Wpisy od Jan Widacki

Powrót na stronę główną
Felietony Jan Widacki

Z nauką polską nie jest źle?

Nie ma co udawać. W ostatnim rankingu szanghajskim najlepsze polskie uniwersytety, Jagielloński i Warszawski, znalazły się w piątej setce. Na pierwszym miejscu znów Harvard. W pierwszej dziesiątce siedem innych uniwersytetów amerykańskich (Stanford, Massachusetts Institute of Technology, Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley, Princeton, Columbia, California Institute of Technology, Uniwersytet w Chicago) oraz dwa brytyjskie: Oksford i Cambridge. Powiedzmy sobie szczerze: to nie sztuka dać się wyprzedzić uniwersytetom amerykańskim, brytyjskim, francuskim, niemieckim, japońskim czy nawet chińskim. Rzecz w tym, że nasze uniwersytety wyprzedza grubo ponad 100 innych z tzw. do niedawna Trzeciego Świata. (Pisałem o tym w PRZEGLĄDZIE kilkakrotnie. Bodaj po raz pierwszy 5 września 2010 r., kiedy UJ i UW były jeszcze w czwartej setce!).

To już wiemy. Nowością jest podejście kierownictwa resortu nauki do tego problemu. Jak wyjaśnił ostatnio sympatyczny i pełen dobrej woli wiceminister Maciej Gdula, tym, że polskie uczelnie nie są w rankingu wysoko, nie należy się martwić. Takie stanowisko wiceministra powoduje, że środowisko naukowe w Polsce ma już dwa powody do zmartwień. Nie dość, że stan nauki polskiej odzwierciedlony w tym rankingu jest fatalny, to jeszcze ministerstwo, zamiast rozpocząć poważną dyskusję ze środowiskiem naukowym, jak kondycję nauki poprawić, szczerze wyjaśnia, że ta kondycja wcale go nie martwi. No, skoro nie jest źle, to rzeczywiście nie ma co naprawiać, bo i po co? Przy okazji wiceminister Gdula zauważa, że to w sumie chyba wina rankingów, bo „ranking jest tak skonstruowany, że uprzywilejowuje kraje, z których wywodzą się nobliści, które bardzo dużo pieniędzy przeznaczają na badania. I nie uwzględnia innych funkcji systemu nauki”.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Jedna z zapomnianych rocznic

Obchodzimy same wielkie rocznice doniosłych wydarzeń. Dopiero co obchodziliśmy 80. (!) rocznicę wybuchu powstania warszawskiego, niebawem obchodzić będziemy zapewne jeszcze huczniej kolejną, choć nie okrągłą (104.) rocznicę „cudu nad Wisłą”. W tym natłoku zupełnie niezauważenie przeszła setna rocznica uzyskania pierwszych dyplomów magistra prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim przez dwie kobiety: Janinę Cypryanównę i Zuzannę Himmelblaunównę. Donosił o tym krakowski „Ilustrowany Kuryer Codzienny” w wydaniu z 2 lipca 1924 r. Notatkę o tym wydarzeniu zatytułowaną „Pierwsze kobiety magistrami prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim” umieścił wśród informacji o rozmaitych ważnych wydarzeniach. A wyglądała ona tak: „W dniu wczorajszym pp. Janina Cypryanówna i Zuzanna Himmelblaunówna otrzymały tytuł magistra prawa, według nowej ordynacji uniwersyteckiej. Tytuł ten uprawnia do doktoryzowania się po złożeniu specjalnych prac”.

Historia dopuszczenia kobiet do studiów w Polsce jest niezwykle pouczająca. Spór o to dzielił kadrę profesorską. Stanowisko w tym sporze było zaś wyznacznikiem stanowiska ideologicznego i politycznego.

Na zachodzie Europy większość uniwersytetów, w tym wszystkie znaczące, dawno już dopuściły kobiety do studiów, a dwa jedyne wówczas polskie uniwersytety z polskim językiem wykładowym, Jagielloński w Krakowie i Cesarza Franciszka we Lwowie, skutecznie broniły się przed tymi „niebezpiecznymi nowinkami płynącymi z Zachodu” i kobiet na studia nie wpuszczały. Argumentowano to w ten sposób, że dopuszczenie kobiet do studiów grozi wstrząsem społecznym, zakłóceniem porządku społecznego, będącego, jak wiadomo – o tym grzmiano z ambon – odzwierciedleniem porządku boskiego, wedle którego głową rodziny jest mąż, a żona jedynie mało znaczącym do niego dodatkiem. Nawet w przysiędze małżeńskiej mąż ślubował żonie jedynie miłość i wierność aż do śmierci, a żona oprócz wierności i miłości jeszcze posłuszeństwo. O ile wyegzekwowanie miłości i wierności bywało trudne, to posłuszeństwa stosunkowo łatwe.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Między Paryżem a Moskwą

Dawno temu w PRL opowiadano taki dowcip: W tym samym czasie pewien Francuz chciał odwiedzić Moskwę, a Rosjanin Paryż. Wsiedli do odpowiednich pociągów, tylko przez pomyłkę każdy z nich wysiadł w Warszawie, i każdy myślał, że dojechał do celu…

Dziś ulica w centrum Warszawy nie różni się już niczym od ulicy w centrum dowolnej zachodnioeuropejskiej stolicy. Architekturą, modelami samochodów na jezdniach, witrynami sklepów z ciuchami, często tych samych marek co na Zachodzie. Trawnikami, klombami kwiatów. Podobnie jak wszędzie w Europie ubrani są przechodnie. Stosownie do pory roku, modnie, kolorowo. Kolorowo jest zresztą nie tylko od ubrań, ale też od ras. Europa stała się coraz bardziej rasowo zróżnicowana i jest to coraz bardziej normalne. Centrum Warszawy także pod tym względem zaczyna upodabniać się do innych stolic. I wbrew temu, co głoszą rozmaici narodowcy, nie ma w tym nic złego. Polska zawsze była wieloetniczna. Polacy, Litwini, Rusini, Żydzi, Ormianie, Tatarzy, Karaimi, ale nawet Niemcy, od lat mieszkali na terenach Rzeczypospolitej razem i razem tworzyli to wspólne dziedzictwo, „któremu na imię Polska”, a które niedouczeni w historii nacjonaliści gotowi są uważać za dziedzictwo jednej tylko nacji. Jednoetniczna Polska była wyłącznie wtedy, gdy Stalin zrealizował marzenia endeków i wcisnął Polskę między Odrę i Bug.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Przychodzimy, odchodzimy

Wieczorem 22 lipca 2024 r. w Szczecinie zmarł Andrzej Milczanowski. Następnego dnia fakt ten odnotowały wszystkie ważniejsze serwisy informacyjne. Większości Polaków, zwłaszcza młodszego pokolenia, nazwisko to z niczym już się nie kojarzyło. Nic dziwnego. Od niemal 30 lat Andrzej Milczanowski nie był obecny ani w polityce, ani w debacie publicznej. Po odejściu w 1995 r. z funkcji ministra spraw wewnętrznych wrócił do Szczecina, gdzie najpierw prowadził wspólnie z żoną kancelarię notarialną, później, zmagając się z różnymi poważnymi chorobami, korzystał z zasłużonej emerytury. Niektórym, zwłaszcza reprezentującym starsze pokolenie, nazwisko ministra Milczanowskiego kojarzyło się najwyżej z kontrowersyjną i na dobrą sprawę do końca niewyjaśnioną aferą „Olina”.

Mało kto już pamięta, jak ważną postacią początków III Rzeczypospolitej był Andrzej Milczanowski. Jak wielkie zasługi położył przy tworzeniu wywiadu i kontrwywiadu suwerennej Polski. Chodzi nie tylko o organizację tych służb, ale także, a może nawet przede wszystkim, o tworzenie ich nowej orientacji, o budowanie etosu. W ostatnich latach wielu ludzi przypisywało sobie udział w tworzeniu tych służb. Czasem tylko subiektywnie wyolbrzymiając i przeceniając swoje zasługi, co można jeszcze po ludzku zrozumieć i wybaczyć albo najwyżej skwitować uśmiechem politowania. Gorzej, gdy te zasługi przypisywano sobie, umniejszając lub zgoła ignorując osiągnięcia takich ludzi jak Milczanowski. A prawda jest taka, że to Andrzej Milczanowski był głównym twórcą, organizatorem, a później szefem Urzędu Ochrony Państwa.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Nie bronię Romanowskiego, bronię ABW

Media obiegła wiadomość, że po uchyleniu przez Sejm immunitetu i wydaniu zgody na ewentualne zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie posła Suwerennej Polski, byłego wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego, ABW zatrzymała go na polecenie prokuratury. Postawiono mu łącznie 11 zarzutów, w tym udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Chodzi o niezgodne z prawem wydawanie milionów z Funduszu Sprawiedliwości. Pieniądze publiczne, które miały być przeznaczane na pomoc dla ofiar przestępstw, jak powszechnie wiadomo, były wykorzystywane na kampanie wyborcze posłów Suwerennej Polski. Ale prokuratura zarzuca Romanowskiemu inne jeszcze przestępstwa, w tym przekroczenie uprawnień i poświadczenie nieprawdy. Postawienie zarzutu działania w zorganizowanej grupie przestępczej jednoznacznie wskazuje, że zarzuty w tych sprawach stawiane będą także innym osobom. Łatwo się domyślić, że może chodzić o osoby związane z Ministerstwem Sprawiedliwości z czasów Zbigniewa Ziobry i z Suwerenną Polską. Poczekajmy spokojnie, co jeszcze w tej sprawie się wydarzy. Na razie okazało się, że prokuratura zapomniała postarać się o uchylenie Romanowskiemu drugiego immunitetu, przysługującego mu z racji członkostwa w delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, i sąd z tego powodu wypuścił go na wolność.

Zatrzymanie i postawienie zarzutów Romanowskiemu, bez względu na ich zasadność, okazało się tym samym działaniem bezprawnym. To kolejna kompromitacja prokuratury, tym razem pod nowym, „słusznym” kierownictwem. W dodatku kompromitacja na skalę międzynarodową. PiS dostało prezent, o jakim nawet nie marzyło. Co dalej? Prokuratura wystąpi zapewne do Zgromadzenia Parlamentarnego o uchylenie immunitetu, wniosek przygotuje starannie i wesprze dowodami, musi mieć bowiem świadomość, że w tym przypadku będzie on analizowany bardzo wnikliwie, z dużą dozą podejrzliwości i ostrożności. Mam nadzieję, że i ten immunitet będzie uchylony, więc co się Romanowskiemu odwlecze, to nie uciecze. Do tego czasu czekają nas burzliwe wydarzenia. PiS będzie sprawę wykorzystywało propagandowo, będzie też awantura nie tylko wewnątrz koalicji, ale nawet wewnątrz rządu. Jak to wszystko się skończy, trudno dziś przewidzieć.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Co ma polityka do historii?

Przed kilku laty ówczesny rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar uległ naciskom ze strony polityków PSL i złożył do Sądu Najwyższego kasację od wyroku Wincentego Witosa skazanego w procesie brzeskim. W procesie tym, odbywającym się w 1932 r., Wincenty Witos wraz z innymi przywódcami Centrolewu został skazany przez sąd okręgowy na karę więzienia. Wyrok ten utrzymał w mocy sąd apelacyjny, a Sąd Najwyższy oddalił kasację obrońców oskarżonych. Tym razem, w roku 2020, Sąd Najwyższy ochoczo przyjął kasację i w roku 2023, 23 maja… uniewinnił Wincentego Witosa. Działo się to 91 lat po zapadnięciu prawomocnego wyroku i 78 lat po śmierci oskarżonego.

W moim przekonaniu był to nie tylko prawniczo-historyczny nonsens, ale także niebezpieczny precedens. Aby nie było wątpliwości: osobiście uważam, że Wincenty Witos był wybitnym mężem stanu, człowiekiem o ogromnych zasługach dla Polski, skrzywdzonym przez sanację. O ile wiem, pogląd ten jest w polskiej historiografii powszechny i bez znaczenia dla tej oceny jest to, czy ciążący na Witosie wyrok procesu brzeskiego jest prawomocny, czy też został on po niemal 100 latach przez Sąd Najwyższy uchylony. Wyrok ten mógł mieć zaledwie znaczenie symboliczne. Ale nawet to znaczenie jest mocno wątpliwe. Nie wiem, jak wielu z 38 mln Polaków wie dzisiaj, kto to w ogóle był Witos, a spośród tych, którzy wiedzą, jaki procent ma świadomość, że ciążył na nim prawomocny wyrok z 1932 r. Dla tego wątpliwego efektu symbolicznego stworzono precedens o trudnych do przewidzenia konsekwencjach.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Sen o demokracji

Marzy mi się Polska jako państwo demokratyczne, prawne, czyli praworządne, urzeczywistniające zasady sprawiedliwości społecznej. To nie są jakieś wygórowane marzenia. Taka dokładnie Polska ma być zgodnie z konstytucją. Treść tego mojego marzenia pokrywa się dosłownie z treścią jej art. 2. Marzy mi się, bo naszej klasie politycznej zatarły się granice między demokracją a demagogią. Faktycznie w obu tych słowach jest demos, czyli lud. Tyle że demokracja to rządy ludu, a demagogia to schlebianie ludowi za pomocą niby prostych i przekonujących argumentów, odwołujących się często do najniższych instynktów; to opowiadanie oczywistych kłamstw – takich, aby spodobały się ludowi, by ten w najlepszej wierze akceptował pomysły, które służą nie jemu, lecz władzy, i jeszcze ją za to wielbił.

Ale nawet sama demokracja to za mało. Demokracja bez silnych zasad państwa prawa i bez trójpodziału władz to trochę tak jak samochód z potężnym silnikiem, lecz pozbawiony hamulców. Demokracja bez zasad prawa pozwoliłaby większości zamknąć mniejszość w obozach. Dlatego sama demokracja nie wystarcza, potrzebna jest jeszcze praworządność.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Pro domo sua

Nauka polska jest chora. Jeśli ktoś ma co do tego jakieś wątpliwości, niech spojrzy na wyniki światowych rankingów. W tych zestawieniach najlepsze polskie uniwersytety lokują się w czwartej czy piątej setce. Podkreślam, te najlepsze. A te gorsze? Nie mieszczą się nawet wśród tysiąca ocenianych.

Do wielu chorób trapiących od lat polską naukę, takich jak jej chroniczne niedofinansowanie, w ostatnich latach doszły nowe. Gowinowa reforma zbiurokratyzowała naukę do granic możliwości. Ludzie, którzy powinni poświęcać większość swojego czasu na badania naukowe, tracą go na zajęcia biurokratyczne, które, jeśli w ogóle byłyby konieczne, powinny być wykonywane przez pracowników o innych niż naukowe kwalifikacjach. Każda uczelnia tworzy stosy do niczego niepotrzebnych dokumentów, z których generalnie nie tylko się nie korzysta, ale nawet do nich nie zagląda. Ich produkcja jest jednak niezbędna, bo raz na cztery lata wnikliwie studiują je rewizorzy z Polskiej Komisji Akredytacyjnej (zwanej pieszczotliwie Paką). Na ich podstawie ocenia się wydziały, dyscypliny naukowe i kierunki studiów. A od tej oceny zależy kategoria, jaką dostaje wydział. Od tej kategorii z kolei zależą uprawnienia do nadawania stopni naukowych i wysokość finansowania.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Sen o apolitycznej prokuraturze

Proszę spojrzeć do gazet, w telewizor albo w internet. Zmarł żołnierz brygady pancernej pchnięty przez kogoś nożem poprzez graniczny płot. Dziś politycy i dziennikarze nie mają wątpliwości: został ugodzony nożem przez nielegalnego migranta. Czy są znane jakieś nowe ustalenia śledztwa? Jeszcze przed kilkoma dniami podejrzewano, że śmiertelny cios mógł zadać funkcjonariusz białoruskich służb. A może zbrodnię tę popełnił przewodnik, przemycający migrantów przez zieloną granicę? Już wiemy na pewno, że to nielegalny migrant? 

Jak za pewnik uchodzi, że nożem pchnął migrant, tak nikt już nie ma wątpliwości, że „haniebnie zakuci w kajdanki” przez żandarmerię żołnierze zostali potraktowani w ten sposób za to, że „oddali strzały ostrzegawcze”. Aczkolwiek jednemu z ministrów się wypsnęło, że „oddali strzały ostrzegawcze w kierunku nacierających migrantów”. W takim razie były to strzały ostrzegawcze (te ustawa zalicza do „wykorzystania broni palnej”) czy strzały w kierunku migrantów? Bo to wedle ustawy jest już „użyciem broni palnej”, a przy „użyciu” obowiązują inne rygory i procedury. Ponadto, jak się dowiadujemy z jeszcze innych relacji, strzały oddawane były w ziemię „pod nogi migrantów” i… rykoszetowały o płot. A jeśli rykoszetowały o płot, to znaczy, że wcześniej rykoszetowały od mchu porastającego ziemię w puszczy lub od krzaków borówek. Całość obrazu zamazuje jednak fakt, że tę niedobrą żandarmerię wezwała Straż Graniczna… 

Oburzenie powszechne: polityków wszystkich opcji, dziennikarzy, a na koniec opinii publicznej, wywołało to, że żandarmeria skuła żołnierzy w polskich mundurach! Faktycznie coś niebywałego! Tyle że żandarmeria to policja wojskowa. Obiektem jej działań porządkowych, konwojowych, często prowadzonych z użyciem środków przymusu bezpośredniego, są żołnierze. A oni są najczęściej w mundurach. Polskich. No bo jakich? 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Co zrobić z uchodźcami?

Wypowiedzi premiera Tuska na temat traktowania uchodźców na białoruskiej granicy, stanowiące de facto przyzwolenie na samowolę służb granicznych, pozostają w rażącej sprzeczności z tym, co mówił jeszcze przed wyborami. Pchnięcie nożem żołnierza propaganda rozdmuchała do histerycznych niemal granic. Tylko nadal nie wiemy, kto i w jakich okolicznościach tego noża użył. Mimo to uzasadnia się tym wprowadzenie wzdłuż granicy faktycznego stanu wojennego.

Wiele środowisk czuje się zawiedzionych i oszukanych. Dają temu wyraz w mediach społecznościowych. Pojawiają się też, nieliczne wprawdzie, teksty w gazetach (np. duży, wyważony, rozsądny artykuł Adama Wajraka w „Gazecie Wyborczej”). Publicznie wypowiadała się, śmiało i bezkompromisowo, Agnieszka Holland. „Wiec wolności” 4 czerwca w Warszawie zakłócili aktywiści, przypominający, że na granicy wciąż umierają ludzie, że stosowane są bezprawne, brutalne pushbacki. O fakcie tym główne liberalne, wierne rządowi media wspominały raczej nieśmiało. Nie chciały robić Platformie i Tuskowi przykrości, czy może same, by uspokoić swoje sumienie, próbowały udawać, że o niczym nie wiedzą? Tak czy inaczej, rząd i premier Tusk osobiście zrazili do siebie ludzi ze środowisk, które dotąd były im przychylne. Zrazili setki szlachetnych, ofiarnych osób. 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.