Wpisy od Kornel Wawrzyniak
Dajcie ludziom mieszkać
Najem krótkoterminowy jest zmorą polskich miast. Mieszkania drożeją, mieszkańcy nie mogą spać, a rządzący boją się kategorycznych regulacji
Polska jest dziś jednym z ostatnich państw Unii Europejskiej, które nie uregulowały najmu krótkoterminowego. Według szacunków rządowych obejmuje on już ok. 100 tys. mieszkań. I nic nie wskazuje, by ów trend miał wyhamować.
Brak przepisów otworzył drogę do nadużyć: lokale są masowo wykupywane pod biznes turystyczny, i to w budynkach, które nie są do tego przeznaczone. Konsekwencje ponoszą mieszkańcy – ofiary niekończącej się rotacji turystów. Nocne hałasy, niszczenie wspólnej przestrzeni i uciążliwe imprezy stały się ich codziennością. Życie w wielu kamienicach Krakowa, Warszawy czy Sopotu zostało podporządkowane interesom najmu krótkoterminowego, a państwo tylko biernie patrzy.
Polska – eldorado korporacji
W ciągu ostatniej dekady Airbnb wyrosło na jedną z największych alternatyw dla tradycyjnej bazy hotelowej. Platforma przyciągnęła użytkowników obietnicą niższych cen, większej swobody i czegoś, co firma nazywa „autentycznym doświadczeniem miasta”. Miało to być szczególnie atrakcyjne dla rodzin, które potrzebują więcej niż jednego pokoju hotelowego. Miało też być taniej i wygodniej. Niestety, umasowienie najmu krótkoterminowego wpływa negatywnie na lokalne społeczności.
13 kwietnia przedstawiciele ruchów miejskich spotkali się z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz z Polski 2050, aby omówić projekt ustawy regulującej rynek najmu krótkoterminowego. 20 maja br. w całej Unii Europejskiej ma bowiem ruszyć obowiązkowy rejestr mieszkań, domów i pokoi wynajmowanych na krótki termin. To rozwiązanie, które Polska musi wdrożyć na mocy Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2024/1028 z 11 kwietnia 2024 r. Jest ono wymierzone w nieprawidłowości związane z funkcjonowaniem takich platform jak Airbnb i Booking.com.
W odpowiedzi na problem zamieniania mieszkań w parahotele politycy przygotowali dwie propozycje legislacyjne. Jedna pochodzi od Ministerstwa Sportu i Turystyki, drugą przygotowali posłowie.
„Kraków tonie w Airbnb. Stali mieszkańcy Kazimierza i okolic Rynku Głównego to ginący gatunek. Wystarczy jedno lub dwa mieszkania w budynku funkcjonujące jak hotele dla turystów, by uprzykrzyć życie całej wspólnocie. Przeanalizowaliśmy propozycje rządową i poselską i naszym zdaniem tylko projekt poselski oferuje realne narzędzia ochrony mieszkańców przed powodzią Airbnb. Wprowadza on dla wspólnot możliwość sprzeciwu dla wynajmu krótkoterminowego typu Airbnb, jeśli trwałby on dłużej niż trzy miesiące w roku,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Sprawdź, zanim odbierzesz
Liczba oszustw telefonicznych rośnie. Oszuści podają się za pracowników banków czy instytucji publicznych
Komenda Główna Policji oraz CERT Polska ostrzegają w kolejnych komunikatach przekazywanych przez media, aby uważać na oszustwa telefoniczne. Obecnie są one jedną z najczęściej zgłaszanych form cyberprzestępczości. Przestępcy wykorzystują zarówno proste sposoby socjotechniczne, jak i bardziej zaawansowane techniki manipulacji numerami telefonów. Wszystko po to, aby wzbudzić w ofiarach zaufanie. Właśnie dlatego specjaliści od cyberbezpieczeństwa zalecają, aby przed oddzwonieniem lub odebraniem nieznanego połączenia najpierw sprawdzić dany numer telefonu.
Najpopularniejsze sztuczki
Za sprawą rozwoju technologicznego i dostępu do zaawansowanych narzędzi poprzez internet, oszustwa telefoniczne stały się bardzo łatwe do przygotowania. W sieci można znaleźć instrumenty umożliwiające podszywanie się pod dowolny numer telefonu. Taką technikę nazywa się spoofingiem. Oszust dzwoni do potencjalnej ofiary, sprawiając, że na ekranie telefonu wyświetla się numer innej osoby lub instytucji. Tym sposobem przestępca podaje się za pracownika banku, kuriera czy urzędnika. Widząc taki numer telefonu, ofiara staje się mniej czujna i zakłada, że rozmowa jest wiarygodna.
Przestępcy coraz częściej korzystają z rozległych baz numerów dostępnych w internecie. Źródłem tych danych są m.in. wycieki informacji, ogłoszenia publiczne oraz formularze online. W rezultacie osoby zaangażowane w działalność przestępczą mają możliwość wykonywania setek, a nawet tysięcy połączeń każdego dnia. Jak podkreśla w rozmowie z Polską Agencją Prasową ekspert cyberbezpieczeństwa Jakub Goldberg z serwisu ktoto.info, masowa skala takich działań sprawia, że choć większość odbierających szybko się rozłącza,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Siewcy polexitu. Antyunijne fejki są skuteczne
Straszenie Unią pozwala zbijać kapitał polityczny
Unia Europejska nie jest dziś w Polsce krytykowana – jest systematycznie w debacie politycznej obrzydzana. Nie przez poważną rozmowę o reformach, ale przez kpinę, kłamstwo i cyniczne straszenie, które mają jedno zadanie: produkować polityczne zasięgi oparte na emocjach. To nie jest już margines internetu. To zorganizowany strumień przekazów, w którym Unia rzekomo zakazuje gotowania obiadu i odbiera suwerenność, przytwierdzając nakrętkę do butelki. Absurd goni absurd, ale każdy z nich celnie trafia w poczucie zagrożenia.
Dziś polska prawica, w tym duża część PiS, dmie w tę antyunijną trąbę, aby zbijać kapitał polityczny przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r. Politycy, którzy zapewniają, że „nie chcą polexitu”, jednocześnie robią wszystko, by oswoić społeczeństwo z myślą, że Unia jest wrogiem. Grają na granicy odpowiedzialności, licząc, że nad ogniem da się zapanować. Brytyjczycy już się poparzyli. Polska może wypaść z Unii nie dlatego, że tego chce, lecz dlatego, że zbyt długo rozum przegrywa z cynizmem, a fakty z algorytmami.
Dziś do wyjścia z Unii, o czym pisał na łamach „Przeglądu” Robert Walenciak, wystarczy zwykła większość parlamentarna.
Rozum uśpiony
– Antyunijną narrację w kontekście dezinformacji można podzielić na kilka kategorii. Pierwsza z nich to reakcja na bieżące decyzje urzędników lub Unii jako całości. W ten sposób narodził się np. fałszywy przekaz o tym, że UE będzie zmuszać obywateli do jedzenia robaków. Wszystko zaczęło się od rozporządzenia wykonawczego Komisji Europejskiej zezwalającego na wprowadzenie na rynek częściowo odtłuszczonego proszku ze świerszcza domowego. Wywołało to dyskusję, że już niedługo będziemy zmuszeni jeść owady, nie wiedząc o tym, co oczywiście było nieprawdą. Unijny dokument wymagał, aby informacja o tego typu dodatkach do żywności znalazła się na etykiecie – mówi „Przeglądowi” Mateusz Cholewa, zastępca redaktora naczelnego portalu Demagog.
Unia pozbawiła już twarzy połowę polskiej prawicy. Można tak wywnioskować, kiedy przejrzy się internetowe wpisy polityków i zwolenników prawicy, którzy wywołali legendarną już burzę po wprowadzeniu dyrektywy Single-Use Plastics, w konsekwencji której, m.in. nie da się oderwać zakrętki od plastikowej butelki. Problem jak z popularnego żartu: „Panie doktorze, mam problem z okiem”. „Jaki?” „Jak piję herbatę to mnie oko boli”. „Proszę przed piciem wyciągać łyżeczkę z kubka”. Butelkę tymczasem wystarczy obrócić.
Można się śmiać, ale to jeden z elementów strategii obrzydzania Unii, który trafia do milionów Polaków jako realny argument. Jednocześnie wielu osobom umyka fakt, że siewcy tych antyunijnych treści są dziś często europosłami.
Można śmiać się z argumentów, ale nawet ta głupkowata w przekazie strategia działa. W miediach społecznościowych poprzez algorytmy, które karmią się polaryzacją społeczną, część baniek informacyjnych, w których są zamknięci prawicowi odbiorcy,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
50 lat Jabłka
Apple to firma, której można nie lubić. Odcisnęła jednak piętno na elektronice, z której korzystamy na co dzień
Przez mrok biegnie kobieta z młotem w rękach. Gonią ją zamaskowani policjanci. Wokół szarzy ludzie. Wszyscy tacy sami, słuchają przemówienia lidera, które wyświetla się na olbrzymim ekranie. Kobieta wbiega do wielkiej sali i rzuca młotem w ekran. Wybuch. Jeśli komuś się wydaje, że to scena z filmu SF, nie myli się wiele. Lektor mówi:
„24 stycznia Apple Computer zaprezentuje Macintosha. Dowiecie się, dlaczego rok 1984 wcale nie będzie jak »1984«”. Na ekranie pojawia się tęczowe nadgryzione jabłko.
To reklama nakręcona przez Ridleya Scotta, reżysera takich klasyków jak „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” czy „Blade Runner”.
Komputery z garażu
Rzeczywiście rok 1984 był przełomowy w historii Apple’a. Zapowiadany Macintosh, choć nie imponował parametrami technicznymi, stał się hitem ze względu na użycie graficznego interfejsu i myszki. Komputery Apple’a dotarły do masowego użytkownika. To dało firmie chwilową przewagę na raczkującym rynku.
Jej początki sięgają jednak roku 1976, kiedy Steve Wozniak, Steve Jobs i Ronald Wayne zaczęli produkować komputery w garażu rodziców Jobsa. 1 kwietnia założyli Apple Computer Company. Wayne pewnie do dziś pluje sobie w brodę, bo szybko wycofał się ze wspólnego przedsięwzięcia, sprzedając swoje 10% udziałów za 800 dol. Obecnie Apple wart jest prawie 4 bln dol.
– Apple jest na rynku komputerowym, a w zasadzie technologicznym, od pół wieku. To ogromny przedział czasowy dla logarytmicznie ewoluującej branży. Na początku lat 70. komputer był kojarzony z wielkim urządzeniem zamkniętym w chronionych pomieszczeniach, z dostępem wyłącznie dla państwowych i wojskowych elit. Kontrkultura hipisów zainicjowała wielkie zmiany, dostrzegając również w komputerach narzędzia samorealizacji i wspólnoty z nieograniczonym dostępem do technologii. To na tym gruncie powstał w 1976 r. pierwszy komputer Apple-1. Jobs i Wozniak nie wynaleźli komputera osobistego, ale upowszechnili go i w maszynę wypełnioną krzemowymi czipami tchnęli ducha, wolność i sztukę – mówi Jacek Łupina, założyciel i kurator Apple Muzeum Polska, jednej z najbogatszych prywatnych kolekcji sprzętu, oprogramowania i artefaktów związanych z historią Apple’a.
Wizjoner marketingu
Czy najsilniej z Apple’em kojarzony Steve Jobs rzeczywiście był wizjonerem? Ilu użytkowników sprzętu Apple’a, tyle prawdopodobnie opinii na ten temat. Można jednak śmiało powiedzieć, że był bardzo utalentowanym marketingowcem, który wiedział, jak zaszczepić w klientach potrzebę kupowania jego wyrobów. Wróćmy do naszpikowanej odniesieniami reklamy z 1984 r. Młot rzucany w lidera symbolizował wyzwolenie od korporacyjnego konformizmu i totalitarnej kontroli Wielkiego Brata. Macintosh to bunt przeciw monotonii i ówczesnej dominacji komputerów firmy IBM, obietnica, że komputery osobiste niosą ludziom wolność.
Ten dryg marketingowy dostrzegany jest nawet współcześnie. „Reklama Apple: w nocy chłopaki dziewczynom robią fotki. Tacy są gładcy, młodzi i ładni, do tego różnorodni. Deskorolkami suną przez miasto, chcą mi coś udowodnić. Ja moim robię screenshot mema,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Ciekawy przypadek Grudziądza
Powiatowe miasta się wyludniają. Trendu nie da się całkowicie zatrzymać, ale można go łagodzić
Zgodnie z najnowszym raportem na temat depopulacji gmin w latach 2009-2024, opracowanym przez portal Wspólnota, spadek liczby ludności stał się ogólnokrajową tendencją. Jeszcze dekadę temu można było traktować wyludnianie się miast jako przypadki lokalne. Obecnie problem dotyczy zdecydowanej większości jednostek samorządu terytorialnego. Dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że depopulacja obejmuje już 72% gmin. Stały przyrost liczby mieszkańców występuje dziś sporadycznie i koncentruje się w strefach podmiejskich aglomeracji.
Władza bez pomysłu
Dlaczego Grudziądz? Bo to miasto idealnie średnie i powiatowe. Duże miasta w regionie nie są zaś przytłaczająco większe i nie kanibalizują okolicy w taki sposób jak Warszawa czy Wrocław. Grudziądz cechuje typowo mieszczańska dynamika, bez drobnomieszczańskich kompleksów. Obumieranie tej tkanki miejskiej stanowi doskonały przykład tego, że kolejne ekipy rządzące nie potrafią sobie poradzić ze zjawiskiem odpływu młodych ludzi ze średnich miast. Mówimy o problemie w skali całego kraju, nie będziemy więc się zajmować krytyką władz lokalnych.
Grudziądz pod względem depopulacji zajął 27. miejsce w kraju. Między rokiem 2009 a 2024 ubyło mu 11,48% mieszkańców. Choć na przestrzeni lat miewał nawet ponad 103 tys. mieszkańców, dziś zostało ich 75 tys. I nic nie wskazuje na to, by tendencja spadkowa miała się zatrzymać w najbliższych latach.
Według zestawienia przygotowanego przez portal Wspólnota równie szybko wyludnia się Bytom. Najmniejszy spadek liczby mieszkańców zanotowano zaś w Żorach, gdzie w tym samym czasie ubyło tylko 0,18%. W Grudziądzu dynamiczny wzrost populacji widać było do 1994 r. Od czasu transformacji cały czas próbuje on zdefiniować się na nowo. Niegdyś miasto przemysłowe, które w 1910 r. zajmowało siódme-ósme miejsce w kraju pod względem obrotów, sto lat później, w marcu 2010 r., było miejscowością z największym,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Podcinanie skrzydeł zetkom
Pokolenie Z na rynku pracy wcale nie jest roszczeniowe
Przedstawiciele pokolenia Z, chociaż dopiero wchodzą na rynek pracy, już się zmagają z negatywnymi stereotypami na swój temat. Media głównego nurtu kreują obraz zetek jako pracowników roszczeniowych, leniwych i narzekających. Najmłodszym dorosłym obrywa się też w internecie, gdzie wyśmiewa się ich jako duże dzieci, które do pracy najchętniej przyszłyby z mamą, bo ona wszystko za nich zrobi. Legendarne są opowieści o procesach rekrutacyjnych. Historie w stylu: mieli przyjść na rozmowę o pracę, ale skorzystali tylko z toalety i poszli do domu.
Oczywiście jest w tym wszystkim ziarno prawdy. Na ile jednak ten obraz jest przekłamany? Być może zetki to po prostu pierwsze pokolenie, które zrozumiało, że praca nie musi być sensem życia? To zaś nie wpasowuje się w narrację o pracy wtłaczaną nam do głów od czasu transformacji. Wygodną jedynie dla przedsiębiorców i wielkich korporacji.
Łabędzi śpiew
Do 2030 r. przedstawicielki i przedstawiciele pokolenia Z (inaczej Gen Z, zoomersi, czyli osoby urodzone w latach 1995-2012) będą stanowić niemal jedną trzecią globalnego rynku pracy, co podkreśla Światowe Forum Ekonomiczne. Ogólnopolskie badanie „Work War Z” – tytuł odwołuje się do filmu o niszczącej świat epidemii zombie, ale konkluzje są zdecydowanie dalekie od apokalipsy – pokazuje zaś, że pokolenie Z to grupa pracowników o jasno określonych oczekiwaniach wobec rynku pracy. Co ciekawe, wbrew stereotypom te oczekiwania bardzo często pokrywają się z priorytetami starszych pokoleń.
„Największe znaczenie dla tej grupy ma atrakcyjne wynagrodzenie, docenienie przez pracodawcę oraz możliwość zachowania równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Firmy, które dostosują swoje strategie do tych potrzeb, mają realną szansę na przyciągnięcie i zatrzymanie młodych talentów oraz budowanie stabilnych i zaangażowanych zespołów. By to osiągnąć, konieczne jest jednak wprowadzenie zmian w obszarze wynagrodzeń, kultury organizacyjnej, komunikacji, elastyczności pracy oraz strategii rozwoju zawodowego. Ma to szczególne znaczenie w kontekście budowania zespołów międzypokoleniowych”, czytamy we wnioskach z raportu.
Słowem, pracodawcy muszą się dostosować do zmian społecznych, zamiast narzekać, że kiedyś to się pracowało, a teraz już nie. Skoro jednak oczekiwania kilku pokoleń pokrywają się na poziomie ogólnym np. co do zarobków (45% respondentów badania „WWZ” uważa, że to jeden z dwóch najważniejszych czynników motywujących, a 23% wskazuje docenienie w pracy), warto się zastanowić, dlaczego postrzega się pracowników z pokolenia Z jako dziwaków z innej bajki. Wszystko zaczyna się od mediów głównego nurtu, które do spółki z wielkim biznesem podtykają nam sugestie, jak mamy postrzegać pracę. Ten tandem kształtuje nasze traktowanie pracy od czasów transformacji. Warto, za Zofią Smełką-Leszczyńską, autorką książki „Cześć pracy. O kulturze zap***dolu”, zadać sobie pytanie o dysproporcję pomiędzy materiałami medialnymi na temat praw pracowniczych czy strajków załóg a wywiadami z reprezentantami biznesu.
Te same media suflują nam utyskiwania na pokolenie Z, które ma być koszmarem na rynku pracy. Najbardziej „zatroskane” o młodzież tytuły to wszelkiego rodzaju quasiekonomiczne portale, takie jak Business Insider, Money.pl, Forbes i oczywiście wiecznie zatroskana o utrzymanie postbalcerowiczowskiego status quo „Gazeta Wyborcza”. Głównym zarzutem wobec zetek jest w tych tytułach roszczeniowość. Co warte podkreślenia, na pokolenie Z patrzy się jak na nastolatki idące do pierwszej pracy. Tymczasem najstarsi przedstawiciele tego pokolenia, z rocznika 1995, mają dziś 31 lat. Najmłodsi z kolei, z rocznika 2012, mając lat 13, przeważnie nawet jeszcze o pierwszej pracy nie myślą.
Zbiór zachowań określanych przez media głównego nurtu jako „roszczeniowość” zetek obejmuje m.in. oczekiwanie godnych zarobków i umowy o pracę, tego, że staż będzie płatny, a sama praca trwać będzie tyle godzin, ile ma się w umowie. To ostatnie jest wręcz zbrodnią wśród tuzów rodzimego biznesu. Przypomnijmy słowa Rafała Brzoski, który jest kopalnią cytatów: „Do roboty chodziło się w czasach komunizmu. I niestety niektórym tak już zostało. Przychodzą do pracy o 8, wychodzą o 16 i nie odbierają telefonu
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Wajda a milenialsi
Relacja pokolenia 30- i 40-latków z twórczością Andrzeja Wajdy nigdy nie była prosta
Milenialsi przechodzili w latach dorastania etap przekorno-ironiczny. Dla zasady odrzucało się w kulturze to, co cieszyło się powszechnym uznaniem. Można zresztą powiedzieć, że każde pokolenie ma swojego punk rocka. Tutaj było jednak nieco inaczej. Trochę popkulturową drogą wyznaczoną dekady wcześniej przez Andy’ego Warhola zaczęliśmy przetwarzać to, co już było, i nadawać temu nowe konteksty. W ten właśnie sposób nasze pokolenie spopularyzowało internetowe memy. Nie inaczej było z twórczością Andrzeja Wajdy, przez część osób trochę odrzucaną dla zasady. Jednak życie polskiej inteligencji – tak, również tej młodej – jest Wajdą naznaczone. Nie każdy inteligent musi być oczywiście kinomanem, ale twórczość reżysera wielowymiarowo mierzy się z polskością i narodowymi mitami. Jego filmy, od zawsze obecne w życiu 30- oraz 40-latków, stanowią swoisty punkt odniesienia i wyjście do dyskusji o naszej społeczno-narodowej tożsamości.
Wajda w domu, Wajda w szkole
– Dzisiejsi 30- i 40-latkowie załapali się przede wszystkim na późnego Wajdę. Dla wielu pierwszym spotkaniem z reżyserem były widziane w kinie w czasie wycieczki szkolnej „Pan Tadeusz” albo „Zemsta”. Jednocześnie Wajda obecny w mediach był właściwie zawsze wielkim mistrzem, osobą, która pojawiała się głównie w kontekście osiągnięć polskiej kinematografii. Szum wokół reżysera, jaki się zrobił w okolicy przyznania mu Oscara za całokształt twórczości, był z jednej strony kolejnym przypomnieniem, że to postać ważna, ale też szybko (jak to u milenialsów bywa) został potraktowany ironicznie. Myślę, że dla wielu osób z mojego pokolenia najważniejszym momentem odbierania Oscara przez Wajdę była jego deklaracja, że przemówienie wygłosi po polsku – stwierdza Katarzyna Czajka-Kominiarczuk, krytyczka filmowa, autorka bloga „Zwierz popkulturalny”.
Wajda miał bardzo trudne zadanie jako autor społecznie zaangażowany. Lata 90. nie były częścią dotychczasowej walki z systemem. Głos reżysera stał się po transformacji ustrojowej jedną z wielu dostępnych narracji. W realiach rynkowej komercji wrażliwość,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Niebezpieczny „dietetyzm”
Dbanie o dietę to nic złego. Jednak gdzie moda i pieniądze, tam pojawiają się też oszuści
– Z chorobą Hashimoto zmaga się ok. 800 tys. Polaków. Jestem jednym z nich, podobnie jak mój nastoletni syn. Ostatnio obaj w odstępie kilku dni byliśmy na kontroli u swoich endokrynologów. Jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że obydwie lekarki od pierwszych chwil wizyty narzekają na wysyp książek, dostępnych w każdym Empiku, które proponują diety pomagające „opanować” Hashimoto samym odżywianiem się. Na co oczywiście nie ma żadnych dowodów. Poszedłem więc do salonu prasowego, aby zaspokoić zawodową ciekawość. No i powaliło mnie. Masa książek dietetycznych, które pomagają na dowolną dolegliwość, rzeczywiście jest porażająca – opowiada Miron, specjalista z zakresu komunikacji społecznej.
Licząc kasę, tfu, kalorie
Właściwie każdego dnia pojawia się nowa „cudowna” dieta, która obiecuje szybkie i zauważalne rezultaty, takie jak chudnięcie, natychmiastowa poprawa cery czy samopoczucia. Setki rolek w mediach społecznościowych z przepisami fit to tylko wierzchołek góry lodowej. Wiele popularnych quasi-dietetycznych propozycji to zwykła pułapka na naiwnych i skok na ich kasę. Wynika to m.in. z zamieszania pojęciowego panującego w przemyśle spożywczym, a zarobić chcą przecież wszyscy.
Najlepszym przykładem są produkty, które nigdy nie zawierały glutenu czy laktozy, ale pod naporem mody producenci zaczęli je oznaczać w odpowiedni sposób, a często też podnosić ich ceny. Pierwszy z brzegu – żółty ser. Dopisek „bez laktozy” na opakowaniu plasterkowanej Goudy,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl








