Wpisy od Kornel Wawrzyniak

Powrót na stronę główną
Kraj

Zagadka weterynarii

Awantury w gabinetach, hejt w internecie

„Myślałam, że to świetny zawód. Okazuje się, że to nie jest zawód dla kobiet, które chcą mieć rodzinę. Bardzo ciężko jest to pogodzić. Dodatkowo w zawodzie, gdzie leczy się zwierzęta, wcale dużo się nie zarabia. Jest to zawód bardzo obciążający psychicznie”, mówi jedna z lekarek weterynarii w badaniu MEDWET, przeprowadzonym na zlecenie Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej (KILW).

Twarde dane, twarde życie

W Polsce jest ponad 20 tys. weterynarzy z prawem wykonywania zawodu. Według danych Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej obecnie w całym kraju działa 7,6 tys. placówek świadczących pomoc zwierzętom. Według najnowszego badania Federation of Veterinarians of Europe (FVE, Europejska Federacja Lekarzy Weterynarii) przeciętny weterynarz w Europie ma 44 lata i jest kobietą. Na całym kontynencie ma zaś być ok. 330 tys. lekarzy weterynarii.

Krajowe dane z głównych uczelni weterynaryjnych wskazują, że dziś aż 65% lekarzy weterynarii to kobiety. Ich udział od 2018 r. wzrósł o 7%, a trend feminizacji tego zawodu się utrzymuje. Co więcej, kobiety dominują we wszystkich sektorach pracy weterynarzy. Stanowią nie tylko 65% pełnoetatowych lekarzy weterynarii, ale też 56% właścicieli firm weterynaryjnych lub partnerów w takich firmach. Według danych FVE co czwarty europejski weterynarz ma własny gabinet.

49% weterynarzy może się pochwalić przeszło 15-letnim doświadczeniem w zawodzie. 66% europejskich weterynarzy pracuje w pełnym wymiarze godzin, najbardziej doświadczeni – w niezależnych praktykach. Najczęstszym sektorem zatrudnienia jest praktyka kliniczna (63%). Przy czym mówimy głównie o praktykach koncentrujących się na małych zwierzętach, takich jak koty i psy. Weterynaria jest więc demograficznie zawodem młodym. Wyjątek stanowią tu weterynarze pracujący ze zwierzętami gospodarskimi. Krajowa Izba Lekarsko-Weterynaryjna bije na alarm, ponieważ ich liczba drastycznie spada.

Absolwenci weterynarii nie chcą pracować na wsiach. Przedstawiciele KILW zwracają uwagę, że

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Zima zła?

To pierwsza taka zima od 15 lat. Czy faktycznie jest aż tak straszna, jak ją malują?

Szczypie w nosy, szczypie w uszy,
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!
Maria Konopnicka

Obraz srogiej zimy jest dla nas od ponad dekady opowieścią jak z bajki lub z zamierzchłych czasów. Ostatnie zimy w Polsce były rekordowo ciepłe. Czy obecny atak mrozu i gołoledzi rzeczywiście jest tak spektakularny, czy po prostu zapomnieliśmy, jak zima potrafi wyglądać? O zdanie zapytaliśmy ekspertów od klimatu, medycyny i bezpiecznej jazdy.

Ciepłe lody

Bielą się pola, oj bielą,
Zasnęły krzewy i zioła
Pod miękką śniegu pościelą…
Biała pustynia dokoła
Adam Asnyk

Zima potrafi dać w kość, o czym przekonujemy się od kilku tygodni intensywnych mrozów. Skąd jednak to zaskoczenie, skoro większość Polek i Polaków pamięta zarówno mrozy, jak i śnieg leżący nawet do połowy marca? Za obecny stan rzeczy są odpowiedzialne po części zmiany klimatyczne, a po części układy baryczne, które przywiały do nas mroźne powietrze.

– Zima w Polsce, i w ogóle w Europie Środkowej, to taka pora roku, w której zmienność temperatur jest największa. Zdarzają się zarówno bardzo zimne, jak i bardzo ciepłe sezony. Wahania są duże. Trudno też ze znacznym wyprzedzeniem przewidzieć, czy będzie akurat chłodna, czy ciepła zima, bo to w pewnym stopniu losowe. Ten stan rzeczy nie zmienia się mimo wzrostu średniej temperatury, czyli ocieplania się klimatu, będącego skutkiem wzrostu koncentracji gazów cieplarnianych w atmosferze. Obecny mróz jest wynikiem zafalowania prądu strumieniowego, które powoduje, że znad bieguna północnego spływają masy chłodnego powietrza obejmujące swoim zasięgiem Polskę – tłumaczy fizyczka atmosfery dr Aleksandra Kardaś.

Oczywiście w mediach nie brakuje doniesień o kolejnych poważnych skutkach zimy. Prawdą jest jednak, że od 2010 r. w okresie zimowym nie wiedzieliśmy podobnych obrazków.

– Globalne ocieplenie to wzrost średniej temperatury globalnej w ciągu wielu dekad i jeżeli popatrzymy na statystyki, nie ma wątpliwości, że ono cały czas postępuje. 11 ostatnich lat było w czołówce rankingu najcieplejszych w historii, a ostatnie trzy lata to już samo podium, z rokiem 2024 na czele. Widać, że

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Krótka pamięć Trumpa

Służyli ramię w ramię z Amerykanami. Dziś słyszą, że byli „niepotrzebni” i „trzymali się z tyłu”

To była cisza przed burzą. Kolumna czterech MRAP-ów (wojskowych pojazdów opancerzonych) dotarła bez problemów do wioski. Wizyta w mauzoleum też przebiegła sprawnie. Specjaliści i ochraniający ich żołnierze wrócili do pojazdów oczekujących na placu. Konwój ruszył. Wybuch. Plac w Rawzie spowił kurz. W powietrzu latały kamienie, odłamki uderzały w pancerze wozów. Mina pułapka. Zginęło pięciu polskich żołnierzy 20. Brygady Zmechanizowanej: st. kpr. Piotr Ciesielski, st. szer. Łukasz Krawiec, st. szer. Marcin Szczurowski, st. szer. Marek Tomala i szer. Krystian Banach. Najmłodszy z nich miał 22 lata. To był 21 grudnia 2011 r. W rocznicę tamtego wydarzenia czcimy Dzień Pamięci o Poległych i Zmarłych w Misjach i Operacjach Wojskowych poza Granicami Państwa.

Panie Trump, właśnie tak działa NATO

Donald Trump stwierdził, że Stany Zjednoczone nigdy nie potrzebowały pomocy NATO: „My nigdy ich nie potrzebowaliśmy. My nigdy tak naprawdę o nic ich nie prosiliśmy”. Jak mówił prezydent USA w telewizji Fox News, wojska NATO podczas misji w Afganistanie „trzymały się trochę z tyłu” i „trochę z dala od linii frontu”.

Do Afganistanu, obok sił USA, wkroczyły wojska wielu państw NATO, w tym Polski. Zachodni sojusznicy, m.in. żołnierze z Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch czy Danii, przebywali w Afganistanie niemal 20 lat. W tym czasie zginęło ponad 3,5 tys. żołnierzy koalicji. 1144 z nich było żołnierzami państw sojuszniczych. W misjach w Afganistanie i Iraku zginęło łącznie 65 Polaków. Według danych dowództwa operacyjnego obrażenia w działaniach bojowych w Afganistanie odniosło ponad 800 osób, z których 361 zostało rannych. Setki naszych żołnierzy odniosło rany, z którymi żyją do dziś. Ranni często doznawali ciężkich urazów wielonarządowych. W wielu wypadkach potrzebne były amputacje kończyn. Najczęstszą przyczyną ciężkich obrażeń były improwizowane urządzenia wybuchowe (ang. IED), pieszczotliwie nazywane „ajdikami”.

Obraz wydarzeń w Afganistanie przedstawiany przez Trumpa jest zakłamany. Przypomnijmy, że po ataku Al-Kaidy na World Trade Center i Pentagon 11 września 2001 r. Stany Zjednoczone jako pierwszy i jak dotąd jedyny kraj w historii NATO uruchomiły procedury zapisane w art. 5 traktatu waszyngtońskiego. Stanowi on, że atak na jedno z państw NATO uważa się za atak na cały Sojusz, a wszyscy członkowie Sojuszu przyjdą z pomocą zaatakowanemu państwu.

– Sojusz Północnoatlantycki polega na spełnianiu pewnych obowiązków wynikających z przynależności do niego. Jednym z takich zobowiązań, zgodnie z art. 5, jest solidarne wsparcie państwa członkowskiego, które zostało napadnięte. Ze swojego obowiązku polscy żołnierze, jak i inni członkowie NATO, którzy brali udział w wojnie w Afganistanie, wywiązali się w stu procentach. Zginęło tam 44 naszych kolegów. Kilkuset zostało rannych i od tamtego czasu do końca życia będą odczuwać te rany i tę wojnę – mówi płk rez. Szczepan Głuszczak, weteran, który służył w Iraku i Afganistanie.

Słowa Trumpa dowodzą, że nie ma on pojęcia, jak wyglądały obie wojny. Nikt nie zostawał na tyłach. Nawet jeśli bazy należały do konkretnych państw, stacjonowali tam żołnierze różnych nacji, w tym Amerykanie. Aby się o tym dowiedzieć,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Psy zamarzają na łańcuchach

Prezydent skazał na niedolę tysiące psów

Jesteśmy w malowniczej wsi pod Białą Podlaską. Wszędzie śnieżny puch. Aż się prosi, żeby wyciągnąć starego Canona i złapać to na kliszę. Na zewnątrz jest minus 20 stopni. Trzy wychudzone psy mieszkają na podwórku w jednej klatce. Nie ma tu nawet kawałka dachu, ziemia pod łapami to rozkopane i zamarznięte błoto. Jeden z psów leży na ziemi i się nie rusza. Śpi? Można się łudzić, ale to zwłoki. Nie śmierdzą, bo konserwuje je mróz. Sąsiadka zauważyła je dzień wcześniej i zaalarmowała o sytuacji w internecie. Wstawiła zdjęcia. Nie było sensu wzywać służb. I tak nic by nie zrobiły. Zamarznięty pies leży, jak leżał, od wielu godzin, chociaż dom właściciela jest kilka kroków dalej. Niby są tu jakieś budy, tylko nie ma w nich nawet kawałka słomy, żeby psiaki mogły się ogrzać. Nogi martwego zwierzęcia są w wielu miejscach nadgryzione. Czyżby towarzysze niedoli byli w aż tak wielkiej desperacji? W końcu w starych garnkach obok budy jest jedynie zamarznięta woda.

Cierpienie przegrywa z polityką

Od trzech tygodni w Polsce panują siarczyste mrozy. Centrum Modelowania Meteorologicznego IMGW co dzień ostrzega przed kolejnymi dużymi uderzeniami zimna. Zaleca się nie wychodzić częściej niż to konieczne. A zima jeszcze długo nie odpuści. 21 stycznia meteorolodzy ostrzegali przed mroźnymi nocami. Średnia temperatura w nocy dla niektórych regionów wynosiła nawet minus 18 st. C. Psy podwórkowe w taką pogodę zamarzają. Od ich właścicieli niewiele się bowiem wymaga. W skrócie – ma być buda i miska z wodą. W lokalnych mediach pojawiają się tymczasem kolejne komunikaty o psach, które zamarzły na łańcuchach.

„W gospodarstwie trzy psy były trzymane stale na łańcuchach – bez bud, bez słomy, bez wody i bez jedzenia poza resztkami ze stołu. (…) Żadnego schronienia, tylko przeciągi i mróz. Najgorzej miał pies przypięty przy pomieszczeniu, w którym brakowało części dachu i ściany. Mróz wchodził tam bez żadnej bariery, a konstrukcja mogła w każdej chwili runąć. Do tego temperatury spadające w nocy do minus 15 stopni… Te psy walczyły o życie każdej nocy. (…). Takie warunki to znęcanie”, piszą w mediach społecznościowych aktywiści z Pogotowia dla Zwierząt.

– Pies w takich warunkach doświadcza jednocześnie cierpienia fizycznego i psychicznego. Fizycznie odczuwa przenikliwe zimno i ból, który z czasem staje się coraz silniejszy. Łańcuch utrudnia mu ruch i tym samym zwierzę nie ma możliwości rozgrzania się. Co więcej, często w niskich temperaturach łańcuch wrzyna się w ciało psa i tu chyba nie muszę podkreślać z jak wielkim cierpieniem się to wiąże. Psychicznie to poczucie bezradności i strachu. Łańcuch odbiera możliwość ucieczki i schronienia się w innym miejscu. Pies czuje narastającą panikę, która z czasem przechodzi w apatię. W takich warunkach pies często przestaje walczyć, rezygnuje, nie szczeka, nie reaguje i czeka na śmierć – wyjaśnia Monika Majchrzyk-Pyzińska z Fundacji Serce w Futrze.

Wiele miała zmienić tzw. ustawa łańcuchowa. Zakaz trzymania psów na łańcuchach uratowałby wiele burków przed śmiercią na mrozie. Jednak prezydent Karol Nawrocki ustawę zawetował. Dokument miał regulować też wiele kwestii związanych z losem zwierząt domowych. W ustawie jest mowa o większym nadzorze nad działalnością schronisk, jak i o zwiększeniu kar za znęcanie się nad zwierzętami.

Nad dokumentem pracował zespół ponad politycznymi podziałami i w

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ambasador USA i Elon Musk chwalą weto Nawrockiego

Handel ludźmi, wykorzystywanie seksualne dzieci, oszustwa finansowe. To wszystko zostaje w internecie

Łowcy pedofilów, udając nastolatkę, wrzucili na jedną z grup w mediach społecznościowych post: „Mam 11 lat, szukam znajomych”. Wystarczyło kilka chwil, aby ich komunikator zaczął się wypełniać wiadomościami ze zdjęciami penisów, prośbami o filmiki i rozbierane zdjęcia. Pedofile polują na dzieci także w popularnych grach, takich jak Roblox i Minecraft. Zboczeńcy manipulują nawet kilkuletnimi dziećmi. Często je szantażują i zmuszają do obrzydliwych rzeczy, takich jak nagrywanie filmików z masturbacją. Operatorzy platform cyfrowych uważają, że to problem rodziców, i umywają ręce. Zdaje się, że podobnego zdania jest prezydent Karol Nawrocki, który właśnie zawetował nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Skąd to weto?

9 stycznia prezydent poinformował, że zawetował ustawę, która miała zapewnić stosowanie w Polsce przepisów unijnego Aktu o usługach cyfrowych (ang. Digital Services Act, DSA). Zakładała ona możliwość blokowania treści dotyczących m.in. gróźb karalnych, namowy do popełnienia samobójstwa czy pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim. Nawrocki w swojej argumentacji powołuje się zaś na Orwella i urzędniczą cenzurę. Problem w tym, że argumenty prezydenta zdają się wskazywać, że wcale nie przeczytał ustawy, którą zawetował.

– To weto zdecydowanie jest gestem politycznym. Argumentacja prezydenta nie ma wiele wspólnego z treścią ustawy, gruntownie przecież poprawionej przez Parlament. Zapewne dlatego, uzasadniając swoje weto, prezydent cytował Orwella, a nie krytykowany projekt! Prezydent uznał za absurdalne to, że autor treści, która narusza prawo karne – np. stanowi oszustwo albo groźbę karalną – musi wnieść sprzeciw od decyzji urzędnika, jeśli chce bronić swojej publikacji. Przypomnę, że ma na to 14 dni, a w tym czasie jego publikacja spokojnie wisi w sieci. Dla mnie to brzmi jak uczciwy proces – mówi „Przeglądowi” Katarzyna Szymielewicz, prezeska Fundacji Panoptykon zajmującej się prawami człowieka w obliczu nowych technologii.

Weto prezydenta Nawrockiego zastanawia w kilku aspektach. Od strony czysto technicznej Polska jako państwo należące do Unii Europejskiej ma obowiązek wprowadzić Akt o usługach cyfrowych. Według ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego jesteśmy jednym z ostatnich krajów UE, które jeszcze tego nie zrobiły. DSA wprowadza m.in. nowe ścieżki odwoławcze dla użytkowników platform, większą przejrzystość algorytmów oraz dotyczące największych firm technologicznych obowiązki w zakresie reagowania na treści nielegalne.

Inne państwa Unii,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Komu służy weto?

Za brak bezpieczeństwa dzieci w internecie odpowiada dziś prezydent Nawrocki

Krzysztof Gawkowski – wiceprezes Rady Ministrów, minister cyfryzacji

Dlaczego potrzebujemy regulacji dotyczących usług cyfrowych?
– Potrzebujemy regulacji, które doprowadzą do bezpieczeństwa w internecie. Obecnie nie ma skutecznej walki z przestępstwami popełnianymi w sieci, bo nie mamy możliwości egzekwowania od platform cyfrowych przestrzegania prawa. Musimy wzmocnić nadzór nad tymi platformami, aby zwiększyć ochronę użytkowników. Państwo musi mieć możliwość szybkiej reakcji, kiedy pojawia się np. rosyjska dezinformacja czy zamieszczane są nielegalne treści, takie jak zdjęcia pedofilskie. Do tego mamy oszustwa internetowe związane z namawianiem do przestępstw finansowych. Aby z tym wszystkim walczyć i temu zapobiegać, potrzebujemy odpowiedniego prawa. Bez niego jesteśmy dziś dość bezbronni. I mimo że większość państw Unii Europejskiej takie prawo już wprowadziła, polski prezydent zdecydował się zawetować bezpieczeństwo w internecie.

Prezydent Nawrocki mówi, że to cenzura, przywołuje Orwella. Dlaczego ta argumentacja jest wadliwa?
– Przede wszystkim mam wrażenie, że pan prezydent może i czytał Orwella, ale na pewno nie czytał zawetowanej przez siebie ustawy. I to jest pierwszy element, który nasuwa mi się na myśl po tym, jak przeczytałem argumentację pana prezydenta odnośnie do ustawy implementującej Akt o usługach cyfrowych (DSA). Cenzura? Ta ustawa właśnie chroni wolność słowa w internecie, nakładając na platformy takie obowiązki jak wyjaśnianie przyczyn usunięcia treści, umożliwienie składania odwołań czy ujawnianie zasad moderacji.

Po drugie, w zawetowanej ustawie mieliśmy zestaw konkretnych narzędzi, które realnie wzmacniały prawa i wolności obywatelskie. Tymczasem według prezydenta egzekwowanie tych wolności implementacja DSA uniemożliwia. Po trzecie, blokowanie treści związanych z aktywnością w sieci dotyczyło ściśle określonych elementów i poważnych przestępstw, takich jak handel ludźmi, wykorzystywanie seksualne dzieci, oszustwa finansowe. Prezydent się temu sprzeciwił.

Wszystko to w imię walki z „cenzurą urzędniczą”.
– Prezydent oczekiwał, żebyśmy mieli w ustawie możliwość złożenia sprzeciwu do sądu powszechnego. I takie rozwiązanie wprowadziliśmy. Ustawa zawiera możliwość zgłoszenia sprzeciwu wobec zawieszenia danej treści. Co więcej, w takim wypadku treść nie znika z internetu do czasu rozstrzygnięcia postępowania. Czy pozostanie w sieci – zależy już od decyzji sądu. Uważam, że prezydent Nawrocki uprawia grę polityczną, żerując na najniższych instynktach. Dlatego stawiam prezydentowi tak mocny akt oskarżenia. To on jest dzisiaj odpowiedzialny za

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Zabójcze selfie

Spadają z klifów, wpadają pod pociągi, giną od rogów byka. Wszystko w imię najlepszego zdjęcia

Temat śmiercionośnych selfie wraca do mediów jak bumerang. W najgłupszych okolicznościach giną kolejni śmiałkowie i turyści chcący zrobić sobie niepowtarzalną fotkę, którą mogliby się pochwalić światu w mediach społecznościowych. „Journal of Travel Medicine” wyliczył, że w latach 2009-2022 doszło do 379 zgonów związanych z robieniem sobie zdjęć na potrzeby social mediów. Nie są to jednak kompletne dane. Wielu przypadków tego typu śmierci po prostu się nie odnotowuje.

Żyłka fotografa

Naukowcy z All India Institute of Medical Sciences prześledzili doniesienia o śmierci osób robiących sobie zdjęcia przednim aparatem w smartfonach. Problem zaistniał już ponad dekadę temu. Z analizy dotychczas odnotowanych przypadków wynika, że najczęstszą przyczyną śmierci przy robieniu selfie jest utonięcie. Drugie miejsce zajmują wypadki z udziałem pojazdów i środków transportu, jak w przypadku osób robiących sobie fotki na tle przejeżdżającego pociągu. Trzecie miejsce w zestawieniu to upadek z dużych wysokości, a dalej dzikie zwierzęta, użycie broni oraz porażenie prądem. Szef zespołu badawczego Agam Bansal w rozmowie z dziennikiem „Washington Post” stwierdził, że „zgony spowodowane robieniem selfie stały się poważnym problemem z zakresu zdrowia publicznego”. Badacz podkreślił, że samo robienie selfie nie jest groźne. Zagrożeniem są dopiero ryzykowne zachowania przy pozowaniu.

Uwiecznianie „doskonałego” życia i wrzucanie go na bieżąco do sieci stało się ważniejsze niż doświadczanie danej chwili tu i teraz własnymi zmysłami. Część ludzi całe swoje życie ogląda na ekranie smartfona, bo w kółko je nagrywa.

Ostatnio świat obiegła informacja o tragedii w szwajcarskiej miejscowości Crans-Montana. W sylwestrową noc w wyniku pożaru życie straciło 40 osób, a 120 zostało rannych. „Lokal okazał się śmiertelną pułapką, w której młodzi ludzie spłonęli żywcem lub udusili się dymem. Ucieczka była utrudniona z powodu wąskich schodów i przejścia”, pisały szwajcarskie media.

Przypadek jest skrajny. Nie przestrzegano elementarnych zasad bezpieczeństwa, podejrzane są kwestie związane z nadzorem budowlanym i kontrolą przeciwpożarową podczas oddawania klubu do użytku. Na światło dzienne wychodzą teraz liczne nieprawidłowości, wskazywane przez lokalną społeczność. Jak wynika z ustaleń śledczych, bezpośrednią przyczyną pożaru były iskry z zimnych ogni zamocowanych na butelkach szampana, które podnoszono zbyt blisko sufitu. Media podały, że był on wykończony pianką izolacyjną, najprawdopodobniej w celu wygłuszenia sali. Podejrzliwość wzbudza francuskie małżeństwo Morettich, właściciele lokalu. Jacques Moretti miał w latach 2005 i 2008 odbywać karę więzienia. Źródła bliskie sprawie twierdzą również, że mężczyzna był zamieszany w kilka innych spraw karnych związanych z oszustwami finansowymi.

Znamienne jest jednak i to, o czym pisze na łamach „Rzeczpospolitej” Bogusław Chrabota – że część osób świętujących Nowy Rok w klubie skupiała się na filmowaniu pożaru, zamiast uciekać, kiedy sufit zaczął płonąć: „W pierwszej chwili wszyscy chwycili za telefony komórkowe: ot, dzieje się coś nadzwyczajnego, więc trzeba to sfilmować i wrzucić na Instagrama. Nikogo nie zastanowiła skala ryzyka, jaka idzie za takim zachowaniem. Zabrakło przytomności, że pożar dzieje się w świecie realnym, a nie wirtualnym, i płomienie już za chwilę zaczną naprawdę parzyć i zabijać. W przypadku wielu bardzo młodych ludzi w barze Le Constellation brak umiejętności odróżnienia internetowego wirala od realnego zagrożenia życia skończył się śmiercią”.

Brzmi brutalnie? Powstrzymajmy na chwilę ewentualne oburzenie,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Zbawienny wpływ nudy

Badania pokazują, że bez chwil nudy będziemy głupsi. Ludzkość na tym traci, zyskują właściciele big techów

Nudę wiążemy z czymś nieprzyjemnym. Szczególnie kulturowo jest to stan postrzegany jako coś niepożądanego, a niekiedy nawet wstydliwego. Badania pokazują jednak, że nuda odgrywa ważną rolę w funkcjonowaniu mózgu. Ta chwila bezczynności daje nam więcej, niżbyśmy mogli się spodziewać – to stan, który wspiera kreatywność, samoświadomość i równowagę emocjonalną.

Nudzić się każdy może

Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, czym jest nuda. To pojęcie wymyka się precyzyjnej naukowej definicji, która określałaby ramy tego zjawiska. Francuski poeta Paul Valéry pisał: „L’ennui n’a pas de figure” – nuda nie posiada oblicza. Z drugiej strony wszyscy znamy ten stan z praktyki. Czujemy, że nie mamy nic do zrobienia i zaczynamy się rozglądać za jakąkolwiek czynnością, która nas pobudzi. Przy czym nuda niekoniecznie dopada nas w stanie kompletnej bezczynności.

Można więc ten cytat interpretować tak, że nuda jest stworzeniem zmiennokształtnym. Wszak czasem chodzi o firmowe zebranie, które w naszym odczuciu nie prowadzi do żadnych konkluzji i zaczyna się nam niemiłosiernie dłużyć. Równie dobrze nudę może wywoływać film, który nam się nie podoba, a każda jego minuta angażuje nas coraz mniej, co powoduje rosnącą frustrację. W takich wypadkach odpływamy w rozmyślania.

Sytuacje są różne. Często zależą od cech indywidualnych człowieka. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że nuda jest stanem bardzo subiektywnym. Jednak każde indywidualne przeżycie nudy ma pewne cechy wspólne z doświadczeniami innych znudzonych.

Peter Toohey w książce „Historia nudy” wskazuje podstawowe cechy zjawisk nużących każdego człowieka: „Kluczowe cechy nudy to przewidywalność, monotonia i ograniczenie. Każda czynność zbyt długo wykonywana bez urozmaicenia może się w końcu człowiekowi znudzić”. Doskonałym przykładem są niektóre monotonne wykłady na uniwersytecie czy wielogodzinna jazda autostradą (chociaż to odnosi się bardziej do dróg amerykańskich, na rodzimych autostradach to nadal potrafi być ekstremalne przeżycie).

Niezależnie od wszystkiego każdy i każda z nas zna ten stan. Pojawia się, gdy tracimy zainteresowanie wykonywaną czynnością lub brakuje nam bodźców. Zaczyna się wszędzie tam, gdzie pojawiają się trudności ze skupieniem uwagi, zniecierpliwienie i wrażenie powolnie płynącego czasu. Utarło się, że najgorzej nudę znoszą dzieci.

Współczesny świat, szczególnie w dziedzinie technologii,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

W sprawie szarlatanów zawodzi system

Walkę z szemranymi uzdrowicielami przegrywamy od 30 lat

Państwo miało okazję ograniczyć ekspansję pseudouzdrowicieli 30 lat temu. Niestety, zmarnowano tę szansę. Z inicjatywą legislacyjną istotnego ograniczenia, opodatkowania i poddania kontroli skarbowej i sanitarnej działalności różnych znachorów i szarlatanów 14 senatorów wystąpiło już w 1994 r. Pomysł popierała większość senatorów z profesorami Zbigniewem Religą i Zofią Kuratowską na czele. To oznacza, że ponad trzy dekady temu rozpoznano ten problem. Co poszło nie tak, że ostatecznie nikt z tym nic nie zrobił?

Ponadpartyjna zgoda

Inicjatywę dr. n. med. Zbigniewa Kulaka, senatora z ramienia SLD, poparło na posiedzeniu plenarnym Senatu 58 senatorów, przy zaledwie trzech głosach sprzeciwu. Można więc powiedzieć, że panowała ponadpartyjna zgoda co do podjęcia walki z problemem hochsztaplerów, którzy w latach 90. masowo pojawiali się w przestrzeni publicznej. Na początku lipca 1995 r. senator tłumaczył w Sejmie, dlaczego prawo regulujące działalność pseudouzdrowicieli jest ważne: „Jestem przekonany, że inicjatywa legislacyjna, z którą wystąpiła we wrześniu ub.r. grupa 14 senatorów, nie ma w żadnej mierze charakteru politycznego. Nie jest też wyrazem grupowego interesu środowiska lekarskiego czy – szerzej – fachowych pracowników służby zdrowia. Jej celem nadrzędnym jest ochrona interesu obywateli – byłych, aktualnych lub przyszłych pacjentów szukających fachowej pomocy w momencie potrzeby skorzystania ze świadczeń zdrowotnych określonych precyzyjnie w ustawie o zakładach opieki zdrowotnej”.

Lata 90. były czasem popularności telewizyjnych znachorów. Największym uznaniem cieszył się Zbigniew Nowak. Bioenergoterapeuta miał w Polsacie autorski program „Ręce, które leczą”. Mężczyzna twierdził, że potrafi uzdrawiać na odległość. Ludzie przykładali ręce do kineskopów. „Tylko moje dłonie są do państwa skierowane. Państwo wszyscy wyciągacie ręce i kierujecie je przed siebie. Uwaga! Zaczynamy nasz główny, potężny przekaz energetyczny”, instruował telewidzów Nowak. Nihil novi, w latach 80. na podobne sztuczki nabierał widzów rosyjski hipnotyzer Anatolij Kaszpirowski. Ale ludzie i tak wierzyli – przed telewizorami zbierały się miliony.

Najbardziej korzystali na tym lokalni uzdrowiciele, do których ustawiały się całodzienne kolejki. Miejscowe szeptuchy, pseudouzdrowiciele czy znachorzy często leczyli ludzi… surowymi jajkami. Przybierało to przeróżne formy – od rozbijania ich na głowie, przez picie surowych żółtek, po zakopywanie w ogródku za domem. W poważniejszych przypadkach w grę wchodziły również zaklęcia.

Popularność zyskiwała też wtedy chiropraktyka. „Obecnie, zgodnie z obowiązującym stanem prawnym, technik żeglugi śródlądowej, który złożył w urzędzie skarbowym oświadczenie o rozpoczęciu działalności gospodarczej w zakresie handlu obwoźnego i

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Szarlatani szaleją

Piewcy medycyny alternatywnej zyskują coraz większy poklask. Wszystko przez internetową dezinformację i polityków szukających kolejnych głosów

Kobieta umierała na chłoniaka. Jeden z popularniejszych w internecie szarlatanów zalecił jej branie suplementów, za które zapłaciła, bagatela, 10 tys. zł. Jak można się domyślać, pacjentce się nie polepszało. Na szczęście w porę zgłosiła się po pomoc onkologiczną i udało się ją uratować. Sprawa trafiła do prokuratury. Szarlatan stwierdził podczas przesłuchania, że przyjął kobietę jako duchowny Kościoła Naturalnego, a nie lekarz. Wymigał się. Historię nagłośniła Wirtualna Polska – bada ją Rzecznik Praw Pacjenta, a prokuratura wznowiła śledztwo. Ten sam szarlatan kilka tygodni temu był obecny w Sejmie, na posiedzeniu komisji dotyczącym zdrowia Polek i Polaków. Takich „specjalistów” w budynku przy Wiejskiej pojawiło się więcej. Kto ich zaprosił i po co?

Ręka w rękę

17 listopada 2025 r. w Sejmie odbyło się posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Ochrony Życia i Zdrowia Polaków. W jego skład wchodzą posłowie Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej. Jaki był temat spotkania? „Żywność jako narzędzie manipulacji”. Przemawiała m.in. kontrowersyjna prof. Grażyna Cichosz, której antynaukowe tezy wypowiedziane w programie Bogdana Rymanowskiego prostowali naukowcy i dietetycy. Był też Andrzej Kawka, który na co dzień przedstawia się jako dietetyk. Do lutego br. współtworzył na YouTubie kanał z naturopatą Oskarem D., który 3 lutego został zatrzymany przez policję. Mężczyzna usłyszał zarzuty narażenia pacjentki z nowotworem na utratę życia lub zdrowia oraz udzielania świadczeń medycznych bez zezwoleń. Zarzucono mu także pranie brudnych pieniędzy i oszustwa podatkowe.

Do zaproszonej przez polityków Konfederacji „śmietanki” dołączył również Hubert Czerniak, jedna z najsławniejszych postaci w kręgach medycyny alternatywnej. To lekarz pozbawiony prawa wykonywania zawodu, mentor Oskara D. Właśnie o Czerniaku wspominałem na początku artykułu.

Była poza tym Justyna Socha, działaczka ruchów antyszczepionkowych i kandydatka na posłankę z list Konfederacji. Kobieta została skazana w drugiej instancji za zamieszczenie w mediach społecznościowych, na profilu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP NOP, wpisu, w którym zasugerowała, że lekarze podają pacjentom leki prowadzące do przedwczesnej śmierci.

Zaproszeni na sejmowe spotkanie szarlatani głosili przeróżne antynaukowe tezy i nikt tych stwierdzeń nie weryfikował. Trudno się dziwić, że reporter Michał Janczura nazwał to w Wirtualnej Polsce „sabatem szarlatanów”.

Spotkanie otworzył Roman Fritz, poseł Konfederacji Korony Polskiej, który straszył, że toczy się właśnie „potworna walka”, i zwrócił się do prof. Cichosz: „To, że słyszymy ten kwik pseudoelit lewackich, które się wylewają z mediów i nie tylko, świadczy o tym, że pani profesor i całe środowisko, które za panią stoi, naruszyliśmy jakieś tabu i trafiliśmy w czuły punkt całego systemu”.

Czy Fritz rzeczywiście uważa poglądy zaproszonych szarlatanów za zgodne z prawdą, to odrębna kwestia, warto jednak się zastanowić, dlaczego środowisko antynaukowe tak bardzo się lubi z obozem politycznym tzw. antysystemowców. Jest w tym bowiem głębszy polityczny sens, niż mogłoby się wydawać. Chodzi o

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.