“Chopin” Jerzego Antczaka przełamie słabą passę polskiego kina sięgającego po temat muzyki poważnej? “Jestem jak alpinista – wątpliwości miałem wcześniej. Kiedy już wiszę na haku, nie myślę o tym, że mogę spaść” – mówi Jerzy Antczak, reżyser filmu “Chopin. Pragnienie miłości”, na planie którego Jolanta Kwaśniewska uruchomiła ostatni klaps. Kibicujemy dziełu jak każdemu przedsięwzięciu, które nie wałkuje do znudzenia dylematów rodzimych ubeków i złodziei samochodów. Pamiętamy jednak, że dotychczasowe zmagania polskiego kina ze światem muzycznym wypadały dość blado. “Chopin” Antczaka wejdzie na ekrany pół wieku po ostatniej bytności kompozytora w polskim kinie. W marcu 1952 r. Aleksander Ford przedłożył widowni superprodukcję “Młodość Chopina”, do której stworzenia zaangażowano wszystkie moce rodzimego filmu. Następna taka mobilizacja miała nastąpić dopiero w dziesięć lat później, gdy ten sam Ford pod osobistym nadzorem Gomułki dawał odpór “rewizjonistom z Bonn” za pomocą “Krzyżaków”. Na scenariusz patriotycznej kolubryny z narodowym kompozytorem w roli głównej rozpisano międzynarodowy konkurs, który zaowocował przeszło setką prac – na tyle jednak słabych, że szkielet fabularny konstruować musiał w końcu sam reżyser. Funduszy jednak nie żałowano – kręcono aż w 50 dekoracjach, na planie pokazało się kilkuset aktorów, półtora tysiąca statystów, przebranych w dwa tysiące kostiumów. W przeciwieństwie do kameralnych zamiarów Antczaka Ford zamierzał dać swoim filmem syntezę epoki z młodym kompozytorem w roli głównej. Tak więc Czesław Wołłejko obsadzony w tytułowej roli dojrzewa artystycznie, chłonąc krzywdę klasową ludu mazowieckiego i prorewolucyjne nastroje ówczesnej młodzieży warszawskiej. Widzimy go więc na chłopskim weselu, w szynku, w wiejskiej zagrodzie, a następnie nad klawiaturą, gdzie skutecznie przemaga w sobie przeżytki arystokratyzmu. Dochodzi do tego, że, z woli reżysera, każda kolejna kompozycja genialnego romantyka to efekt obserwacji socjologicznej, zinterpretowanej na sposób marksistowski i w tym duchu przełożonej na partyturę. Nic więc dziwnego, że tę luźną i ciągnącą się niemiłosiernie mozaikę epizodów prasa wczesnych lat 50. okrzyknęła arcydziełem i wzorcowym filmem biograficznym, zestawianym, dla dodania splendoru, z analogicznym pompatycznym knotem radzieckim – “Musorgskim” G. Roszala. Wszystko w duchu epoki. Warto pamiętać, że “Młodość Chopina” poprzedzała filmowa przymiarka w postaci biograficznego dzieła o Moniuszce – “Warszawska premiera” (marzec 1951 r.), która obrazowała perypetie poprzedzające wystawienie “Halki”. Produkcję zaczęto tuż po wojnie, ale poniechano jej po trzech latach przygotowań, ponieważ okazało się, że kompletnie zdewastowanego kraju nie stać na wyprodukowanie dużego filmu kostiumowego. Wola polityczna władz kinematografii sprawiła jednak, że stachanowskim wysiłkiem przeniesiono na ekran zmagania postępowego mieszczaństwa z reakcyjną arystokracją przy okazji boju o wystawienie opery Moniuszki. Oczywiście, mieszczaństwo sprzyjało tu kulturze ludowej, a arystokracja forowała zgniłe treści kosmopolityczne, popierając operę włoską. Mieszczaństwo opowiadało się za nowatorstwem stylistycznym w muzyce, a arystokracja, nie przypadkiem wysługująca się caratowi, wolała sztukę wstecznicką i skostniałą. Widz mógł prześledzić tę antynomię, obserwując losy aż 23 bohaterów pierwszoplanowych, w którym to tłoku z trudnością przeciskał się sam Moniuszko. Oczywiście, moralizatorstwo historyczne dorzynało tu fabułę tępym nożem i dziś przy “Warszawskiej premierze” jest w stanie wytrwać tylko zagorzały koneser. W 1951 r. myślano jednak inaczej: “Warszawska premiera” jest filmem dobrym; jest filmem potrzebnym; jest filmem patriotycznym” – oceniał Jerzy Płażewski. Sukcesy w przenoszeniu na ekran wielkiej sztuki muzycznej zdarzały się u nas rzadko – podobnie jak na świecie, gdzie ujemnego bilansu nie ratuje fenomenalny “Amadeusz” Miloša Formana. Biedny galicyjski chłopak, który zdobywa europejski rozgłos jako cyrkowy zapaśnik poddaje się fascynacji muzyką operową. Tyle że zarówno jego chłopska prostolinijność i sama opera zmierzchają właśnie z kończącym się XIX wiekiem, co Filip Bajon wystudiowanymi pasażami filmowymi pokazał w “Arii dla atlety” (1979 r.). W podobnym klimacie zmierzcha słynny śpiewak Antonio Taviatini z “Barytonu” (1985 r.) Janusza Zaorskiego. W swoje 50. urodziny, które wypadły na początek lat 30., przestaje się czuć wolnym artystą – szantaż i problemy finansowe popychają go do służby narodowym socjalistom. Świat muzyczny wykorzystywano jednak uparcie, ponieważ twórców uwierało przekonanie, że wybitny muzyk to świetny kontrast
Tagi:
Elżbieta Szymańska







