Ameryka odleciała

Ameryka odleciała

Donald Trump nie wie jeszcze, jaki świat chce zbudować, ale wie, że obecny trzeba zburzyć

Czy wszystko zostało już powiedziane? Czy już wiemy, dlaczego Donald Trump wygrał wybory i będzie 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych? Czy wiemy, jakim będzie prezydentem i jaka będzie Ameryka za jego kadencji? I jak wpłynie to na sytuację Polski?

Oczywiście to wciąż enigma, mimo że od kilku dni najtęższe głowy próbują znaleźć odpowiedź na te pytania, a powód jest jeden, podstawowy – Donald Trump to człowiek nieobliczalny i tak naprawdę nikt nie wie, jakie ma poglądy i co zrobi za chwilę.

Zagadka sfinksa

Nie, Trump nie jest sfinksem, jest jego zaprzeczeniem. Ale właśnie dlatego, że tak dużo mówi, że co chwilę zmienia zdanie i potrafi sobie zaprzeczać, staje się tak zagadkowy. Do świata polityki przyszedł z biznesu, a to dwa różne światy, rządzące się różnymi regułami. W polityce zmiana zdania wydaje się czymś nagannym, oczekujemy od polityków stałości poglądów, tego, by były one przemyślane i dobrze uzasadnione. W biznesie liczy się efekt. Poglądy można zmieniać, to świadczy o elastyczności.

W polityce ważną cechą jest zbudowanie zespołu współpracowników, lojalność, praca z wyborcami. W biznesie można dobierać ludzi do aktualnego zadania. Trump w kampanii wyborczej grupę doradców zmieniał trzykrotnie, więc nawet trudno wróżyć, komu jakie stanowiska powierzy w styczniu, gdy obejmie władzę. A potem – jak długo ze swoimi ministrami wytrzyma. Innymi słowy, wraz z Donaldem Trumpem wchodzi do światowej polityki niestałość, nieprzewidywalność, niepewność.

Wchodzi zresztą coś jeszcze – brutalny język i brutalne maniery. Trump taki właśnie był podczas kampanii. Mówił, że wyrzuci wszystkich Latynosów, którzy przebywają w Stanach nielegalnie, że postawi na granicy z Meksykiem mur, zakaże wjazdu do USA muzułmanom i obłoży cłami towary sprowadzane z Chin.

Te zapowiedzi wzbudzały entuzjazm jego wyborców, choć wszystkie zwiastują konflikty, i to bardzo niebezpieczne dla pokoju światowego. Czy Trump zdawał sobie z tego sprawę? Zdecydowanie nie. On przecież żyje w świecie właściciela wielkiej firmy, z którym się nie dyskutuje. Czy będzie chciał przenieść te metody do świata polityki? Nie miejmy złudzeń – on je przeniesie.

W polityce wewnętrznej, na której będzie musiał się skupić, oznacza to generowanie kolejnych konfliktów, wskazywanie kolejnych grup, które „szkodzą” Ameryce. To mogą być muzułmanie, Latynosi, ale także establishment Partii Republikańskiej, który – przypomnijmy – był przeciwko Trumpowi. A on, jeżeli zechce podporządkować sobie partię, uzyskując tym samym wpływ na Kongres, będzie musiał z tym establishmentem wejść w konflikt. Amerykę czekają zatem lata wewnętrznych bitew i chaosu. Na dole i na górze.

PiS się cieszy. Ale dlaczego?

Co ten wybór przyniesie w polityce zagranicznej, którą jesteśmy bardziej zainteresowani? Eksperci wypowiadający się w mediach zajmują najczęściej takie stanowisko: poczekajmy, jaką nowy prezydent skonstruuje ekipę, zobaczmy, kogo mianuje szefem dyplomacji. On na polityce się nie zna, więc sprawy zagraniczne będzie chciał puścić w ajencję, oddać je komuś, komu ufa. Nie podzielam tego poglądu.

Po pierwsze, sprawy polityki wewnętrznej zazębiają się z polityką zagraniczną. Gdy Trump mówi, że „zrobi porządek” z towarami sprowadzanymi z Chin, zapowiada to konflikt w strefie Pacyfiku. Po drugie, Trump nigdy nie zgodzi się na sytuację, w której „odpuści” sobie sprawy międzynarodowe. Jego hasło wyborcze: „Przywróćmy wielkość Ameryce”, zakłada aktywną politykę zagraniczną. A ponieważ jest głęboko przekonany, że to on najlepiej wszystko załatwi, szczególnie podczas rozmowy w cztery oczy, i że ma doświadczenie z negocjacji w biznesie, możemy się spodziewać takich inicjatyw z jego strony. Także tych, które przynajmniej pośrednio będą dotyczyć Polski.

Politycy PiS nie ukrywali radości po zwycięstwie Trumpa. I Antoni Macierewicz, i Witold Waszczykowski mówili, że dopiero teraz stosunki Polski z USA nabiorą nowej jakości, że wejdą na wyższy poziom. Dylemat sprzed paru miesięcy, który przedstawiał wicepremier Morawiecki, że wybór między Clinton a Trumpem to wybór między dżumą a cholerą, już przestał istnieć.

Łatwo to wytłumaczyć. Podczas kampanii wyborczej Clintonowie skrytykowali sytuację wewnętrzną Polski, zarzucając władzy odchodzenie od demokracji. Swoje zastrzeżenia formułował też prezydent Obama. Było więc oczywiste, że Hillary Clinton jako prezydent USA i Partia Demokratyczna będą krytyczne wobec Polski pod rządami PiS. Trump daje Kaczyńskiemu ten komfort, że nie będzie sobie zawracał głowy pytaniami, czy w Polsce są przestrzegane demokratyczne standardy, czy nie, czy jest jakaś demokracja, czy jej nie ma. Na tym korzyści PiS z prezydenta Trumpa się kończą. Jego rozumienie świata i zapowiedzi są bowiem dla sytuacji geopolitycznej Polski niekorzystne.

Tyłem do Europy

Już w noc wyborczą, w pierwszym przemówieniu jako prezydent elekt, mówił tak: „Będziemy stawiać interes USA na pierwszym miejscu, ale będziemy postępować sprawiedliwie ze wszystkimi. Będziemy szukali partnerstwa, nie konfliktu”. Zwróćmy uwagę, że ani słowem nie wspomniał o Unii Europejskiej, o NATO, o najważniejszych sojusznikach. Zamiast tego stwierdził, że będzie postępował sprawiedliwie ze wszystkimi. Czy nie jest to zapowiedź resetu w polityce międzynarodowej? Chęci odsunięcia Europy Zachodniej na dalszy plan i zbudowania nowej globalnej konstrukcji opartej na światowych mocarstwach (o co Rosja zabiega od dawna)?

W tej konstrukcji Ameryka miałaby być liderem, współpracującym z liderami regionalnymi, m.in. z Rosją. O czymś takim Trump już wspominał, mówiąc podczas kampanii, że Krym jest rosyjski, że chętnie dogadałby się z Putinem i że go podziwia.

Mówił też uszczypliwie o państwach NATO. Że w przypadku zagrożenia państw bałtyckich przez Rosję najpierw zapytałby je, czy przeznaczają deklarowane 2% PKB na zbrojenia, a dopiero potem zastanowiłby się, czy angażować Amerykę w ich obronę. Zresztą wytykanie, że państwa NATO nie przeznaczają 2% PKB na swoje armie i w związku z tym Stany Zjednoczone nie powinny się angażować na dotychczasowym poziomie w działania Sojuszu (który Trump nazywał przestarzałym), pojawiało się w jego kampanii.

Jeżeli złożymy te wszystkie deklaracje razem, wyłania się następujący obraz: Ameryka wycofuje się militarnie z Europy, a przynajmniej ogranicza swoją obecność. Jednocześnie następuje reset na linii Waszyngton-Moskwa. A cena tego resetu może być jedna – Putin dostaje wolną rękę na ułożenie sobie obszaru poradzieckiego. To uznane zostaje za jego domenę wpływów.

A Polska? Nie wiemy, czy Trump nie wycofa się ze zobowiązań, które podjęła administracja Obamy, czyli z rozmieszczenia amerykańskich batalionów na terytorium naszego kraju. Ale wiemy, że sama Polska od miesięcy jest w dryfie wschodnim. Najbrutalniejsze wypowiedzi rządzących dotyczą Unii Europejskiej, Francji i Niemiec. Z kolei najintensywniejsze zabiegi dyplomacji dotyczą prób zbudowania Międzymorza, czyli grupy małych państw między Niemcami a Rosją. Od państw nadbałtyckich po Bałkany. Można wręcz powiedzieć, że to próba zbudowania szarej strefy między Wschodem a Zachodem. Czyli czegoś, co bardzo odpowiadałoby Rosji.

I polityka Trumpa, jego patrzenie na świat, i polityka ekipy rządzącej w Warszawie mogą zaowocować nowymi strefami wpływów w Europie. Nową sytuacją geopolityczną. A na tej mapie Polska już nie będzie na Zachodzie.

Nowy, niebezpieczny świat

Trump chce zmieniać nie tylko sytuację w Europie – on myśli o całym świecie. Jak najbardziej biznesowo. Dlatego zapowiadał, że skończy z sytuacją, w której Stany Zjednoczone są gwarantem bezpieczeństwa dla tak bogatych krajów jak Arabia Saudyjska, Japonia, Korea Południowa czy państwa Unii Europejskiej. Jeśli chcą one gwarancji bezpieczeństwa, muszą za nie zapłacić. Podobnie Chiny – im z kolei zagroził cłami, które chroniłyby amerykański rynek. Ogłosił też, że będzie używał sił amerykańskich do wojny z terrorystami – samoloty będą bombardować rafinerie kontrolowane przez ISIS, a komandosi będą atakować kryjówki terrorystów.

Obwieścił więc budowę nowego światowego porządku. Dogadywania się z najsilniejszymi i wzmożenia działań pacyfikacyjnych amerykańskiej armii. A to oznacza eskalację zagrożeń.

Zazwyczaj jest tak, że wywrócenie starego porządku i zbudowanie nowego pociąga za sobą nowe konflikty zbrojne, nowe wojny. Musi polać się krew, by państwa potrafiły wypracować nową równowagę. Trzeba też pamiętać, że interwencje amerykańskiej armii powodują z reguły więcej szkód niż pożytku, tak jak w Iraku zamiast pokoju przynoszą wojnę. A jeśli będą kierowane ręką dyletanta, bo Trump w sprawach międzynarodowych jest dyletantem, zdanie to będzie podwójnie prawdziwe.

Świat razem z Trumpem wkracza więc w okres nieprzewidywalności i kolejnych konfliktów zbrojnych. Walki o nową równowagę, nowy układ sił, zwłaszcza że Ameryka obiektywnie słabnie, a Pax Americana odchodzi do przeszłości. To nieuchronne.


Dlaczego wygrał Trump?
Śmiejemy się z Donalda Trumpa, że nie zna się na świecie, że popełnia gafy, ale przecież wypowiedzi sympatyzujących z demokratami intelektualistów świadczą o tym, że oni również oderwali się od rzeczywistości.

Paul Krugman, laureat Nagrody Nobla, tłumacząc zwycięstwo Trumpa, mówił, że to bunt białych, źle wynagradzanych mężczyzn, mieszkających w regionach wiejskich, w przyczepach kempingowych. Ha! Nie wiedziałem, że pół Ameryki tak mieszka… Koalicja, która głosowała na Trumpa, jest znacznie szersza. Tworzyli ją i fundamentaliści religijni, i ci, którzy przegrali na globalizacji, i tradycyjni wyborcy Partii Republikańskiej, wreszcie ci, których raziła sama Hillary Clinton, którzy chcieli pokazać elitom z Waszyngtonu czerwoną kartkę.

Trump był bardziej wiarygodny od Hillary Clinton, gdy mówił o amerykańskiej biedzie i o tym, że trzeba wreszcie zacząć inwestować w samej Ameryce, tworząc tu nowe miejsca pracy.

Wydanie: 46/2016

Kategorie: Świat

Komentarze

  1. Dom
    Dom 15 listopada, 2016, 11:22

    Amerykański prezydent ma być korzystny dla Ameryki, nie dla Polski.
    To tak dla przypomnienia.
    I jeszcze jedno, prezydent elekt nie jest nad-prezesem, a to zmienia postać rzeczy.
    Można spać spokojnie.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. kot
    kot 19 listopada, 2016, 07:04

    Dla Ameryki zapewne będzie korzystny – a czy dla nas – to się okaże.
    Na pewno Trump, Orban, Kukiz i Kaczyński udowodnili że teraz jest czas, że ludzie wreszcie zaczęli głosować przeciwko systemowi. I to plus. Minusem jest to, że lewica nie przedstawiła żadnej sensownej oferty, i najchętniej chodzi ramię w ramię z liberałami obyczajowymi, zamiast zająć się konkretami.

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. kaktusnadłoni
    kaktusnadłoni 20 listopada, 2016, 05:50

    Dla mnie ważna jest Polska. Ameryka, jak Nowa Gwinea – to dalekie, zamorskie kraje. Zacytuję z papierowego wydania takie zdanie:

    [c] A cena tego resetu może być jedna – Putin dostanie wolną rękę na ułożenie sobie obszaru poradzickigo. [/c]

    Nie mam zaufania do polityków partyjniackich zależnych nie od narodu, a od central partyjnych. Nie możemy jak wyklęci czekać na wojnę światową, musimy żyć tu i teraz w takich realiach geopolitycznych jakie są. Obrażanie Francuzów, Niemców, a lizanie tyłka Amrykanom może się skończyć lizaniem tyłka Putinowi.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy