Wpisy od Kornel Wawrzyniak

Powrót na stronę główną
Kraj

Prace domowe wracają jak bumerang

Według rodziców, nauczycieli, a nawet uczniów zeszłoroczny zakaz to niewypał

– Trzeba wrócić do dyskusji o ocenianiu prac domowych. Nauczyciele krytykują przepisy, rodzice proszą ich o prace domowe – powiedziała Polskiej Agencji Prasowej rzeczniczka prasowa Związku Nauczycielstwa Polskiego Magdalena Kaszulanis.

Nowacka sprawdza samą siebie

Przypomnijmy, że od 1 kwietnia 2024 r. obowiązują przepisy ograniczające zadawanie prac domowych w szkołach podstawowych. W klasach I-III nie zadaje się prac domowych z wyłączeniem ćwiczeń usprawniających motorykę małą. W klasach IV-VIII zadania są nieobowiązkowe, a zamiast oceny uczeń otrzymuje informację, co wymaga poprawy, a co zrobił dobrze.

– Dzieci po raz kolejny padły ofiarą nieudolności polityków. Poprzednia ekipa w Ministerstwie Edukacji Narodowej z Przemysławem Czarnkiem na czele nieumiejętnie przeprowadziła dzieci przez pandemię i naukę zdalną. Kolejna, już z Barbarą Nowacką, równie bezmyślnie ograniczyła zadawanie prac domowych. Tam, gdzie potrzeba było chirurgicznej precyzji, użyto tępej siekiery. Skutki okażą się opłakane, bo dzieci po prostu będą głupie. Polska szkoła bez zadań domowych nie radzi sobie w należyty sposób z edukacją. Chciałabym zapytać panią minister, skąd ta ewaluacja, którą chce przeprowadzić, skoro rok temu głosiła, że wszystko ma przegadane ze specjalistami – ironizuje pani Anna, nauczycielka i matka dwójki dzieci z klas V i VI.

Po roku nie tylko rodzice mają wątpliwości. ZNP zgłaszał wątpliwości co do zakazu już na etapie projektowania zmian. Nauczyciele argumentowali: „Prace domowe rozwijają u uczniów systematyczność, odpowiedzialność oraz motywują do pogłębiania wiedzy”. I to nie one są powodem przeciążenia uczniów nauką, ale nadmiar treści zawartych w podstawach programowych dla poszczególnych przedmiotów. Według sondy przeprowadzonej przez Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty dla „Dziennika Gazety Prawnej” aż 81,2% ankietowanych dyrektorów opowiada się za przywróceniem obowiązkowych prac domowych. 89,1% respondentów uważa, że wprowadzenie nowych regulacji negatywnie wpłynęło na przygotowanie uczniów do zajęć.

– Strach przyznać, ale w zeszłym roku nawet się ucieszyłem, że moje dzieciaki nie będą miały zadań domowych. Ogrom materiału, który przynosiły do domu, przytłaczał i wymagał sporej pracy z naszej strony. Po roku widzę, że rozprężenie jest zbyt duże. Dzieci nie mają żadnego poczucia szkolnego obowiązku. Ba! Jakiegokolwiek obowiązku. Do nauki siadają tuż przed sprawdzianem i to naprawdę odbiło się na ich wynikach. Podkreślę, że wcześniej nikt ich do lekcji nie gonił. Jak było zadane, to robiły i tyle – zauważa pan Mariusz, ojciec dwójki uczniów z klasy V i VII.

ZNP podtrzymuje dziś swoje stanowisko, w dodatku związkowcy już rok temu twierdzili, że nauczyciel powinien mieć jednak możliwość oceny pracy domowej. Magdalena Kaszulanis zauważa, że do przedyskutowania jest ustalenie strategii:

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Czym dziś jest 1 Maja?

Prof. Joanna Senyszyn, kandydatka na prezydenta RP Święto zmieniło się z publicznego w prywatne i stało przede wszystkim dniem wolnym od pracy, który każdy spędza tak, jak chce i lubi. Tradycja wielkich pochodów zanikła. Dziś nawet mało kto pamięta, że to międzynarodowe święto upamiętnia krwawą walkę robotników o ośmiogodzinny dzień pracy i prawa pracownicze. Zupełnie inaczej było w PRL. Pierwszomajowe manifestacje były odgórnie organizowane i obowiązkowe, ale stanowiły też odmianę w szarej codzienności. Organizowano festyny i kiermasze

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Jak Wikipedia wyparła encyklopedię

Konsekwencja rozwoju czy społeczny regres?

Encyklopedie towarzyszą nam od dawna. Kojarzone są najczęściej z opasłymi księgami, które niegdyś były oknem na świat. Przez lata zaglądało się do zredagowanych przez specjalistów tomów, aby sprawdzić fakty. Tymczasem dziś niewiele osób ma jeszcze w domu encyklopedie. Wystarcza telefon. Lenistwo? A może postęp?

Słowo encyklopedia to zbitka greckich słów enkýklios – ogólny, tworzący krąg i paideía – wykształcenie. Pierwsze encyklopedie, we współczesnym rozumieniu tego pojęcia, pojawiły się w XVI w. Już w epoce Johannesa Gutenberga encyklopedia stanowiła kompendium wiedzy dostępne dla ogółu. Jej historia jest zresztą bardziej spektakularna, niż mogłoby się wydawać. Encyklopedie były wszak ważnym elementem w życiu politycznym i kulturalnym krajów, w których powstawały. Wystarczy wspomnieć, że Wielka encyklopedia francuska, napisana przez takie umysły oświecenia jak Jean d’Alembert, Denis Diderot czy Wolter, przyczyniła się do wybuchu rewolucji francuskiej. W niepozornych hasłach autorzy przemycili wiele treści antyreligijnych. Ten racjonalny obraz świata ukazany w encyklopedii pchnął Francuzów ku zrywowi.

Wiele lat później, bo u schyłku lat 50. XX w., encyklopedie naprawdę zawitały pod strzechy. Nakładem PWN ukazała się Mała encyklopedia powszechna, którą w krótkim czasie zastąpiła niewielka, jednotomowa encyklopedia zwana Azetką, dostępna nawet w kioskach Ruchu. Wreszcie w 1962 r. pojawiła się Wielka encyklopedia powszechna. Zawierała aż 75 tys. haseł, więcej niż ówczesna Britannica. WEP padła jednak ofiarą polityki. W 1968 r. władze krytykowały niektóre treści, m.in. związane z Holokaustem. Zwolniono dotychczasową ekipę redaktorów i zatrudniono taką, która zmieniła część haseł pod dyktando władzy. W latach 1962-1970 nakład WEP PWN wyniósł 178 tys. egzemplarzy. Absolutną rekordzistką nad Wisłą jest jednak Encyklopedia popularna PWN – miała 40 wydań i ukazała się w ponad 3 mln egzemplarzy.

Era encyklopedii skończyła się jednak bezpowrotnie. Obecnie jedyną drukowaną encyklopedią ogólnotematyczną jest World Book Encyclopedia. Ostatnia drukowana, 15. wersja Britanniki ukazała się w 2010 r. Od 2016 r. jest tylko w wersji online. PWN popularną Azetkę wydało dość niedawno, bo w 2021 r. Mówimy jednak o poręcznym tomiku. Encyklopedię PWN znajdziemy dziś w sieci. Inną popularną stroną jest Encyclopedia.com.

Nic jednak nie dorównuje popularności Wikipedii, mimo że na witrynę sypią się gromy za niedokładność i skandale z przekłamanymi treściami. Historia jej narodzin ma w sobie coś z ducha francuskiej encyklopedii. Wikipedia powstała 15 stycznia 2001 r. z inicjatywy Jimmy’ego Walesa, amerykańskiego biznesmena o idealistycznym zacięciu, który dzięki inwestycji w pornografię mógł przeznaczyć zarobione fundusze na „wolną internetową encyklopedię, którą każdy może redagować”. Nazwa wzięła się od hawajskiego zwrotu wiki wiki, czyli szybko. Wales postanowił wykorzystać entuzjazm i wiedzę milionów użytkowników internetu. I trzeba przyznać, że mu się udało.

Obecnie anglojęzyczna Wikipedia zawiera ponad 6,9 mln haseł. Francuska wersja portalu ma 2,6 mln artykułów, polska zaś ponad 1,6 mln, co lokuje ją na czwartym miejscu na świecie pod względem liczby wpisów.

W obecnej

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Wesołek na tronie

Zapamiętamy Andrzeja Dudę jako autora sytuacji śmiesznych i żenujących. Nawet nie trzeba go parodiować

Znany narciarz, gawędziarz, raper, przyjaciel Wąsika i Kamińskiego, ale przede wszystkim bohater niezliczonych internetowych memów. Długo można wymieniać przymioty mieszkańca Pałacu Prezydenckiego. Nie drukujemy jednak laurki dla Andrzeja Sebastiana Dudy. Każde zawierające garść faktów podsumowanie będzie dla prezydenta niekorzystne. Nie zmienia to faktu, że przygody Andrzeja Dudy są beczką śmiechu.

Andrew Polish

– Andrzej Duda nie potrafi znaleźć swojego czasu, żeby jakoś w ogóle się zaprezentować. Ma cechę osoby, która odzywa się nie wtedy, kiedy by należało – mówi satyryk i felietonista Michał Ogórek.

Duda rzeczywiście wydaje się człowiekiem, który trafia obok celu, a jego reakcje są przesadzone. Przypomina to satyrę stworzoną przez legendarnego komika Rowana Atkinsona w filmie „Johnny English”. Główny bohater to nieudolny szpieg w stylu Jamesa Bonda, karykatura brytyjskich stereotypów i zachowań. Jeśli nawet coś mu się udaje, jest to dziełem przypadku. Film prezentuje humor w stylu cringe, czyli mający wywołać śmiech poprzez zażenowanie. Cóż, sporo wystąpień publicznych Dudy daje taki sam efekt. Ba! Niektóre momenty kariery prezydenta (szczególnie te uwiecznione przez media) są jak polska adaptacja brytyjsko-francuskiego „Johnny’ego Englisha”. Andrew Polish zasiadający w Pałacu Prezydenckim.

– Jaką rolę ma prezydent Duda? Śmieję się, że kiedy pan prezydent pojechał na inaugurację Trumpa, to dostał tam takiej migreny, że wezwano lekarza. Podczas badania okazało się, że Dudzie skoczyło ciśnienie, i lekarz pyta, kiedy ostatnio to ciśnienie Dudzie badano. Prezydent odpowiedział, że trzy lata temu po powrocie z Nowogrodzkiej. Lekarz dalej go bada i mówi: „Poziom wazeliny wysoki, ale z tego, co pamiętam, to panu nie szkodzi. To jeszcze chciałem zapytać, kto zrobił wlewkę”. Pan prezydent odpowiada, że pan Mastalerek. Ukontentowany lekarz stwierdza: „To dobrze, bo to dobry specjalista”. Przechodząc do diagnozy, lekarz wyrokuje: „Panie prezydencie, muszę panu powiedzieć, że to, co pana boli, to nie jest migrena, pan ma po prostu za ciasną aureolę”. I mniej więcej w ten sposób oceniam rolę pana prezydenta – komentuje satyryk Krzysztof Daukszewicz.

Specyficzna nienaturalność prezydenta sprawia, że przeważająca część jego publicznych wystąpień natychmiast stawała się obiektem żartów, a telewizyjne kadry na zawsze zapisały się w historii polskiego memiarstwa. Dlaczego Andrzej Duda jest chodzącym generatorem sytuacji żenujących i śmiesznych?

– Odpowiedź jest bardzo prosta. Andrzej Duda nie dostosowuje mimiki do przekazu, a na dodatek stara się proste rzeczy umocnić miną. A że robi to nienaturalnie, pojawia się ogromny rozdźwięk między treścią a formą przekazu, który jest po prostu śmieszny. Tę karykaturalność doskonale było widać w słynnej wypowiedzi o rzeczach, które się człowiekowi nie śnią. Prezydent Duda, choć mówił zupełnie szczerze, próbował jednocześnie wzmocnić swój przekaz tonem głosu i ta nienaturalność wyszła komicznie – tłumaczy politolog dr Mateusz Zaremba z Uniwersytetu SWPS.

Z tą naukową opinią zgadza się Michał Ogórek. – Jeśli pan prezydent czasem zdobędzie się na jakiś poważniejszy gest, szybko okazuje się to nie mocnym tupnięciem, tylko lekkim puknięciem otwartą dłonią w stolik. Na dodatek zawsze wykonuje ten gest nie w tym momencie, kiedy należało. Czy to wynika z opóźnionego refleksu? Sądzę, że on cały czas myśli, że powinien coś zrobić, nie bardzo wie co, a gdy w końcu zdecyduje się coś zrobić, zawsze jest za późno – zauważa satyryk.

Zagubienie w złożoności świata polityki i jej różnych kontekstach dostrzega też Witold Bereś, redaktor naczelny miesięcznika „Kraków i Świat”: – Prócz książek ma Andrzej Sebastian Duda nad półkotapczanem zestaw DVD z pasjami oglądanym „Zezowatym szczęściem”. Kiedy już zapada zmrok i nikt Andrzejowi Sebastianowi Dudzie nie przeszkadza w subtelnych analizach własnej duszy, wraca nasz Wielki do sceny, gdzie obywatel Piszczyk przypadkiem idzie w marszu narodowców, choć wcześniej był kimś w rodzaju demokraty w Unii Wolności. Tłum krzyczy: „Wodzu, prowadź na Kowno! Niech żyje Polska od morza do morza!”, a Piszczyk konstatuje: „Stopniowo zaczął mnie ogarniać nastrój tego krzyczącego tłumu, chociaż wcale mi nie zależało na Kownie”. Po chwili jednak do marszu dochodzi druga grupa, która skanduje: „Ży-dzi na Ma-da-ga-skar!”. „Zupełnie nie wiedziałem, co krzyczeć – trochę się bałem, że z powodu mojego nosa mogą mnie wziąć za Żyda. Dlatego postanowiłem wykrzykiwać na przemian: jedno hasło dla tych z przodu pochodu, a drugie dla tych z tyłu”.

Nieudane próby wpisania się w trendy i bieżącą sytuację są znamienne dla prezydentury Andrzeja Dudy. Weźmy podjęcie wyzwania Hot16Challenge podczas pandemii. Kolejne osoby publiczne, aby dodać otuchy obywatelom siedzącym w pandemicznym zamknięciu, nagrywały rap lub melorecytacje i zapraszały do zabawy kolejnych wskazanych. W tym zestawieniu pojawił się wreszcie prezydent ze swoim „Ostrym cieniem mgły”. Widać

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Grypa antyszczepionkowców

Sezon grypowy jest w tym roku najgorszy od dekad. Powody? Niechęć do szczepienia się i bariery systemowe

Pod koniec lutego mieliśmy w Polsce ponad 2 mln odnotowanych zachorowań na grypę. Taka epidemia wirusa jest rekordowa na tle innych krajów Europy. Pobiliśmy również niechlubny rekord 1 tys. zgonów. Według wiceministra zdrowia Wojciecha Koniecznego mamy ok. 200 tys. przypadków grypy tygodniowo. Liczba zachorowań w sezonie 2024/2025 jest zdaniem ekspertów aż trzykrotnie wyższa niż w sezonie poprzednim. Wyjątkowo zjadliwy wirus uderza nie tylko w osoby najstarsze. Od tygodni z kompletną dezorganizacją zmagają się szkoły, w których uczniowie chorują na zmianę, nawet po pół klasy, a nauczycieli na zwolnieniach nie ma kto zastępować.

Antyszczepionkowe społeczeństwo?

„Od początku sezonu zachorowało 1 mln osób, mówimy to na podstawie zgłoszeń, które otrzymujemy za pośrednictwem Centrum e-Zdrowia. 50% przychodni raportuje do tego systemu, więc rzeczywista liczba zachorowań może sięgać nawet 2 mln. Patrząc na hospitalizację, 25 tys. osób z rozpoznaniem grypy trafiło do szpitala. Najbardziej niepokojącą informacją jest liczba zgonów, która od początku sezonu wyniosła ok. 1 tys. osób”, przedstawia statystykę dr n. med. Paweł Grzesiowski, główny inspektor sanitarny.

Według danych Głównego Inspektoratu Sanitarnego na grypę zaszczepiło się ok. 1,8 mln osób. To na tle innych krajów europejskich niewiele. „To, że przeciwko grypie zaszczepiło się zaledwie 5% naszej populacji, jest z pewnością powodem do wstydu w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, gdzie jest znacznie więcej osób zaszczepionych. Niestety, podobnie jest w całej Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie szczepienia przeciwko grypie wciąż są problemem. Trudno przekonać naszych rodaków, że szczepienie jest bardzo ważne i warto co roku się szczepić przeciwko temu wirusowi”, przyznała w rozmowie z Polską Agencją Prasową dr n. med. Agnieszka Mastalerz-Migas, konsultant krajowa w dziedzinie medycyny rodzinnej.

Brak szczepień nie jest jednak efektem wyłącznie niechęci do szczepionek lub niedbałości Polek i Polaków o zdrowie. Eksperci podkreślają, że problem jest również na poziomie organizacyjnym. W przypadku szczepień realizowanych w POZ kłopotem jest to, że po otrzymaniu recepty na szczepionkę trzeba się udać do apteki po preparat i albo umówić się na kolejną wizytę w celu zaszczepienia, albo próbować swojego szczęścia w aptece. Jeżeli chce się załatwić szczepienie podczas tej samej wizyty, można skorzystać wyłącznie z pełnopłatnej szczepionki.

„Chodzi przede wszystkim o to, żeby pacjent nie musiał najpierw uzyskiwać recepty na szczepionkę, np. przeciwko grypie, potem ją realizować w aptece, a następnie wracać do swojej przychodni, gdzie taki preparat może zostać podany. Optymalne rozwiązanie jest takie, żeby szczepionka była w lodówce w placówce podstawowej opieki zdrowotnej, a szczepienie byłoby wykonywane zaraz po wyjściu z gabinetu lekarza, u pielęgniarki”, tłumaczy dr Mastalerz-Migas.

Żadnych wniosków po pandemii

Zadziwiające jest też, jak społeczeństwo podchodzi do zakażeń po pandemii. Mogłoby się wydawać, że będziemy bardziej uważni po trzech latach rygoru sanitarnego. Ludzie wrócili jednak do starych nawyków, nie pozostając przy żadnych nowych zasadach higienicznych, takich jak chociażby izolowanie się, kiedy jest się chorym. Dzieci chodzą z katarem do szkoły, a rodzice, póki są w stanie utrzymać się na nogach – do pracy. Dziś maseczka jest taką samą abstrakcją jak przed rokiem 2020. A szkoda, bo ten prosty zabieg mógłby uchronić przed rozprzestrzenianiem się wirusa grypy w miejscach publicznych czy transporcie zbiorowym.

Wiceminister zdrowia Wojciech Konieczny zaznaczał w rozmowie z Polskim Radiem, że jest to bardzo dobry sposób na ograniczanie zakażeń, kiedy chory z jakiegoś powodu musi się znaleźć w większym skupisku ludzi. „Jestem zaskoczony, jak jadę autobusem albo tramwajem, a zdarza mi się to nie tak rzadko, że osoby starsze, osoby, które wyglądają na schorowane, a nawet te, które pokasłują czy sprawiają wrażenie po prostu chorych, nie jadą w maseczkach, nie zakładają ich, nie izolują się”, mówił na antenie.

Największą przeszkodą, jeśli chodzi o szczepienie się, jest jednak brak wiedzy wśród pacjentów. Według badań przeprowadzonych na potrzeby Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Chorób Infekcyjnych aż 73% respondentów wskazuje, że nie dociera

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Co w Polsce jest ze Wschodu, a co z Zachodu?

Prof. Roch Sulima,
antropolog, folklorysta

Wschód i Zachód w mojej codzienności… Pamiętam sprzed kilkudziesięciu lat rozmowę w pociągu dalekobieżnym. Jeden z pasażerów zwierzył się: jak się jedzie w stronę wschodnią, to w przedziałach jest jak w domu, a jak się jedzie w stronę przeciwną, to wagony milkną. Kiedy przyjechało się do pisarzy Białostocczyzny, Sokrata Janowicza lub Edwarda Redlińskiego, trzeba było zostać w gościnie parę dni. A tak w skrócie, z Zachodu przychodzi to, co wyskalowane i policzalne, a ze Wschodu czasem ożywczy powiew „chaosu”.

 

Ewelina Nowakowska
kulturoznawczyni, politolożka, USWPS

Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, gdzie zapytany Polak mieszka – po lewej czy po prawej stronie Wisły. Ponieważ to Wisła stanowi naturalną linię podziału. Dolnośląskie obrazy Willmanna są zatem symbolem Zachodu, a lubelskie freski na zamku – Wschodu. Podobnie zachodnia jest Zielona Góra i jej winobranie, a wschodni – zagubiony na bagnach Drohiczyn. W polskiej kuchni można dostrzec wpływy wschodnie (np. ukraińskie pierogi, barszcz) i zachodnie (np. gulasze, sznycle). Polska jest bowiem od wieków miejscem spotkania wpływów Wschodu i Zachodu, co z jednej strony jest wielką szansą, z drugiej zaś – wielkim niebezpieczeństwem.

Przez ostatnie stulecia na nasze nieszczęście zazwyczaj zwyciężała ta druga opcja.

 

Tomasz Sulima,
etnograf

W Polsce porozbiorowej, kiedy podczas podwieczorku w Krakowie popijano kawę z Wiednia, w Warszawie pijało się w tym samym czasie herbatę z Petersburga. To było 100 lat temu, jednak ta anegdota mówi wiele o wpływach Wschodu i Zachodu na naszą mentalność. W perspektywie historycznej ten środek ciężkości Wschód-Zachód co jakiś czas przesuwał się raz w jedną, raz w drugą stronę. Nasza kultura to miks życia na pograniczu. Widoczne są w niej silne elementy, takie jak charakterystyczny dla Zachodu indywidualizm, ale też przywiązanie do rodziny i zbiorowości znane kulturze wschodniej. Takich cech jest oczywiście dużo więcej. Trudno jednak nie popaść przy takim pytaniu w stereotypizację rzeczy charakterystycznych dla Wschodu i Zachodu. We współczesnej Polsce wiele rzeczy z tych dwóch kultur ze sobą współbrzmi. Warto również pamiętać, że dziś Wschód jest przesiąknięty Zachodem i odwrotnie. Weźmy sytuację w USA. Wzrost znaczenia amerykańskiego prezydenta jako lidera jest paradoksalnie figurą typowo wschodnią.

 

 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Czy dla Mentzena jest jeszcze miejsce w życiu publicznym?

Prof. Monika Płatek,
Wydział Prawa i Administracji UW

Sławomir Mentzen, sprowadzając zgwałcenie do „nieprzyjemnego” zdarzenia, okazał nie tylko pogardę kobietom, wykazał się lekceważeniem dla praw człowieka. Nie znaczy to jednak, że nie ma dla niego miejsca w debacie publicznej. Nie jest jedynym, który tak perwersyjnie myśli. Taki głos sprawia, że jemu podobni zyskują poczucie, że tak można. Tyle że bez względu na to, jak okropny jest Mentzen, my nie jesteśmy lepsi. Nasze oburzenie jego wypowiedzią w świetle przyjęcia ustawy, która, jawnie łamiąc najważniejsze prawo – konstytucję, odbiera prawo składania wniosku o azyl, cuchnie hipokryzją. Tą ustawą ślemy sygnał przyzwolenia na poniewieranie podstawowymi wartościami. Nie dziwmy się, że skutkuje to bagatelizowaniem przemocy i losu zgwałconych kobiet.

 

Anna Dryjańska,
socjolożka, dziennikarka

Ewidentnie tak, skoro on i jego partia lądują obecnie na trzecim miejscu w sondażach. To znaczy, że jego wyborcy przyklaskują nieludzkim wypowiedziom tego pana na temat kobiet albo odczłowieczanie połowy ludzkości jest im obojętne.

Bo trzeba nie postrzegać kobiet jako ludzi, by twierdzić, że niechciana ciąża, zwłaszcza jeśli jest się zgwałconym dzieckiem, jest „nieprzyjemnością”. To kolejny, tym razem dziewięciomiesięczny gwałt. Istnieje też grupa wyborców tak omamiona hasłem niskich podatków, że nie potrzebuje wiedzieć o polityku nic więcej. „Nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej”, powiedział Mentzen już w 2019 r. Część społeczeństwa jest gotowa – z przekonania lub przez przypadek – za tym zagłosować.

 

Marta Lempart,
Ogólnopolski Strajk Kobiet

Po wypowiedziach o gwałcie jako „nieprzyjemności” tego miejsca nie powinno dla niego być. Bo mowa o zbrodni, która zabija bez zadawania śmierci. Chodzi przy tym nie tylko o słowa – to też groźna zapowiedź wyborcza w imieniu Konfederacji. Oznacza, że przy odpowiedniej decyzyjności partii Mentzena jej członkowie będą dążyli do odwrócenia zmiany, która w tym roku nastąpiła dzięki redefinicji gwałtu, odejściu od ponadstuletniej, okrutnej definicji. Teraz każdy stosunek bez zgody jest gwałtem, teraz prokurator udowadnia, że oskarżony nie miał zgody. A nie – że kobieta na pewno nie powiedziała „tak”. Wrócą więc czasy, kiedy oskarżonymi w procesach o zgwałcenie będą kobiety, a nie gwałciciele. Na poziomie ludzkim współczuję wszystkim kobietom w życiu pana Mentzena. Jest dla mnie jasne, że jeśli spotka je coś tak potwornego, to wiedzą, że nie mogą liczyć na jego pomoc. Mało tego, będą umierać ze strachu, że on się dowie. Taką męskość promują pan Mentzen i cała Konfederacja.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Czy uzależnić świadczenie 800+ od zaszczepienia dzieci?

Prof. Michał Wróblewski,
filozof i socjolog, UMK

Pomysł powiązania świadczeń społecznych ze szczepieniami obowiązkowymi wart jest rozważenia z kilku powodów. Jesteśmy świadkami kryzysu programów proszczepiennych, dlatego potrzebujemy zdecydowanych działań. Lawinowy przyrost odmów szczepień, rekordowe poziomy zakażeń na odrę i grypę czy przypadek dawno niediagnozowanej w naszym kraju błonicy – to wszystko sygnały, że polityka szczepionkowa w Polsce nie działa tak, jak powinna. Są dowody na to, że takie rozwiązanie może być skuteczne. Myślę o Australii i polityce „No Jab, No Pay”, która polega na tym, że dzieciom bez szczepień ochronnych nie przysługują niektóre świadczenia. Wypłacanie ludziom uchylającym się od szczepień świadczeń pieniężnych wydaje się ponadto niesprawiedliwe. Osoby niezaszczepione są zagrożeniem dla zdrowia własnego i innych, w związku z tym mogą bardziej obciążać i tak już niewydolny system ochrony zdrowia, który – podobnie jak 800+ – jest przecież finansowany z naszych podatków.

 

Dominika Kuna,
prawniczka, USWPS

Taki ruch może się wydawać kontrowersyjny. Wprowadzenie regulacji ograniczających prawa obywatelskie musi nastąpić zgodnie z prawem. Trzeba jednak zwrócić uwagę na konieczność zadbania o dobro dziecka, w tej sytuacji o ochronę zdrowia i życia. Ostatni przypadek z błonicą pokazuje, że możemy mieć wątpliwości, czy aby działanie rodziców (a w zasadzie zaniechanie) nie naruszyło dobra dziecka. Zarazem warto się zastanowić nad skutecznością takiego uzależnienia wypłat 800+ od szczepień. Obecnie mamy system kar za brak szczepień, który nie jest zbyt skuteczny. Być może pewnym rozwiązaniem byłoby zwiększenie uważności społeczeństwa i edukowanie, przede wszystkim rodziców.

 

Jakub Zawiła-Niedźwiecki,
bioetyk, Centrum Bioetyki i Bioprawa UW

Ze względu na kryzys zdrowia publicznego związany z unikaniem szczepień jakieś rozwiązania są konieczne i pilne. Metoda polegająca na odbieraniu świadczeń jest bardzo kusząca ze względu na jej prostotę i doniesienia o skuteczności (głównie z Australii). Z perspektywy etycznej: po pierwsze, świadczenie 800+ miało być adresowane do dziecka, więc dziecko poniesie, poza brakiem uodpornienia na niebezpieczne choroby, kolejne dotkliwe konsekwencje działań rodziców. Po drugie, rozwiązanie to będzie niesprawiedliwie oddziaływało na różne grupy socjoekonomiczne: od rzeczywistego przymusu ekonomicznego do całkowicie pomijalnej kwestii dla osób zamożnych. Istniejące dane dotyczą krajów ze znacznie bardziej hojnymi świadczeniami. Czy takie rozwiązanie rzeczywiście byłoby skuteczne w Polsce? Nie wiem.

 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zdrowie

Pudrowanie wirusa

Resort zdrowia wydał prawie 7 mln zł na kampanię promującą szczepienia przeciw HPV wśród dzieci – z marnymi efektami. Słono zapłacić za szczepienie muszą dorośli

Zaczęło się niewinnie, od wizyty kontrolnej u ginekologa. „Lekarka była zaniepokojona. Zrobiła mi cytologię. Po kilku tygodniach okazało się, że mam HPV, i to wredną odmianę powodującą raka. Skierowano mnie na zabieg do szpitala w celu usunięcia zmian. Przy wypisie lekarz, który wykonywał zabieg, zalecił mi jak najszybsze szczepienie przeciwko HPV. Zrobił to na gębę. Nie dostałam takiego zalecenia w wypisie, nikt nie wystawił mi recepty na szczepionkę. Musiałam załatwić to prywatnie i była to droga przez mękę. Łącznie wydałam ponad 3 tys. zł. Gdy zobaczyłam w kinie reklamę Ministerstwa Zdrowia, zalała mnie krew”, pisze w liście do redakcji czytelniczka „Przeglądu”, 35-letnia Ania.

A kto pana zaszczepi?

To tylko jedna z wielu historii związanych ze szczepieniem dorosłych przeciwko HPV. Ministerstwo Zdrowia kładzie nacisk na darmowe szczepienie młodzieży w wieku 9-14 lat. Zapomniano jednak o dorosłych, szczególnie tych w wieku rozrodczym. To poważny błąd. HPV jest przenoszony drogą płciową lub w kontakcie ze skórą osoby zakażonej. Według badań CBOS okres największej aktywności seksualnej Polaków przypada na wiek 25-44 lata. Według seksuologów kobiece libido osiąga szczyt około trzydziestki i utrzymuje się na podobnym poziomie aż do menopauzy. Tymczasem okienko na refundowane szczepienie zamyka się wraz z ukończeniem 18. roku życia. Potem zaczynają się niebotyczne koszty dla wszystkich, którzy są zainteresowani zaszczepieniem się przeciwko wirusowi mogącemu powodować raka.

HPV (Human Papillomavirus) to nazwa ludzkiego wirusa brodawczaka. Odpowiada on przede wszystkim za zachorowania na raka szyjki macicy oraz raka pochwy i sromu u kobiet. Może również wywoływać raka prącia u mężczyzn. Obydwie płcie są zaś zagrożone rakiem odbytu, jamy ustnej, nosogardzieli, nasady języka i migdałków, okolic głowy i szyi. Wyróżnia się ponad 200 typów wirusa. Część jest rakotwórcza. Trzy najczęściej występujące wysoce rakotwórcze typy, HPV-16, HPV-18 i HPV-45, są odpowiedzialne za 75% przypadków raka płaskonabłonkowego szyjki macicy, 90% przypadków raka gruczołowego szyjki macicy i większość przypadków zmian przednowotworowych szyjki macicy. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznała typy HPV-16 i HPV-18 za czynniki rakotwórcze dla człowieka. Przed zakażeniem HPV może uchronić szczepionka. Szczepienie jest najskuteczniejsze, jeśli nastąpi przed potencjalnym narażeniem na zakażenie wirusem, do którego dochodzi głównie drogą płciową. Jednak zaszczepić się można także po inicjacji seksualnej, a skuteczność takiej profilaktyki też została udowodniona w badaniach. W Polsce w powszechnym programie szczepień, który obejmuje najmłodszych pacjentów, przeciw HPV bezpłatnie dostępne są dwie szczepionki: 2-walentna szczepionka Cervarix i 9-walentna szczepionka Gardasil 9.

– Mój doktor wyjechał na urlop, a przyszła już pora na drugą dawkę szczepionki. Zadzwoniłem na teleporadę do swojego POZ i mocno się tłumaczyłem lekarce z przychodni, że potrzebuję szczepionki na HPV, że to już druga dawka itd. Receptę w końcu dostałem. Lekarka na koniec zapytała. „Ale kto pana zaszczepi?”. Powiedziałem, że idę prywatnie. Lekarka nie dowierzała, że nie zaszczepią mnie u niej w przychodni, bo przecież „szczepią na wszystko, jeśli przyniesie się swoją szczepionkę”. Niestety, szczepienie na HPV jest jedynym, na które odmówiono mi zaszczepienia w trzech kolejnych przychodniach POZ. Co więcej, pytałem w kilku przychodniach, czy ktoś zrobi to odpłatnie, i również spotkałem się z odmową. A mówimy o Warszawie – opowiada 37-letni Tymon.

Wirus z dobrym PR

Walka z wywołującym raka wirusem jest dziś na pierwszych stronach prasy kobiecej. Szczepienia przeciw HPV reklamują aktorki, a przede wszystkim modelka Anja Rubik. Można odnieść wrażenie, że zaszczepić się można ot tak, między zakupami w najlepszych warszawskich butikach a pogawędką ze znajomymi przy kawiarnianym stoliku. Ten cukierkowy obrazek z Instagrama z rzeczywistością ma niewiele wspólnego.

Ministerstwo Zdrowia zorganizowało akcję „HPV. Czas na szczepienie jest teraz”. Spoty emitowano m.in. w kinach i telewizji. Zapytane o koszty ministerstwo odpowiedziało „Przeglądowi”, że w 2024 r. na kampanię celowaną do rodziców

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Silne kobiety i zagubieni mężczyźni

Jeśli chodzi o poziom praw kobiet i narrację polityczną, to się cofamy

Prof. Magdalena Środa – filozofka, etyczka, feministka

Marzec kojarzony jest ze świętem kobiet. Jest co świętować?
– Jasne! Kobiecość! Lepiej przez cały rok, i to we wszystkich jej formach. To święto się zmienia – ciekawe, że nikt nie opisał jego historii. Dobrym przyczynkiem do tego było święto kobiet zorganizowane przez Marię Kaczyńską. Zaprosiła do Pałacu Prezydenckiego prawie setkę znanych pań, które bawiła Maria Czubaszek, ja miałam tam wygłosić poważną mowę o prawach kobiet. Nie chodzi jednak o to, co mówiłyśmy, tylko jak nas tam przyjęto. W dużej sali, która pamiętała jeszcze czasy świetności i elegancji Jolanty Kwaśniewskiej, ustawiono na stołach paluszki i termosy z lurowatą herbatą, biały cukier stał w jakichś prowizorycznych pojemnikach, a tradycyjne szklanki na spodeczkach…

Dość przaśnie.
– Byłyśmy zniesmaczone. Na otwarcie spotkania z głośników usłyszałyśmy piosenkę „Za zdrowie pań” i do sali wtargnęli faceci w garniturach, dając każdej z nas goździk, pudełko z rajstopami i poprosili o pokwitowanie darów. Zrozumiałyśmy – Kaczyńska cofnęła nas w lata 70. Świetny pomysł. Kolejnym – na tym samym spotkaniu – była inicjatywa zbierania podpisów za prawem do aborcji. Pani prezydentowa też się podpisała, w związku z czym zaraz po uroczystościach ojciec Rydzyk nazwał ją czarownicą. Czyż to nie piękny zestaw różnych elementów historii kobiecego święta w Polsce? Lata 70., te z trudem zdobywane rajstopy, znienawidzone goździki, a potem ograniczenie praw kobiet symbolizowane przez ustawę antyaborcyjną, no i szaleństwa polskiego katolicyzmu, przypominające XVI w., kiedy naprawdę palono tysiące czarownic. Najpierw opresja komunistyczna, potem katolicka…

Aż taka zła była ta PRL?
– Przez wiele lat Dzień Kobiet traktowano jako rytuał. Jednak gdybym miała ważyć opresję kobiet pod komunizmem i pod katolicyzmem, orzekłabym, że ta druga jest znacznie większego formatu. Dziś temat PRL jest tabu, wolno tylko opluwać ten okres, a jednak pod względem praw kobiet był on niewiarygodnie postępowy, jeśli go porównać np. z sanacją czy z czasami katolików u władzy. Nie chodzi tylko o politykę socjalną, żłobki, przedszkola, opiekę zdrowotną dzieci, kolonie, ale również o otwarcie horyzontów. Nikt nie mówił małej dziewczynce, że musi być dobrą matką i żoną. Dziewczynki mogły wszystko. Mnie pani w przedszkolu tłumaczyła, że mogę i powinnam zostać kosmonautką. Nie chciałam, ale też nie było mowy o żadnej tradycyjnej roli.

Tymczasem polska dekomunizacja była zarazem deemancypacją. Głoszone przez Kościół hasło powrotu kobiet do tradycyjnych ról opłaciło się państwu. Już premier Bielecki przestał łożyć na żłobki i przedszkola, szkolna opieka zdrowotna poszła do lamusa, podobnie jak wczasy zakładowe czy kolonie, młodzież szkolna przestała jeździć na wycieczki krajoznawcze, w zamian biorąc udział w pielgrzymkach. Nad Polską zapanował cień „pobożnego” biznesmena Rydzyka (i jemu podobnych), wzmacniany zarówno przez każdą aktualną władzę, jak i Jana Pawła II.

Potem przyszedł okres transformacji. Emancypacja wtedy wyhamowała?
– Tak jak powiedziałam, to był okres deemancypacji i „ewangelizacji”, ale nie na modłę Jezusa, lecz na modłę Konstantyna; chodziło nie o miłość bliźniego, ale o władzę i mamonę. Kościół domagał się rządu dusz, by mieć pełną kiesę. I dostał ją. Władza oddała mu prawa kobiet, a potem nadała przeróżne przywileje ekonomiczne, w ogólne nie przejmując się tym, że stał się on jedyną instytucją w demokracji, która nie jest poddana jakiejkolwiek kontroli: moralnej, prawnej, ekonomicznej. Poza tym transformacja to mały i średni biznes – jeśli Polska odniosła tu zwycięstwo, to dzięki kobietom, bo to one ten biznes dzierżyły w dłoniach. Lecz gdy przyszło do fetowania sukcesu transformacji, o kobietach zupełnie zapomniano; na wszystkich uroczystościach panowie wręczali sobie medale, a nieliczne panie zapraszane były jako widzowie i tytułowane (w zaproszeniach) „Szanowny Panie”. Znów stałyśmy się niewidoczne. Strasznie to wściekło Henrykę Bochniarz i to ona postanowiła, że coś trzeba z tym zrobić. Tak powstał Kongres Kobiet.

Współczesna kobieta jest feministką?
– Każda z nas, która choć trochę zna historię kobiet, musi być feministką. Bo kto walczył o naszą dzisiejszą niezależność? Feministki. Każdy, kto choć

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.