Pogrom politycznych dinozaurów

Pogrom politycznych dinozaurów

Oburzeni szerzącą się korupcją Czesi w wyborach odwrócili się od wielkich partii

Wybory w Czechach doprowadziły do politycznego trzęsienia ziemi. Największe poparcie zdobyli socjaldemokraci, lecz to centroprawica przejmie ster państwowej nawy. Obywatele pokazali żółtą kartkę wielkim partiom, które uznali za skostniałe, skorumpowane i uwikłane w afery. Młodzi ludzie głosowali na prawicę w obawie przed greckim scenariuszem.
Do parlamentu weszły dwa nowe ugrupowania. Być może w Pradze powstanie stabilna większość rządowa, która przeprowadzi reformy. „Czeska scena polityczna stanęła w obliczu największego przełomu od 1989 r.”, ocenia politolog Tomas Lebeda.
W elekcji, która odbyła się 28 i 29 maja, Czeska Partia Demokratyczna (CSSD) zdobyła 22,8% głosów (w wyborach w 2006 r. to ugrupowanie uzyskało o ponad 10% większe poparcie). Socjaldemokraci liczyli jednak na 30% oraz na to, że utworzą rząd tolerowany przez komunistów. Na taką czerwoną konstelację nie wystarczy jednak mandatów. Komunistyczna Partia Czech i Moraw dostała 11,7% głosów (w 2006 r. – 12,8%). Komuniści od lat pozostawali w politycznej izolacji. Jako jedyni w Europie Środkowo-Wschodniej nie odcięli się od przeszłości, nie przeprowadzili reform. Mieli nadzieję, że po majowych wyborach będą mogli w zamian za poparcie w parlamencie wpływać na socjaldemokratyczny rząd. Te oczekiwania się nie spełnią.
Konserwatywna Obywatelska Partia Demokratyczna (ODS), której liderem jest Petr Necas, otrzymała nieco ponad jedną piątą głosów, aż o 15% głosów mniej niż przed czterema laty. W 2006 r. obie wielkie partie – socjaldemokraci i ODS, zdobyły łącznie 70% poparcia. Obecnie obdarzyło ich zaufaniem tylko 42% elektoratu.
Chrześcijańscy demokraci oraz Zieloni po raz pierwszy od 20 lat znaleźli się poza parlamentem. Ze stanowiska zrezygnowali przygnębieni wynikiem elekcji szef socjaldemokratów Jiri Paroubek, lider chadeków, były minister spraw zagranicznych Cyril Svoboda oraz przywódcy dwóch innych partii. Komentatorzy mówią o pogromie politycznych dinozaurów.
Po raz pierwszy do legislatywy weszły dwa nowe ugrupowania. Konserwatywno-liberalna TOP 09 (Tradycja, Odpowiedzialność, Prosperity) uzyskała 16,7% poparcia. Partię tę założył 72-letni dystyngowany arystokrata, były szef dyplomacji i polityk zdecydowanie proeuropejski, Karel Schwarzenberg. Media czeskie twierdzą, że Schwarzenberg,

pan na włościach i zamkach,

zwany nad Wełtawą po prostu księciem, został prawdziwym zwycięzcą majowych wyborów.
10,88% obywateli oddało głosy na prawicowo-populistyczną partię Sprawy Publiczne (VV), którą utworzył popularny dziennikarz telewizyjny i tropiciel skandali, Radek John.
Ugrupowania centroprawicowe – ODS, TOP 09 i VV – mają razem 118 mandatów w liczącej 200 miejsc izbie niższej parlamentu. Otworzyła się przed nimi możliwość zakończenia chocholego tańca polityki czeskiej.
Chocholi taniec kręcił się w Pradze od 1993 r. (kiedy Czechy rozstały się ze Słowacją). Na scenie politycznej obozy konserwatywny i lewicowy miały mniej więcej równe siły, co często prowadziło do sytuacji patowej i ogólnej niemożności w trochę melancholijnym czeskim stylu. W marcu 2009 r. parlament z inicjatywy socjaldemokratów przegłosował wotum nieufności wobec rządu premiera Mirka Topolánka z ODS. Stało się to w samym środku czeskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Nie trzeba dodawać, że po takiej turbulencji powaga Republiki Czeskiej w UE mocno ucierpiała, a prezydencja, łagodnie to ujmując, nie przyniosła sukcesu.
W maju 2009 r. na czele ponadpartyjnego rządu ekspertów stanął kompetentny i skromny ekonomista Jan Fischer. Zdany na poparcie wielkich ugrupowań mógł tylko administrować krajem. Początkowo Fischer miał jedynie doprowadzić do przedterminowych wyborów w listopadzie 2009 r., niespodziewanie jednak parlament uznał, że elekcja powinna odbyć się w normalnym terminie. W rezultacie przez rok w Czechach sprawował władzę rząd niezdolny do reformowania kraju i toczyła się rekordowo długa kampania wyborcza.
Zdominowały ją sprawy gospodarki i polityki wewnętrznej. Rodacy Jana Husa i Tomása Masaryka nie toczyli dyskusji w kwestiach np. kształtu Unii Europejskiej czy zbyt dużej zależności od rosyjskich surowców energetycznych. Obywatele obawiali się natomiast scenariusza greckiego w swym kraju. Teoretycznie sytuacja ekonomiczna Czech nie jest zła. W 2009 r. czeska ekonomia skurczyła się wprawdzie o 5%, dla bieżącego roku przewidywany jest jednak niewielki wzrost. Dług publiczny sięga 35% produktu krajowego brutto, co stanowi połowę średniej dla UE i mniej niż jedną trzecią długu Grecji. Ekonomiści ostrzegają jednak, że o wprowadzeniu euro w dającej się przewidzieć przyszłości nie ma mowy. Zadłużenie może zaś dramatycznie wzrosnąć, jeśli rząd nie uzdrowi budżetu, a zwłaszcza nie przeprowadzi reformy systemu emerytalnego. W Czechach, inaczej niż w Polsce i na Węgrzech, opiera się on tylko

na jednym filarze.

Składki pobiera i świadczenia wypłaca państwowy Czeski Zakład Ubezpieczeń Społecznych. To rozwiązanie bardzo kosztowne, zdaniem wielu ekspertów, nie do utrzymania także z uwagi na starzenie się społeczeństwa. Młodzi obawiają się, że system w końcu się załamie, a oni zostaną bez emerytur, skonsumowanych przez starsze pokolenia. Od ponad 20 lat żaden rząd w Pradze nie ma odwagi wziąć się z systemem emerytalnym za bary. Politycy są pewni, że każda władza, która się na to ośmieli, dozna sromotnej klęski wyborczej.
Paradoksalnie to właśnie młodzi, obawiający się o przyszłość, oddali głosy na centroprawicę. Ugrupowanie seniora Schwarzenberga, zachowującego się i wyglądającego jak XIX-wieczny hrabia, zdobyło 29% młodego elektoratu. Wielu młodych wsparło także prawicowego populistę Radka Johna. Partia VV wysyłała obywatelom fikcyjne wezwania do zapłaty długu w wysokości 5 tys. euro. Tyle państwowego zadłużenia przypada na jednego mieszkańca. Tego rodzaju agitacja wyborcza zrobiła wielkie wrażenie.
Partie lewicy nie znalazły recepty na sukces. Socjaldemokraci hojnie szafowali obietnicami. Zgodnie z tradycyjnym programem lewicy przyrzekali wzrost inwestycji państwowych i wydatków na cele socjalne przy zachowaniu równowagi budżetowej. Przez długie tygodnie wydawało się, że tego rodzaju kampania przyniesie zwycięstwo. Sondaże dawały CSSD znakomity wynik, który miał umożliwić czerwonym stworzenie mniejszościowego rządu, tolerowanego przez komunistów. W końcu jednak wielu racjonalnie myślących Czechów uznało, że w czasach kryzysu zapewnienia socjaldemokratów są gruszkami na wierzbie. Bardziej przekonujący okazał się Schwarzenberg, który uświadamiał piwoszy w zadymionej praskiej knajpie Pod Czterema Bernardynami: „Nie możemy składać ludziom bezgranicznych obietnic. Społeczeństwo się starzeje, systemy emerytalny i opieki zdrowotnej muszą zostać zreformowane aż do fundamentów. To gorzkie pigułki, które będziemy musieli przełknąć w najbliższych latach”.
Do porażki socjaldemokratów z pewnością przyczyniła się także mało atrakcyjna osobowość ich lidera. Paroubek przez wielu odbierany jest jako arogancki, nieudolny aparatczyk, kierujący partyjną sitwą. Komuniści, z uporem trzymający się starych sztandarów, prawdopodobnie stracą znacznie – mają swój żelazny elektorat, ale nowego nie zdobędą.
Nad republiką krąży widmo korupcji. Obywatele uważają, że łapownictwo jest najbardziej palącym problemem kraju. Zdaniem większości Czechów, obie dominujące partie – socjaldemokraci i ODS – tkwią po szyję w aferalnym bagnie, w pięknej Pradze zaś rządzą kliki partyjniaków i kolesiów, którzy podzielili między siebie lukratywne posady i kontrakty. Także z uwagi na swoje, prawdziwe i domniemane, korupcyjne machinacje wielkie partie straciły tak wiele głosów. Ugrupowanie Schwarzenberga zdobyło znaczne poparcie także dlatego, że książę jest bajecznie bogaty. Tak więc, zdaniem wielu Czechów, nie potrzebuje brać łapówek ani kraść.
Hasła walki z korupcją wypisały sobie na sztandarach wszystkie partie. Radek John wysyłał do kandydatów swej partii zaufanych prowokatorów, próbujących wręczać im pieniądze. Ten, kto dał się skusić, natychmiast był skreślany z listy. Walkę wyborczą prowadzono bez pardonu. Były premier Milos Zeman podsumował złośliwie: „Kampania częściowo opierała się na deklaracjach, że jedna partia jest genialna, a wszystkie inne to kryminaliści albo głupcy. Wynikiem tej antykampanii jest to, że wyborcy będą wszystkie partie uważali za kryminalistów albo głupków i że żadna z nich nie jest genialna”.
Kiedy wreszcie rozstrzygnął elektorat, krajobraz polityczny Czech zasadniczo się zmienił. Praski politolog Michal Klima ocenia: „Wybory

rozstrzygnęli młodzi ludzie,

których zniechęciła brutalna propaganda wielkich partii. Elity, zbyt długo siedzące przy pełnych garnkach aparatu rządowego, przeżywają kryzys”.
Lewica będzie musiała wyciągnąć wnioski ze swych błędów i zastanowić się nad zmianami programowymi. Wiele wskazuje na to, że w Pradze wreszcie rozpocznie pracę stabilny rząd, zdolny do przeprowadzenia reform. Jeśli Karel Schwarzenberg znów obejmie tekę szefa dyplomacji, stanie się przeciwwagą dla znanego z antyeuropejskiej retoryki prezydenta Vaclava Klausa. Ale nad Wełtawą nic nie jest pewne. Rozmowy koalicyjne okazały się trudne. Pozujący na buntownika Radek John oskarża ODS i TOP, że mają zbyt łagodny program walki z korupcją. Twierdzi, że VV do rządu nie wejdzie, może najwyżej tolerować go przez pewien czas. Nowy lider socjaldemokratów Bohuslav Sobotka głosi, że to jego partia powinna dostać od prezydenta misję utworzenia gabinetu (chociaż nie może liczyć na poparcie innych ugrupowań). Czy w Pradze znów dojdzie do paraliżu politycznego?

Wydanie: 23/2010

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy