Wpisy od Anna Wyrwik
Tu jest najładniej
Ostatnie dni wakacji, droga ekspresowa nr 7, remonty, korki, wszyscy wracają, a my wyruszamy tam, gdzie Polska jest polska najbardziej.
Suwalszczyzna.
Weźmy takie Smolniki. Gmina Rutka-Tartak i piękne widoki. Kościół, cmentarz, a wokół jeziora. Dwa sklepy spożywcze, w tym jeden z sieci, która oplata wsie i miasteczka. Przy nim nieczynna w tym sezonie Gospoda Jaćwing, ławy i stoły.
– To ty od rana tu siedzisz? – pyta kolega kolegę i wkłada skrzynkę tatr do czerwonego, zdezelowanego audi, po czym wsiada i odjeżdża. Kolega zostaje przy ławie z butelką żubra, upija łyk i patrzy przed siebie. A na płocie powiewają płachty z reklamami agroturystyk i w ostrym różu plakat z napisem „Wycinka drzew trudnych”, który błyszczy jak reklama weekendowej dyskoteki. Ale dyskoteki nie ma, tak jak nie ma gospody. W Smolnikach dzień wcześnie się kończy, bo też wcześnie zaczyna.
– Pracuję na budowie, więc wstałem rano, by jechać kłaść fundamenty – mówi mi mężczyzna siedzący przy ławie. Ma jasne spojrzenie; wyciera rękawem usta po żubrze, wstaje od stołu i idziemy razem. – Ale zadzwonili, że mam być dopiero na jedenastą, więc poszedłem na piwo.
I opowiada mi, gdzie mieszka, co robi i że kiedyś była taka wichura, że dach z kościoła zerwało, ale już naprawili, sam pomagał, bo pracuje na budowie, ale nie na stałe, z doskoku, jak jest zlecenie. Ósma rano, rześko, są kozy, są krowy, są robotnicy na terenie cmentarza, zapach pobliskich jezior, a upał wolniej się rozkręca.
Co do Gospody Jaćwing, to Jaćwingowie przybyli z dorzeczy Dniepru na obecnie polskie ziemie jeszcze kawał czasu przed naszą erą. Całkiem długo radzili sobie między Niemnem, Narwią i Wielkimi Jeziorami Mazurskimi, bo aż do XIII w., kiedy ich wybili Krzyżacy. Jednak póki byli, mieszali się z Prusami i Litwinami, parali rolnictwem, hodowlą, rzemiosłem i wymyślali nazwy, takie jak Wigry, Hańcza czy Szurpiły. Budowali grodziska i osady, których rekonstrukcje możemy dziś oglądać po całej Suwalszczyźnie. Choćby we wsi Oszkinie, gdzie w lesie stoją domy z bali, drewniane wieże strażnicze, a między nimi są fosy i łażą turyści.
Osada jest prywatna, bo turystyka w Polsce w ogóle jest prywatna, działa popychana prywatną inicjatywą – gdyby ta upadła, to pewnie już nic by nie było. Odgórny, systemowy plan zarządzania polską turystyką najpewniej nie istnieje, a jeśli istnieje, to gdzieś schowany w szufladzie ministerialnego biurka zamkniętej na kluczyk. Może to i dobrze?
– Cieszę się, że u nas nie ma turystów i jest tak spokojnie – mówi Karol, który jedzie SUV-em z rolkami w bagażniku do Suwałk, by tam na tych rolkach pojeździć. Karol bierze nas na stopa. Mnie, moją towarzyszkę podróży i mojego psa. Nie tylko turystyka w Polsce nie działa, komunikacja publiczna też. Jednak nie dlatego jeździmy po okolicy stopem, po prostu tak jest fajnie.
Są takie miejsca, w których rytm życia wciąż wybijają kościelne dzwony, sklep obwoźny w busie i pogoda. Na budce z lodami tablica głosi: „PN i deszcz – zamknięte”. Wieś Jeleniewo. Żabka w domu z pustaków, stacja benzynowa, biblioteka, NZOZ. I restauracja Pod Jelonkiem, a przed nią żubr z jeleniem przypominają o przyrodzie. W środku zdjęcia oraz stare puszki i butelki przypominają o dawnych czasach. Ponoć mieszkańcy zbudowali ją w ramach czynu społecznego. Wcześniej należała do GS-u, dziś to must see w przewodnikach kulinarnych pod hasłem Podlasie.
Zatrzymuje się starszy pan w dwudrzwiowym starym coupé.
– W Krakowie i w Warszawie to mieszka dużo ludzi – mówi. – Tam tłumy. Tu nie, tutaj mało.
– Wyjeżdżają? – pytam.
– Tak. Mało ludzi tu zostaje. Nie tak jak w miastach, gdzie są tłumy. Może dlatego miastowi się tu przeprowadzają, bo jest cisza, spokój i mało ludzi. A w miastach tłumy.
Zatrzymuje się kobieta w kombi, z dzieckiem w foteliku na przednim siedzeniu i książkami o Róży Luksemburg na tylnym. Tłumaczy, że sama taką książkę napisała. Kiedyś kobiety omijały nas samochodami i wzrokiem tak bardzo, że prawie wypadały z drogi po jej drugiej stronie. Dziś stają, solidarność, czas kobiet, jak głoszą reklamy i hasła promujące festiwale teatralne. Tego lata jechałam stopem z większą liczbą kobiet niż przez całe życie.
Kolejny ranek. W radiu zapowiadają 33 st., temperatura chrystusowa, dobrze się składa, bo mieszkamy w pokojach przy parafii. Tak, wciąż tak można. Przed gospodą toczy się życie, jest pan, który popija tatrę, jest pan, co popala pall malla, inny pan przyjeżdża na rowerze. Koniec wakacji, wszyscy wracają, a my wyruszamy dalej.
Poczuć z bliska ogień
Czego w olimpijskim mieście jest więcej? Sportu, barierek i maskotki o imieniu Phryge. Czego mniej? Śmieci na ulicach oraz paryżan i paryżanek.
Korespondencja z Paryża
Olimpiada w Paryżu to sport, sztuka, trochę polityki.
Na jednym z budynków przy rue de Rivoli wisi plakat ze sportowcem, który po olimpijskim zwycięstwie uniósł pięść w geście Czarnych Panter. Na ogrodzeniu przy jednym z okolicznych skwerów wystawa pięknych sportowych zdjęć Williama Kleina. Po czerwcowych wyborach do Zgromadzenia Narodowego paryskie mury wciąż krzyczą „Soyez pas racistes = votez NFP” („Nie bądź rasistą = głosuj na NFP”, czyli Nouveau Front populaire, lewicową koalicję). W lipcu zaś Francuzi udowodnili, że największą sportową imprezę na świecie można otworzyć w sposób, w jaki jeszcze nikt tego nie zrobił, czyniąc z miasta wielką scenę i odgrywając na niej artystyczny spektakl o braterstwie, siostrzeństwie, wolności i równości.
W mariaż sportu ze sztuką wmieszała się jednak polityka.
– To była przesada – mówi barman w jednej z kawiarni i z wykrzywioną miną pokazuje mi w telefonie zdjęcie słynnej już sceny przy stole, w której niektórzy dopatrzyli się nawiązania do „Ostatniej wieczerzy” Leonarda da Vinci, a drudzy ripostowali, że nawiązuje do obrazu Jana van Bijlerta „Uczta bogów”.
– Nie jestem katolikiem, ale wyobraź sobie, że twoja córka albo syn oglądają w telewizji coś takiego.
– I love it! – rzuca bukinistka znad Sekwany. – Bardzo inkluzywna ceremonia, i to mi się podobało!
– Paryż zawsze był w awangardzie, więc ceremonia mnie nie zaskoczyła – uważa Marc Alaux, który prowadzi wydawnictwo i księgarnię. – Rozumiem jednak, że niektórzy ludzie mogli poczuć się urażeni. Transmisję ogladało pewnie z miliard osób na całym świecie i może Aya Nakamura nie musiała tańczyć w taki sposób – tu Marc zaczyna się wyginać i przesuwa dłoń po klatce piersiowej.
– Ceremonia bardzo ładna. Jedynym minusem był deszcz – dodaje sprzedawca pamiątek ze sklepiku przy Boulevard Saint-Michel. – Ale każdy ma prawo do swojej opinii, bo na tym właśnie polega demokracja.
Dyskusja w paryskich kawiarniach i francuskich mediach trwa, a tymczasem organizatorzy oświadczyli, że żadna to „Ostatnia wieczerza” i żaden Jezus. Reżyser spektaklu Thomas Jolly w kanale telewizyjnym BFMTV zapewnił, że ukazał po prostu pogańską ucztę z bogami Olimpu, a w jego pracy nie ma miejsca na pragnienie poniżenia kogokolwiek czy czegokolwiek.
Konserwatyzm, katolicyzm i kapitalizm
Czyli Polska Jest Jedna na Podhalu
W Spytkowicach jest jak na amerykańskim Południu. Mieszkańcy są swoi, robią biznesy, Bogu ufają, systemowi nie do końca. Gdyby w wyborach parlamentarnych w 2023 r. Polska głosowała jak Spytkowice, ponad połowę Sejmu zajęłoby PiS, a drugą siłą byłaby Polska Jest Jedna. Co to za partia i jak to się stało, że w Spytkowicach zgarnęła prawie 12% głosów?
Gmina przy siódemce
Świeżo otynkowane na różne odcienie beżu domy porozrzucane są u podnóża gór, na styku Kotliny Rabczańskiej i Beskidu Orawsko-Podhalańskiego, po obu stronach drogi krajowej nr 7. Spytkowice leżą przy niej jak amerykańskie miasta wzdłuż swoich main streets. Wszystko, co ważne, znajduje się przy drodze po lewej albo prawej, a boczne uliczki prowadzą do domów w głębi gminy i na stoki narciarskie. Na wjeździe od wschodu stoi przy drodze Przystań w Kabanosie, potężny kompleks hotelowo-restauracyjno-sklepowy, wyglądający jak połączenie góralskiego pałacu z futuro-secesyjną kaplicą. Tylko bardziej i mocniej, bo Podhale jest trochę jak Teksas, więc wszystko musi być większe. W Spytkowicach większe było poparcie dla partii Polska Jest Jedna, a konkretnie największe, jeśli chodzi o gminy w całym kraju – wyniosło 11,91%.
Lokomotywą listy był tam lokalny biznesmen, właściciel firmy od „wykończeń, remontów, elewacji”, Szymon Kołodziejczyk.
Do Kabanosa wchodzi pewnym krokiem, siada i zaczyna mówić o COVID-19. – Wszystko zaczęło się w okresie pandemii. W Spytkowicach zawiązała się grupa podobnie myślących prawicowych katolików. Nie zgadzaliśmy się z niesłusznymi restrykcjami i przymusem szczepień. Uważaliśmy, że to była zaplanowana akcja, którą ktoś steruje. Nikt wtedy nie myślał o polityce. Zależało nam jedynie na tym, by ludzie otrzymali prawdziwe informacje.
Podhale było jednym z najmniej zaszczepionych regionów w Polsce i taki też był klimat w Spytkowicach, że ludzie chodzili bez maseczek, a jak dostawali mandaty, nie płacili. Chwalą mi się tym i mówią, że gdyby nie kontrole, knajpy pewnie byłyby otwarte. – Ludzie psioczyli na restrykcje – mówi Ula. – Górale nie lubią, gdy im się coś narzuca. Nawet jeśli z tym czymś się zgadzają, to tylko dlatego, że im się to narzuca, automatycznie się sprzeciwią.
Antycovidowe przekonania zbliżyły do siebie spytkowiczan i Rafała Piecha.
Można pojechać do Pragi
Czeska lekkość bytu czasem się przydaje Można pojechać do Czech, by odpocząć od Polski, nieważne, czy to wiosna, czy jesień, szaro, pada, marsze i cmentarze. Tam też szaro i pada, ale inaczej. Bo u nich w ogóle inaczej. Ironia przyjmuje formę graffiti na starej praskiej bramie: po jednej stronie ptaszek siedzi na koniku, a po drugiej konik siedzi na ptaszku. I już. Wystarczy. W Chałupkach wysiada cały świat Można wsiąść do nocnego pociągu i pojechać do Pragi. Z Warszawy jedzie się prawie 12 godzin,
Na kanapie
Autostop uczynił podróżowanie ciekawszym i tańszym. Dzięki serwisom internetowym Couch Surfing oraz Hospitality Club poznawanie świata jest jeszcze ciekawsze i jeszcze tańsze Ateny, październik 2009, około godziny 11. Z dwiema ciężkimi walizkami oraz mnóstwem toreb, plecaków i saszetek czekamy z Magdą przy wyjściu z metra na stacji Victoria. Podróżujemy razem od trzech lat. Po kilkunastogodzinnym rejsie promem z Rodos do Pireusu marzymy tylko o kąpieli, kubku kawy i rzuceniu bagaży w kąt. Pan Lefteris pisze SMS-a, że się







