Apokalipsa z happy endem

Apokalipsa z happy endem

„Melancholia” von Triera to film nie tyle o końcu świata, ile o stanie naszych umysłów
Korespondencja z Cannes

Gdybym miała jednym tylko słowem określić „Melancholię”, najnowszy duński film Larsa von Triera, który już można oglądać na naszych ekranach, powiedziałabym, że to kino transowe. Czyli takie, które oddziałuje na zmysły i emocje widzów w sposób totalny. Hipnotyzuje i obezwładnia, ale bez dojmującego jak przy „Tańcząc w ciemnościach” poczucia zmanipulowania. Bo oto wreszcie po nierównym, niewolnym od pułapek kiczu i grafomanii, choć wyrafinowanym stylistycznie „Antychryście” von Trier znalazł właściwą i przekonującą formę dla swoich depresyjnych cierpień zrodzonych z wątpliwości, lęków, obsesji, poczucia wszechogarniającej pustki, wewnętrznej apokalipsy, wypalenia. Ten film jest więc nie tyle o końcu świata zagrożonego zagładą z powodu kolizji Ziemi z planetą o wdzięcznej nazwie Melancholia, ile o stanie naszych umysłów. O tym, jak różnie reagujemy, myśląc o ostatecznej katastrofie, i jak się zachowujemy w sytuacji ekstremalnej.
Dla melancholiczki Justine (Kirsten Dunst), która właśnie wychodzi za mąż i jest porte-parole reżysera, życie to

nieustający korowód rytuałów.

Nic nie znaczą, są puste, choć zarazem uwodzicielsko piękne. Romantyczna sceneria zamku, w którym odbywa się uroczystość weselna, wspaniały park, eleganckie kreacje gości, wykwintne potrawy, szampan, toasty, życzenia i tańce przez chwilę pozwalają Justine zapomnieć o depresji. Świetnie udaje szczęśliwą pannę młodą, ale tak naprawdę szybko przekonuje się, że to kolejny rytuał, który nie sprawi, że jej życie stanie się „normalne” i uporządkowane, tak jak jej starszej siostry Claire (Charlotte Gainsbourg),
zadowolonej z życia mężatki i matki kilkuletniego chłopca. Justine zaczyna zachowywać się dziwnie, opuszcza wybranka, chowa się w łazience, szuka samotności w parku i w lesie. Biel sukni, welonu i jej ciała przepięknie, ale zarazem niepokojąco kontrastuje z nocnymi krajobrazami, na które rzucają tajemniczą poświatę dwie planety (uznanie dla operatora Manuela Alberta Clara). Księżyc i potężniejące w oczach ciało obce podkreślają dysharmonię, wzmagają niepokój. Justine zapada się w swojej depresji, czuje się, że między nią i otoczeniem jest szyba. Kirsten Dunst z aktorki, która dotąd kojarzyła się z repertuarem rozrywkowym (dziewczyna Spidermana), wyrasta u Triera na

wielką ekranową osobowość,

słusznie nagrodzoną Złotą Palmą za najlepszą kreację kobiecą.
Claire jak zawsze z oddaniem opiekuje się siostrą. Jednak i w niej coś pęka. Uporządkowana, rozsądna kobieta zaczyna wpadać w panikę. Podczas gdy Justine wraca do równowagi, Claire opanowuje histeria. Nie chce umierać. Ma tak wiele do stracenia: męża, synka, zamek, interesy. Justine dla odmiany czeka na apokalipsę ze spokojem. Ona już dawno tę swoją wewnętrzną przeżyła. Siostry są jak dwie planety na niebie, tak różne, a jednak przyciągające się. To, co i tak ma nadejść i od czego nie ma ucieczki, staje się w tym filmie rodzajem oczyszczenia. Nie tylko zbliża do siebie siostry jak nigdy wcześniej, każe zedrzeć maski, ale w ostatecznej godzinie daje im siłę, by stawić czoła nieuchronności. Finałowa scena, w której siadają w szałasie z patyków, trzymając się za ręce, nie jest chowaniem głowy w piasek, ale heroicznym czekaniem na apokalipsę, gestem gotowości na jej przyjęcie.
Jeśli więc zagłada może mieć happy end, to ta w wydaniu von Triera go ma. Jeśli jeszcze przy tym jest porażająco piękna, to nazywa się „Melancholia”. Obraz końca i towarzyszący mu dźwięk to

kulminacja emocji,

których długo nie zapomnę. To nic, że to tylko fantazja von Triera i że nasza apokalipsa, gdyby do niej doszło, nie będzie według naukowców tak oszałamiająca ani tym bardziej romantyczna.
Nie wiem, czy von Trier inspirował się filmem Altmana „Na skróty”, gdzie w finale trzęsie się ziemia, a zwłaszcza „Magnolią” Paula Thomasa Andersona, gdzie zamiast oczyszczającego deszczu na miasteczko spadają żaby, ale w otwierającej „Melancholię” uwerturze do opery Wagnera „Tristan i Izolda” na ziemię spadają martwe gołębie. Z uniesionych ku górze palców Justine wydobywają się zaś białe strużki dymu. To zapowiedź apokalipsy, która przyjdzie z nieba, ale w przeciwieństwie do Altmana czy Andersona nie wydaje mi się, by ta zagłada funkcjonowała jako rodzaj kary za nasze doczesne życie. Jest to jak najbardziej świecka i ludzka próba zmierzenia się z nieuchronnym, ale najpierw z demonami, które siedzą w każdym z nas. I z formą, konwencją, rytuałem, które nas tłamszą. Jak dla mnie „Melancholii” bliżej do naszego Gombrowicza niż do krzyżówki „Festen” z „Armageddonem”.

Wydanie: 22/2011

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy