Art investing po polsku

Art investing po polsku

140 mln dolarów to aukcyjny rekord świata. Za tyle sprzedano obraz Jacksona Pollocka „No. 5, 1948”. Najdroższy polski obraz – „Rozbitek” Henryka Siemiradzkiego – kosztował 2,13 mln zł

W 1904 r. francuski finansista André Level namówił 12 innych osób do zainwestowania 212 franków w fundusz inwestycyjny „La Peau de l’Ours” – czyli „Skórę Niedźwiedzia”. Nietypowy fundusz skierowany był na rynek sztuki współczesnej, a inwestorzy w ciągu następnych dziesięciu lat kupili ponad 100 dzieł takich mistrzów jak Picasso czy Matisse. Cała kolekcja została sprzedana w 1914 r. podczas aukcji w paryskim Hôtel Drouot. Ceny niektórych dzieł wzrosły dziesięciokrotnie, a w ogólnym rozliczeniu fundusz przyniósł swoim udziałowcom poczwórny zysk. W ten sposób powstał art investing.

Wielki świat…
140 mln dol. to nowy aukcyjny rekord świata, ustanowiony w listopadzie bieżącego roku przez meksykańskiego multimilionera Davida Martineza. Tyle właśnie zapłacił za obraz amerykańskiego artysty Jacksona Pollocka, „No. 5, 1948”. Ceny, jakie osiągają dzieła sztuki na świecie, nie dziwią, skoro cały ten rynek wyceniany jest na setki miliardów dolarów. Raport profesorów ekonomii Michaela Mosera i Jianping Mei z New York University z 2002 r. informował, że zyski z obrotu dziełami sztuki są porównywalne do tych uzyskiwanych z inwestowania w spółki indeksu S&P 500 na nowojorskiej giełdzie. W ostatnich latach pojawiły się jednak pogłoski o rychłej recesji na rynku obrotu sztuką, który przypomina nadmuchany do granic możliwości balon. Czarnym wizjom przeczą pojawiający się nowi inwestorzy, pochodzący nie jak do tej pory, z USA i Europy Zachodniej, ale z Chin, Brazylii czy Rosji, którzy hojnie płacą za dzieła swoich ulubionych artystów.

…i polska rzeczywistość
Nad Wisłą takie ceny nikomu się nawet nie śnią. Polski rekord to 2.130.000 zł, uzyskany w 2000 r. za obraz Henryka Siemiradzkiego „Rozbitek”. Zapóźnienie polskiego rynku obrotu sztuką można tłumaczyć krótką tradycją tego typu transakcji w naszym kraju. Jej początki dała ustawa o działalności gospodarczej z roku 1988 – wtedy właśnie powstały pierwsze polskie domy aukcyjne. Ogromne znaczenie dla rynku miało ujednolicenie i urealnienie kursu dolara rok później. Dzięki tej operacji można było ustalić rzeczywistą wartość dzieła sztuki podczas swobodnej, publicznej licytacji, możliwe stało się także porównywanie cen antyków w Polsce i na Zachodzie. To z kolei skłoniło ludzi do wystawienia na sprzedaż eksponatów z rodzinnych kolekcji. Pojawili się także kupcy, ludzie sukcesu początków polskiego kapitalizmu, którzy zapragnęli otaczać się sztuką. Rynek napędzał się więc sam, ceny rosły w zawrotnym tempie, aż w latach 1992-1993 nastąpiła krótka zapaść. Kryzys pochłonął kilku dużych graczy w branży, jednak ci, którzy przetrwali, do dzisiaj korzystają z profitów, jakie przynosi rozwijający się rynek sztuki w Polsce.

Wszyscy znają wszystkich
W Polsce działa 15 domów aukcyjnych i kilkaset dużych antykwariatów i galerii, jednak najbardziej liczą się warszawskie firmy: Rempex, Desa Unicum, Agra Art i Polswiss Art. Od czerwca 1997 r. w Krakowie istnieje Stowarzyszenie Antykwariuszy Polskich (od czerwca 1998 r. jest członkiem Międzynarodowej Unii Antykwarycznej – CINOA). Mają miejsce także inne inicjatywy spajające środowisko, jak niedawne – czwarte już Warszawskie Targi Sztuki, na których spotkało się kilkudziesięciu przedstawicieli branży z całej Polski.
– Najbardziej charakterystyczną cechą polskiego rynku sztuki jest zamknięty krąg osób, zarówno w branży, jak i pośród klientów – twierdzi Piotr Lengiewicz, prezes zarządu Domu Aukcyjnego Rempex. – W Polsce brakuje klasy średniej, która miałaby czas i środki do zainteresowania się sztuką. U nas ludzie najpierw kupują mieszkanie i samochód, a przez kolejne kilkadziesiąt lat zajęci są bardziej spłacaniem kredytu, niż inwestowaniem w sztukę – dodaje.
Szansą dla polskiego rynku obrotu sztuką mogłyby być zakupy dzieł sztuki przez duże firmy i korporacje finansowe. Katarzyna Włodarska, redaktor miesięcznika „ART & Business”, przypomina hasło amerykańskiego koncernu Philip Morris: „Trzeba sztuki, by firma stała się wielka”. – Nasi rodzimi przedsiębiorcy stopniowo odkrywają prawdę od wielu lat znaną za oceanem, tam art investing pod względem dochodowym traktowany jest na równi z inwestowaniem w nieruchomości – zauważa Katarzyna Włodarska.
– Poza tym sama obecność dzieł sztuki w firmie podnosi jej prestiż, obrazy czy rzeźby stają się widocznym dla wszystkich dowodem posiadania kapitału – dodaje redaktor naczelna „ART & Business”.
Świadome możliwości zarobienia na sztuce są także banki, które przygotowały dla swoich klientów specjalną ofertę, tzw. art banking. Na polskim rynku bankowym usługi takie świadczą m.in. szwajcarski UBS, Deutsche Bank i Citibank Handlowy. Usługa art banking polega na pomocy tym klientom banku, którzy chcieliby zainwestować w sztukę. Bank wyznacza doradcę inwestora, który po przeanalizowaniu ryzyka i możliwości zarobienia na konkretnym dziele sztuki udzieli wsparcia kolekcjonerowi. Jednak, jak podkreśla doktor Karl Schweitzer, dyrektor działu art banking w UBS: – Dzieła powinny być kupowane głównie dlatego, że stanowią obiekty, które nabywca doceni i będą stanowić dla niego wartość bardziej emocjonalną niż finansową. Klienci chcą zatrzymać dzieło sztuki, a nie sprzedawać je natychmiast, traktując jako inwestycję.

Wilde, styl i sypialnia
Domy aukcyjne i galerie w różny sposób próbują przyciągnąć nowych i utrzymać starych klientów. Niektóre konstruują ofertę o określonym profilu, pragnąc specjalizować się w konkretnym dziale sztuki. Inne, jak Rempex, wychodzą z założenia, iż klientom należy oferować obiekty artystyczne na każdą kieszeń i z rozmaitych dziedzin. Przygotowano tu także aukcje tematyczne: fotografii, tkaniny i broni. Firma ma też doskonały internetowy system aukcyjny, jednak kupowanie drogich rzeczy na podstawie „jotpegów” to wciąż melodia przyszłości.
A jaka ta przyszłość będzie, tego właściwie nikt nie wie. Tak jak sytuacja na giełdzie papierów wartościowych zależy od setek czynników biznesowo-politycznych, tak dla rynku sztuki ogromne znaczenie mają panujące obecnie trendy w kulturze czy mody na konkretne nazwiska twórców. Zabójstwo Zdzisława Beksińskiego znacznie podniosło ceny jego obrazów, dzięki filmowi „Mój Nikifor” wzrosła wartość dzieł tego twórcy. – Inwestycja w sztukę jest pewna, ale tylko w okresie długoterminowym, czyli mniej więcej dziesięcioletnim – ostrzega prezes Lengiewicz wszystkich tych, którzy sądzą, że na sztuce można zarobić łatwo, szybko i przyjemnie.
Dowodem na poprawę sytuacji w tej dziedzinie była liczba gości odwiedzających IV Warszawskie Targi Sztuki. Kupujących było co prawda wciąż za mało, ale osoby z branży cieszy większe zainteresowanie sztuką wśród zwykłych ludzi, wyraźnie odczuwalne na tej imprezie.
Oscar Wilde napisał: „Każda sztuka jest bezużyteczna”. Nie wiadomo jednak, czy dzisiaj, znając możliwości, jakie stwarza art investing, stwierdziłby to w tak kategoryczny sposób. Poza tym inwestując w sztukę, zawsze można powiedzieć, że zarabia się w naprawdę dobrym stylu. A jeżeli coś się nie uda… No cóż, można po prostu powiesić obraz w sypialni.

 

Wydanie: 50/2006

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy