Antysemityzm po izraelsku

Antysemityzm po izraelsku

Młodzi Rosjanie nienawidzą izraelskiego społeczeństwa, bo czują się tutaj pogardzaną kastą przybyszy

Korespondencja z Tel Awiwu

W Izraelu nie brakuje Żydów, którzy uważają, że gdyby na świecie nie było antysemityzmu, należałoby go stworzyć przy pomocy filozofów i alchemików, a powodów ku temu jest zatrzęsienie. Nie brakuje także Żydów antysemitów, do których ostatnio izraelskie media zaliczają Stevena Spielberga z powodu jego nowego filmu „Monachium”, obdarzającego terrorystów ludzką twarzą.
Dzięki antysemityzmowi Żydzi dorobili się własnego państwa, poczęli się w nim osiedlać i bronić. Dzięki antysemityzmowi Żydzi oparli się pokusie asymilacji i pozostali narodem. Antysemityzm zagraża Żydom, odkąd Żyd pamięta, antysemityzm doprowadził już do prześladowań broczących żydowską krwią, ukoronowanych niemiecką zbrodnią Holokaustu, wobec czego potrafi mobilizować i usprawiedliwiać. Jedynie antysemityzm izraelski nadal pozostaje pojęciem, z którym Żydom trudno się pogodzić.

Punki z Hitlerjugend

Grupa izraelskich punków gryzie pestki i ćpa śmierdziele na ławkach ronda Dizingoff, opodal kolorowej fontanny zaprojektowanej przez artystę Agama i postawionej za pieniądze żydowskiego milionera z Frankfurtu, Josele Buchmana, króla lupanarów. Do niedawna z fontanny Agama tryskała woda spleciona z ogniem, ale ogień zgasł, kiedy Buchman zszedł z tego świata i zaprzestał pokrywania rachunków za gaz.
Telawiwscy mołojcy z ronda Dizingoff nie ukrywają ramion pokrytych gotyckimi tatuażami, swastykami, niemieckimi orłami, godłami SS i trupimi czaszkami. Mówią między sobą głośno po rosyjsku, ale używają wyszukanego slangu, trudnego do zrozumienia. Odpowiadają soczystymi hebrajskimi przekleństwami na zaczepki przechodniów, prowokowanych ich wyzywającymi fryzurami, sterczącymi jak kogucie grzebienie, pokrytymi tatuażem nagimi brzuchami ich koleżanek, przekłutymi agrafkami uszami, wargami, brwiami i policzkami. Jest to zadziwiające i jedyne w swoim rodzaju połączenie niegdysiejszych organizacji Hitlerjugend i Bund Deutscher Madel z rekwizytami punkowego, anarchicznego stylu. To z tej grupy, jak mnie uprzedzono, wywodził się izraelski żołnierz, u którego przy rutynowym badaniu lekarskim ujawniono hitlerowskie tatuaże.
Dowódca jednostki zarządził odizolowanie nosiciela swastyk i emblematów SS w wojskowym więzieniu nr 6, nastepnie zaalarmował Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Wszczęto postępowanie zezwalające na odesłanie żołnierza do Rosji, po pozbawieniu go obywatelstwa izraelskiego, „uzyskanego drogą oszustwa”, ale władze okazały się bezradne. Mieszkająca bowiem w Tel Awiwie matka antysemicko zorientowanego komandosa jest pełnowartościową Żydówką, a nie gojką Rosjanką, jak dowodziły hebrajskie media.

Bunt mołojców

Z kilkoma butelkami piwa w reklamówce zasiadłem na białej ławce, opodal grupy Rosjan. – Napijecie się? – zapytałem i pokazałem flaszkę Makabi. Spojrzeli na mnie podejrzliwie, ale jeden z nich, wyglądający na prowodyra, powiedział po hebrajsku, że osobiście nie odmawia piwa i bijatyki. – Ile tego masz? – zapytał. Pokazałem zawartość reklamówki, skinął głową z uznaniem i zachęcił kolegów. Poleciały z butelek kapsle i przystąpiliśmy do picia.
Kusiło zapytać, skąd u mołojców te ciągoty do hitlerowskich tatuaży i rekwizytów, takich jak klamra na pasku podtrzymującym dżinsy z wybitą swastyką i hasłem Gott mit uns. Czy to tylko dekoracja, mająca na celu zdenerwowanie izraelskich Żydów, czy też przejaw ideologii? Ale zapytałem jedynie, czy zebrali się pod fontanną w celu wspólnego pomodlenia się za zdrowie premiera Szarona, walczącego ze śmiercią w szpitalu Hadassa. Odpowiedzieli wybuchem żywiołowego śmiechu, a dziewczyna w skórzanej kurtce powiedziała, że ona się za Szarona nie pomodli, choćby ją nożem krajano.
– Całe lato modliłam się, żeby go pokręciło, kiedy naszą rodzinę żołnierze wynosili z osiedla w Strefie Gazy, powiedziała. Nie obchodziło go, kiedy moja babcia zemdlała.
Nie chciałem kontynuować tematu. Zainteresowałem się tylko, kto im wykonał tatuaże, „bo znam kogoś, kto też chciałby się wyróżniać”. Podali mi namiary na Saszę i pożegnaliśmy się. Kiedy odchodziłem, zajęci byli wrzucaniem pustych butelek do fontanny.

Swastyka koło pępka

Uliczka na zapleczu centrum handlowego Dizingoff, niedaleko od miejsca, gdzie przed kilkoma laty morderczy atak terrorysty samobójcy przyniósł śmierć i zniszczenie. Małe mieszkanie na drugim piętrze. Rozmawiam z Rosjaninem Saszą o tatuażu, że mnie interesuje, „bo moja córka zamierza się ozdobić, czy to boli? Czy możliwe jest zakażenie? Ile kosztuje?
Dowiaduję się, że tatuaż nie boli, zakażeń nie ma. Cena zależy od wielkości, wybranego tematu i ilości kolorów. Oglądam katalogi. Wśród kwiatów, zwierząt i roślin bogata kolekcja hitlerowskich emblematów. Tych samych, które widziałem na rondzie Dizingoff.
– Jestem chudożnikiem (artystą) – informuje Sasza. – Mogę zrobić dokładnie jak tutaj na rysunku, ale mogę też połączyć dekoracyjnie elementy. Jak sobie życzy klient.
Pytam o niemieckie symbole. – Kto to zamawia, czy tylko młodzi Żydzi rosyjscy?
Słyszę, że nie tylko. – Jedna hebrajska panna kazała sobie wytatuować małą swastykę koło pępka, bo that’s cool.
– Dlaczego wybierają właśnie germańskie motywy?
– Bo protestują – tłumaczy Sasza nakłuwacz. – Coś o tym wiem, bo nie można robić w tatuażu, kiedy się nie jest psychologiem. Nie lubią żydowskiego państwa, które upokorzyło ich rodziców i stało się więzieniem, bo wszyscy tu pobrali pożyczki, żeby jako tako się urządzić, i nie mogą wyjechać, póki nie spłacą bankom kredytów. A z czego spłacą? Z gry na skrzypcach na ulicy? Z zasiłku dla bezrobotnych czy ze starczej renty?
– Każą sobie nakłuwać skórę na esesmana pożeracza Żydów, żeby miejscowi wiedzieli, że w kraju, gdzie holokaust jest świętym słowem, oni są przeciw. Nienawidzą izraelskiego społeczeństwa, które ich ma za nic, nie chcą języka, którego i tak nie zdołają opanować jak tubylcy, wobec czego zawsze będą tutaj pogardzaną kastą przybyszy.
Nienawidzą miejscowego rówieśnika, który jeździ błyszczącym japońskim dżipem za pół miliona szekli, więc zdobią się symbolami budzącymi u izraelskich Żydów strach – jak czarny owczarek niemiecki. Gdzie tylko mogą, polują na tubylców, tłuką ich kastetami pod dyskotekami i w parkach, tną nożami, dorabiają się teczek na policji, trafiają z wyrokiem za kraty.
Punkowanie chroni ich przed poborem do wojska, bo wojsko boi się punków jak zarazy, co się może rozprzestrzenić. A wojska nie chcą, bo ni stąd ni zowąd 70% zabitych żołnierzy to emigranci z Rosji, chociaż tylko 18% poborowych to Rosjanie.
– Kiedy to państwo powstawało, przyjechali tu ludzie prosto z obozów – pouczyłem Saszę nakłuwacza w rewanżu za referat o telawiwskich punkach. Była wojna wyzwoleńcza i miejscowi pognali niewyszkolonych przybyszy prosto na front. Nowi emigranci nie znali komend wydawanych po hebrajsku, nie umieli strzelać i w ataku pod Latrun kładli się pokotem. Tych, co przeżyli, izraelskie sabry nazywały sabonim (mydło), a ci co padli, nie dostali izraelskiego obywatelstwa. Nawet pośmiertnie.
– Walla – zdziwił się po hebrajsku Sasza. – Myślałem, że tę pogardę dla obcych oni liznęli dopiero teraz, kiedy tak nieprzytomnie się wzbogacili. Jeszcze za biedy byli tacy?
Dzwonek. W drzwiach staje para, chłopak i dziewczyna. Nawet nie punki, ale z daleka widać że Rosjanie.- Tatuaż można? – pytają.

Bubis oskarża Izrael

Prawa autorskie do określenia „izraelski antysemityzm” należą do multimilionera Ignatza Bubisa, zmarłego w 1999 r. we Frankfurcie byłego prezesa Centralnej Rady Żydów w Niemczech i członka Międzynarodowego Kongresu Żydowskiego. Przed 15 laty Ignatz Bubis wygłosił w Warszawie odczyt na temat antysemityzmu i nazajutrz po odczycie udzielił wywiadu ówczesnemu korespondentowi gazety „Haaretz”, którym był piszący te słowa.
Zgodnie z metodą zastosowaną 12 lat później przez Adama Michnika przybyłem do hotelu Victoria wyposażony w dwa magnetofony, bo jeden lubił szwankować. Zasiedliśmy w lobby i już po chwili zauważyłem, że prezes Bubis, zmylony językiem używanym podczas wywiadu, bierze mnie za polskiego dziennikarza i stara się stonować krytykę polskiego antysemityzmu, stanowiącą naczelną tezę wczorajszego odczytu.
– Powiedzmy szczerze, że żadne przejawy chorobliwego antysemityzmu notowane we współczesnym świecie, w Polsce i gdzie indziej nie umywają się nawet do wyuzdanego antysemityzmu izraelskiego! – stwierdził Ignatz Bubis i odmalował przykładowo objawy wrogiego stosunku izraelskiego społeczeństwa do jego osoby. – Jedynie w Izraelu spotykam się z jawną, antysemicką nienawiścią. Nawet postawienie przeze mnie synagogi w Ejlacie ani też ufundowanie stypendium studenckiego mojego imienia nie zmieniło tego absurdalnego stosunku do mnie, nacechowanego wrogością i podejrzliwością. Izraelscy antysemici zarzucają mi, że zdecydowałem się na zamieszkanie w Niemczech. Obrażają mnie podczas spotkań i wysoce niepochlebnie wyrażają się o mnie w gazetach.
– Może fascynuje ich tajemnica pańskiej zawrotnej kariery osobistej i finansowej – rzuciłem prowokacyjnie. – Może Izraelczycy są po prostu urzeczeni faktem, że doszedł pan do milionowej fortuny krótko po opuszczeniu hitlerowskiego obozu koncentracyjnego w pasiaku i w drewnianym obuwiu?
– A ja panu mówię, że izraelski antysemityzm nie ma równego w świecie! – zaperzył się Bubis. – Izraelscy Żydzi są chorobliwymi antysemitami! Nienawidzą mnie za to, że żyję, za to, że przeżyłem Shoah, za to, że jestem aszkenazyjskim Żydem, a nie takim z północnej Afryki jak oni, że ośmielam się funkcjonować finansowo bez wchodzenia z nimi w spółki, bez ich pomocy i bez opłacania antysemickiemu Izraelowi myta za swoje dochody! – pienił się Bubis. Nawet nie zauważył, że obydwaj przeszliśmy na język hebrajski.
– Pana oskarżenia Izraela o antysemityzm z pewnością zainteresują czytelników „Haaretz” i zmuszą ich do daleko idących przemyśleń – powiedziałem osłupiałemu prezesowi.
– Pan jest z Izraela? – zdenerwował się Bubis i począł zmieniać front. – Ja nie mówiłem do Izraela! Proszę mi natychmiast oddać kasetę! – wykrzyknął. Posłusznie zatrzymałem magnetofon, wyjąłem kasetę i wręczyłem przywódcy niemieckich Żydów w nadziei, że drugi mały magnetofon pracuje w teczce jak najęty. W izraelskim dziennikarstwie nie obowiązują zasady savoir-vivre’u. Nazajutrz po naszym warszawskim spotkaniu „Haaretz” opublikowała słowo w słowo wysłuchane przeze mnie oskarżenia Bubisa pod adresem Izraela, że jest państwem antysemickim, małostkowym, nacechowanym zawiścią i ksenofobią.

 

 

Wydanie: 3/2006

Kategorie: Świat
Tagi: Edward Etler

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy