ostrzega przed pogorszeniem sytuacji. A z jego oświadczenia majątkowego wynika, że w ubiegłym roku zarobił w tym szpitalu 864 tys. zł brutto.

Lata zaniedbań

To rządzący mają w rękach instrumenty, które mogą spowodować, że dostępność procedur medycznych dla Kowalskiego się zwiększy, ale od lat niewiele robią w tym kierunku. Nie mamy nawet pełnej wiedzy, ile zarabiają polscy lekarze. Bartosz Fiałek, reumatolog, menedżer ochrony zdrowia, opublikował w mediach społecznościowych zestawienie, z którego wynika, że w większości krajów Europy lekarze specjaliści zatrudnieni na etacie zarabiają od trzech do pięciu średnich krajowych, a samozatrudnieni najczęściej od pięciu do siedmiu średnich krajowych. Są wyjątki, szczególnie w krajach skandynawskich, ale tam również średnia krajowa jest bardzo wysoka. Z kolei w biedniejszych państwach, np. na Węgrzech, relacja wynagrodzenia lekarza do średniej krajowej pozostaje wysoka. „10-krotność lub więcej średniej krajowej nie jest europejską normą. To kolejny obszar, który wymaga uporządkowania”, stwierdza Fiałek we wpisie.

Podobnych przemyśleń algorytm w ostatnim czasie podsunął mi kilka. To znak, że do części środowiska lekarskiego zaczyna docierać, że są w sytuacji uprzywilejowanej w stosunku do kolegów z Zachodu. A straszenie, że będą wyjeżdżać za granicę, jest zwykłym szantażem. Aby to sprawdzić, poprosiłam Naczelną Izbę Lekarską o statystyki wyjazdów zagranicznych z ostatnich czterech lat, z rozbiciem na staże i stypendia, czyli na rozwój, oraz na wyjazdy „za pracą”. Odpowiedziano, że nikt nie gromadzi takich statystyk. Dość to osobliwe.

Z kolei zestawienia Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji dają obraz zarobków z jednego miejsca pracy – i dowiadujemy się, że aż 560 lekarzy wyciąga powyżej 1 mln zł rocznie! A takich miejsc lekarz ma czasem pięć. Szacuje się, że zarabiających powyżej 100 tys. zł miesięcznie może być w systemie ok. 10%. Zważywszy na fakt, że według danych GUS w minionym roku liczba lekarzy czynnych wyniosła 141,2 tys., a prawo do wykonywania zawodu miało 166,5 tys. medyków, 10% to całkiem niezła armia. W grudniu 2025 r. liczba lekarzy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kubańscy medycy w Kalabrii

W kalabryjskich szpitalach mieszają się języki i akcenty. Na pomoc tamtejszej służbie zdrowia przybyli karaibscy lekarze

W Polistenie mieszkańcy żartują, że nim na sali operacyjnej ich szpitala Santa Maria degli Ungheresi zapadnie decyzja, jak ciąć, zdarza się jeszcze jedna dyskusja – o pizzy. Czy lepsza jest neapolitańska, czy kalabryjska. Ta anegdotka dobrze oddaje atmosferę placówki, w której od kilku lat pracują lekarze z różnych stron świata.

Polistena leży u podnóża gór Aspromonte, na południu Włoch. Miasteczko jest niespełna 10-tysięczne, ale tutejszy szpital obsługuje nawet 200 tys. osób z okolicznych miejscowości. Jego pacjenci zaś przyzwyczajają się do mieszanki języków i akcentów – włoski bowiem przeplata się z hiszpańskim.

Na ławkach przed gabinetami czekają głównie starsi mieszkańcy okolicy. Wielu przyjeżdża z górskich wiosek, czasem pokonując kilkadziesiąt kilometrów. W tej części Kalabrii publiczna służba zdrowia od lat zmagała się z brakami kadrowymi: konkursy na stanowiska lekarskie kończyły się bez rozstrzygnięcia, starsi medycy przechodzili na emeryturę, a młodsi wyjeżdżali na północ Włoch lub za granicę.

Ratunek przyszedł z daleka. W 2022 r. do Kalabrii przyjechało prawie 400 lekarzy z Kuby: kardiologów, ortopedów, anestezjologów i specjalistów intensywnej terapii. Dla wielu szpitali na południu kraju była to ostatnia szansa, by utrzymać funkcjonowanie oddziałów i zapewnić mieszkańcom dostęp do publicznej opieki zdrowotnej.

Polityka a deficyty kadrowe

Dziś obecność kubańskich lekarzy stała się jednak przedmiotem międzynarodowego sporu. Według doniesień dyplomatycznych USA naciskają na władze regionu, aby nie przedłużały współpracy z Kubą. Dla władz Kalabrii sprawa tymczasem jest jednoznaczna: bez zagranicznych lekarzy część szpitali może przestać istnieć.

Spór zwrócił uwagę na dramatyczny stan publicznej służby zdrowia na południu Włoch. W regionie, gdzie bezrobocie sięga ok. 20%, szpitale mają ogromne problemy z pozyskaniem personelu medycznego. Ci, którzy zostali, pracują ponad siły.

Kalabria należy do najbiedniejszych regionów Włoch, a jej gospodarka w dużej mierze opiera się na rolnictwie. Wydatki na ochronę zdrowia należą tu do najniższych w kraju i wynoszą ok. 1748 euro na mieszkańca, podczas gdy średnia krajowa przekracza 2,1 tys. euro. Z powodu chronicznego deficytu finansowego w 2009 r. nadzór nad regionalną służbą zdrowia przejął rząd centralny w Rzymie.

Problemy jednak nie zniknęły, a pandemia COVID-19 tylko je pogłębiła. Od 2021 r. z publicznego systemu odeszło we Włoszech ponad 11 tys. pracowników medycznych. Wielu lekarzy, którzy podczas pandemii byli bohaterami pierwszej linii frontu, po jej zakończeniu zdecydowało się odejść z zawodu, przejść do sektora prywatnego lub wyjechać za granicę. Poza tym młodzi medycy z południa wolą pracę w bogatszych regionach północnych – w Lombardii czy Emilii-Romanii – albo wyjeżdżają do Niemiec, Szwajcarii czy Francji,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zdrowie

Po 7. Kongresie „Zdrowie Polaków”. Rekomendacje i nagrody

Prof. Henryk Skarżyński: Coraz lepiej radzimy sobie z zarządzaniem chorobą, a nie potrafimy zarządzać naszym zdrowiem

„Zdrowie – każdy element ma znaczenie” – to motto 7. Kongresu Zdrowia, zorganizowanego w listopadzie w Centrum Kongresowym Światowego Centrum Słuchu w Kajetanach.

16 marca, w salach Senatu RP, przyszła zaś pora na przyjęcie rekomendacji z tamtych obrad i wręczenie nagród w konkursie „Perspektywy Medycyny”.

To logiczne podsumowanie prac kongresu – po to się rozmawia, debatuje, by dochodzić do konkretnych wniosków. I wnioski z tamtych spotkań były prezentowane – w obecności marszałkini Senatu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, ministrów, senatorów, rektorów, ludzi medycyny, nauki, mediów. Czyli nie zawisły w próżni.

„Jestem zadowolona, że rozmowy o zdrowiu Polaków, o tym, co można poprawić, żeby Polacy czuli się zaopiekowani medycznie, toczą się w Senacie – mówiła Małgorzata Kidawa-Błońska. – To daje nam dobrą przestrzeń do przygotowania rozwiązań, które moglibyśmy przedstawić ministerstwom. Nauka, ochrona zdrowia, potrzebują odwagi. Odwagi potrzebują lekarze, żeby wprowadzać nowoczesne metody leczenia. Szczególnie w czasach, kiedy jest tyle zakłamania, teorii spiskowych na temat zdrowia, kiedy pojawiają się szarlatani, odwaga lekarzy ma ogromne znaczenie”.

Każdy element jest ważny

Oto sposób działania prof. Henryka Skarżyńskiego – kongres jest miejscem, w którym toczy się wymiana myśli, nieskrępowana, merytoryczna, jak najdalsza od partyjnych awantur. Szeroka – odbyło się bowiem 17 debat plenarnych, ponad 20 paneli interdyscyplinarnych, 70 wykładów. Wszystko z udziałem prawie 400 panelistów i wykładowców. A potem przychodzi czas podsumowania, spisania ustaleń i przekazania ich na ręce decydentów, tak by łatwiej było im podejmować decyzje. I druga rzecz – gdy profesor mówi: „każdy element jest ważny”, to również podkreśla, że dopiero dobrze połączone stanowią całość.

Kropla drąży skałę. Kongres przyjął rekomendacje w 10 obszarach. Stanowią one obraz najważniejszych wyzwań, przed którymi stoi dziś system ochrony zdrowia:

1. Nowoczesna medycyna (AI, telemedycyna) odpowiedzią na wyzwania systemu ochrony zdrowia.

2. Parlamentarzyści,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Wywiady Zdrowie

Nowotwory hematologiczne – choroby niezawinione

Apeluję: badajmy się regularnie, nie lekceważmy objawów, współpracujmy z lekarzami

Prof. Ewa Lech-Marańda – konsultant krajowa w dziedzinie hematologii, dyrektor Instytutu Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Hematologów i Transfuzjologów

Czym zajmuje się hematologia?
– Wbrew pozorom nie tylko leczeniem nowotworów hematologicznych, ale również chorobami nienowotworowymi, które występują nawet częściej niż te nowotworowe. Mam tu na myśli m.in. niedokrwistości, małopłytkowości, leukopenie, różnego rodzaju zaburzenia krzepnięcia – zarówno wrodzone, jak i nabyte. Pod względem częstości dopiero na drugim miejscu plasuje się zróżnicowana grupa nowotworów hematologicznych, czyli chorób, które potocznie nazywamy „nowotworami krwi”. Określenie to nie jest do końca precyzyjne, ponieważ w rzeczywistości wyróżniamy nowotwory mieloidalne – wywodzące się z układu krwiotwórczego, oraz limfoidalne – mające źródło w układzie chłonnym.

Skąd biorą się te choroby?
– To jedno z najczęstszych pytań pacjentów i ich rodzin. Niestety, w przypadku większości nowotworów hematologicznych nie potrafimy wskazać jednej konkretnej przyczyny. Mówimy wówczas o chorobach idiopatycznych, czyli takich, których źródło pozostaje nieznane. Wiadomo jednak, że istnieją pewne czynniki ryzyka zachorowania na nowotwory hematologiczne. Należą do nich m.in.: promieniowanie jonizujące, narażenie zawodowe na substancje chemiczne, m.in. benzen, środki ochrony roślin, pestycydy czy herbicydy. Zwiększone ryzyko obserwuje się również u osób, które przeszły chemioterapię lub radioterapię z powodu innych nowotworów.

Co jeszcze może wpływać na rozwój tych nowotworów?
– Bardzo ważnym czynnikiem są infekcje wirusowe i bakteryjne. Wiadomo, że np. zakażenie wirusem zapalenia wątroby typu C może prowadzić do rozwoju chłoniaka strefy brzeżnej śledziony, a zakażenie wirusem Epsteina-Barr zwiększa ryzyko chłoniaka Hodgkina. Z kolei zakażenie HIV – przez to, że prowadzi do wtórnego niedoboru odporności – znacząco podnosi ryzyko rozwoju nowotworów układu chłonnego.

Czy można też mówić o predyspozycjach genetycznych?
– Tak, choć trzeba podkreślić, że nowotwory hematologiczne nie są typowo dziedzicznymi chorobami w takim znaczeniu, jak np. hemofilia. Jednak w ostatnich latach odkryto, że mutacje w niektórych genach zarodkowych mogą predysponować do powstawania białaczek. To z kolei przekłada się na większe ryzyko zachorowania w rodzinach. Zdarza się ponadto, że przewlekła białaczka limfocytowa, chłoniak Hodgkina czy niektóre chłoniaki nie-Hodgkina obserwuje się częściej wśród krewnych pierwszego stopnia.

W takim razie – czy istnieje profilaktyka tych chorób?
– Niestety, nie mamy skutecznej profilaktyki pierwotnej. Dlatego nowotwory hematologiczne możemy nazywać „chorobami niezawinionymi”. Nie wynikają one bowiem z nieodpowiednich nawyków, niezdrowego stylu życia czy diety pacjenta – w przeciwieństwie do wielu nowotworów litych, gdzie np. palenie papierosów czy otyłość odgrywają kluczową rolę. W przypadku nowotworów krwi nie ma takiej prostej zależności. Możemy natomiast prowadzić profilaktykę wtórną, czyli postawić na wczesne ich wykrywanie. I tu, w części nowotworów, podstawową rolę odgrywa morfologia krwi.

Jak często należy wykonywać to badanie?
– Zalecamy, by osoby po 60. roku życia wykonywały to badanie raz w roku, ponieważ w tej grupie wiekowej ryzyko zachorowania na nowotwory hematologiczne dynamicznie rośnie. U młodszych osób można rozważyć rzadsze wykonywanie morfologii krwi, choć zawsze, gdy pojawiają się niepokojące objawy, należy ją wykonać bezzwłocznie.

Co powinno wzbudzić naszą czujność?
– Objawy nowotworów hematologicznych są różne i zależą od rodzaju choroby. Jeśli nowotwór nacieka szpik, dochodzi do wyparcia prawidłowego krwiotworzenia. Pojawia się wówczas niedokrwistość, skutkująca osłabieniem, szybkim męczeniem się, spadkiem tolerancji wysiłku. Po drugie, może wystąpić

Autoryzowany wywiad prasowy przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarze dla Zdrowia w związku z warsztatami naukowo-edukacyjnymi pt. „Pacjenci hematoonkologiczni – wyzwania i nadzieje”. Jesień 2025.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.