Wpisy od Marek Czarkowski
Wakacje, ech wakacje
Przeciętna polska rodzina z dwójką dzieci w wieku szkolnym wyda na ich letni wypoczynek 4-6 tys. zł
W ubiegłym roku ponad 1,4 mln polskich dzieci i nastolatków skorzystało ze zorganizowanych form letniego wypoczynku. Trzeba przyznać, że nigdy nie było tak dobrze. Sukces ten jednak skrywa brutalną prawdę o podziale na tych, którzy mogą zapłacić 4-5 tys. zł za zorganizowany wypoczynek dziecka w Rimini we Włoszech lub na Costa del Sol w Hiszpanii, i tych, dla których tygodniowe kolonie na Kurpiach pozostają nieosiągalnym luksusem.
Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2025 r. na wakacje wyjechało ponad 813 tys. polskich dzieci, 526 tys. uczestniczyło w półkoloniach, a 75 tys. wypoczywało za granicą.
Podobnie wyglądają informacje zebrane przez Centrum Badania Opinii Społecznej we wrześniu 2025 r. Wynika z nich, że na co najmniej tygodniowy letni wypoczynek poza miejscem zamieszkania wyjechali uczniowie z prawie 73% gospodarstw domowych, w których były dzieci w wieku szkolnym.
W roku 2012, gdy CBOS przeprowadził analogiczne badanie, jedynie 44% polskich rodzin wysłało wszystkie swoje dzieci na wakacje i niemal tyle samo – 43% – nie wysłało żadnego. Zmiana jest ogromna i świadczy o realnym awansie ekonomicznym znaczącej części polskiego społeczeństwa.
Wzrosła popularność wyjazdów zagranicznych. W 2025 r. aż 38% gospodarstw domowych z pociechami w wieku szkolnym zdecydowało się na co najmniej tygodniowe wakacje dziecka za granicą – stanowiło to wzrost o 3% w stosunku do roku 2024 i było rekordem w historii sondaży CBOS (sięgających 2016 r., gdy zaczęto pytać o kierunki wyjazdów). Najpopularniejsze okazały się: Bułgaria, Włochy, Hiszpania, Grecja i Chorwacja. Tegoroczne wakacje zapowiadają się podobnie.
Bałtyk czy Morze Czarne?
O kierunkach wyjazdów dzieci na wakacje decyduje przede wszystkim zasobność portfela rodziców. Najtańsze, siedmiodniowe turnusy wiążą się z wydatkiem rzędu 1,6 tys. zł od osoby. Najczęściej jednak oferty oscylują w granicach 2,2-2,5 tys. zł za turnus. W tym roku dziewięciodniowe kolonie nad Bałtykiem – w Darłowie lub Redzie – będą kosztowały średnio 2,7-3 tys. zł. Dla porównania, dziesięciodniowy wypoczynek all inclusive w Bułgarii oznacza wydatek ok. 2,8 tys. zł plus pewnie 100 euro dla pociechy na ciastka, lody i napoje chłodzące.
W związku z takimi cenami wielu
Sukcesja bez podatku
Klasa polityczna i biznesowa zamieniła fundacje rodzinne w osobisty portfel poza zasięgiem fiskusa
W założeniach miał to być pomysł na uchronienie polskich firm rodzinnych przed rozpadaniem się po śmierci ich założycieli, sprzedażą wieloletnich biznesów i kłótniami spadkobierców. Za stworzeniem polskiego odpowiednika znanych w Europie prywatnych fundacji od lat lobbowały Business Centre Club oraz Instytut Biznesu Rodzinnego. Projekt wspierały też kancelarie prawne i doradcze, wyczuwając, że na nowej instytucji będzie można nieźle zarobić.
Rząd PiS, a konkretnie Ministerstwo Finansów z Ministerstwem Rozwoju i Technologii przygotowały projekt ustawy, którą ostatecznie aż 441 głosami, a więc niemal jednomyślnie, przyjął Sejm pod nazwą Ustawa z dnia 26 stycznia 2023 r. o fundacji rodzinnej. Prezydent
Andrzej Duda podpisał ją bez zbędnej zwłoki.
Wystarczyły trzy lata, by okazało się, że fundacja rodzinna to genialny instrument chroniący polityków, prezesów i wszelkiej maści biznesmenów przed podatkami. Ustawa zapewniła bowiem fundacjom rodzinnym wyjątkowo przyjazny pakiet podatkowy: zwolnienie z bieżącego podatku CIT od dochodów uzyskiwanych w ramach działalności statutowej, zerową stawkę PIT na rzecz świadczeń wobec beneficjentów z najbliższej rodziny oraz preferencyjną stawkę 15% CIT od wypłacanych świadczeń. Wystarczy minimalny fundusz założycielski, wynoszący zaledwie 100 tys. zł, jeden akt notarialny, wpis do rejestru – i jesteś właścicielem rodzinnej skarbonki.
Rząd Mateusza Morawieckiego reklamował to jako sukces. Pytanie czyj, bo do gry weszły osoby i podmioty, którym sukcesja rodzinnego majątku była całkowicie obojętna. Tak naprawę liczyły się podatki, a raczej ich brak, oraz możliwość ucieczki z aktywami.
Wielka ucieczka przed podatkami i komornikiem
Nad Wisłą obowiązuje zasada jawności majątkowej osób pełniących funkcje publiczne. Posłowie, senatorowie, ministrowie, prezesi spółek skarbu państwa czy sędziowie mają obowiązek składania oświadczeń majątkowych. Muszą wykazać, kto ile zarabia, co posiada, jakie ma zobowiązania, od kogo pożyczył pieniądze itp. Tylko że od połowy 2023 r., czyli od wejścia w życie ustawy, bez problemu można przerzucić do fundacji rodzinnej większość majątku i w stosownych oświadczeniach pojawi się co najwyżej wzmianka o „prawach do świadczeń z fundacji”. Bez szczegółów, a więc bez wartości poznawczej.
Media ustaliły, że z fundacji rodzinnych korzystają posłowie różnych opcji politycznych. Sławomir Mentzen z Konfederacji ma Fundację Rodzinną Rodziny Mentzen. Przemysław Wipler to Fundacja Rodzinna RW. Ryszard Petru, jak wskazują media, to z kolei Fundacja Rodzinna Vinci.
Największe zainteresowanie mediów wzbudziła KP76 Fundacja Rodzinna założona przez byłego prezesa Orlenu Daniela Obajtka, mająca siedzibę w Myślenicach.
Gdy 15 października 2023 r. Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory parlamentarne,
Kasa wasza będzie nasza
Czy Andrij Jermak, szara eminencja w otoczeniu prezydenta Zełenskiego, okradał Ukrainę?
Gdy ukraińscy żołnierze ginęli w okopach pod Bachmutem, Pokrowskiem i Awdijiwką, gdy rosyjskie drony niszczyły elektrownie, a miliony Ukraińców siedziały w mieszkaniach bez prądu i ogrzewania, Andrij Jermak – wraz z przyjaciółmi – budował sobie luksusową posiadłość na terenie osiedla Dynastia w Kozynie pod Kijowem. Jak twierdzi ukraińska prokuratura – za pieniądze pochodzące z łapówek.
Od początku lutego 2020 r. Jermak był szefem biura prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego – de facto drugą osobą w państwie. Decydował o sprawach kadrowych na najwyższych szczeblach ukraińskiej administracji. Miał wpływ na przepływy finansowe. Odpowiadał za relacje z najważniejszymi partnerami zagranicznymi Ukrainy, w tym z amerykańską administracją.
Ta wspaniała kariera runęła 28 listopada 2025 r., gdy Jermak złożył – jakoby z własnej inicjatywy – rezygnację z funkcji, natychmiast przyjętą przez prezydenta Ukrainy. Stało się to po przeszukaniach w domu i biurze Jermaka, dokonanych przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) oraz Specjalną Prokuraturę Antykorupcyjną (SAP) w związku z prowadzonym od 2024 r. śledztwem pod kryptonimem „Midas”. Wtedy to ukraińskie organy ścigania na poważnie zajęły się grupą wpływowych postaci, związanych z prezydentem Zełenskim. Ludzie ci wymuszali na przedsiębiorcach mających kontrakty z Enerhoatomem, spółką będącą właścicielem ukraińskich elektrowni atomowych, „prowizje” stanowiące 10-15% wartości zawartych umów.
Byli to:
- Timur Mindicz – biznesmen i dawny współpracownik Zełenskiego, uznawany za organizatora procederu przestępczego. W wyniku tych działań miał on przywłaszczyć ok. 100 mln dol.
- Herman Hałuszczenko – były minister energii, którego nazwisko pojawiało się w kontekście rozmów o obsadzaniu stanowisk i dzieleniu wpływów w Enerhoatomie.
- Switłana Hryńczuk – następczyni Hałuszczenki w resorcie energii i, jeśli wierzyć ukraińskim mediom, jego partnerka życiowa.
- Ołeksij Czernyszow – były wicepremier, opisywany jako współtwórca schematów korupcyjnych, bezpośrednio związany z realizacją wspomnianego projektu budowy ekskluzywnego osiedla dla wybranych.
- „Andrij” – postać, która pojawiła się w nagraniach z podsłuchów prowadzonych przez NABU. Według ukraińskich mediów miał to być Andrij Jermak, szef Biura Prezydenta Ukrainy.
- Tajemniczy „Wowa” – jego tożsamość od połowy ubiegłego roku próbują ustalić prowadzący śledztwo funkcjonariusze NABU i prokuratorzy.
W czym rzecz? Na terenie Dynastii powstawały cztery luksusowe wille, dziś w stanie surowym. Ich właścicielami mieli być Ołeksij Czernyszow, Timur Mindicz, Andrij Jermak oraz „Wowa”. Działania ukraińskich organów ścigania przerwały ten jakże miło rokujący proceder, a jego uczestnicy mają dziś kłopoty z prawem.
Timur Mindicz zdążył opuścić Ukrainę kilka godzin przed wejściem funkcjonariuszy NABU do jego mieszkania i przez Warszawę udał się do Izraela, którego jest obywatelem.
W listopadzie 2025 r. wobec Ołeksija Czernyszowa sąd zastosował areszt tymczasowy, z możliwością opuszczenia go po zapłaceniu bardzo wysokiej kaucji.
Andrij Jermak stracił stanowisko, a w połowie maja br. usłyszał też zarzut prania pieniędzy oraz udziału w procederze korupcyjnym na kwotę rzędu 460 mln hrywien. Na kilka dni trafił do celi dla VIP-ów, którą opuścił po uiszczeniu przez jego przyjaciół rekordowo wysokiej kaucji – ok. 140 mln hrywien, czyli 2,7 mln euro. Poszukiwania tajemniczego „Wowy” na razie nie dały rezultatu.
Kabareciarze na stanowiska
21 kwietnia 2019 r. w drugiej turze wyborów prezydenckich w Ukrainie Wołodymyr Zełenski pokonał Petra Poroszenkę, zdobywając 73,22% głosów. To nie było zwycięstwo – to była carte blanche, którą Ukraińcy dali człowiekowi obiecującemu im pokój i dobrobyt. Zełenski wykorzystał to do maksimum. Kilka miesięcy później w wyborach do Rady Najwyższej przygniatające zwycięstwo odniosła jego partia Sługa Narodu.
Nowy lider postanowił oprzeć się na ludziach, których znał z firmy i trupy kabaretowej Kwartał 95 – był jej udziałowcem. Do ukraińskiej polityki trafili m.in.:
- Serhij Szefir – współzałożyciel i scenarzysta Kwartału 95, został głównym doradcą Zełenskiego.
- Iwan Bakanow – wieloletni menedżer spółki, został najpierw zastępcą szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, a następnie jej szefem.
- Serhij Trofimow – producent Kwartału 95, Zełenski mianował go pierwszym zastępcą szefa swojej administracji.
Z listy partii Sługa Narodu do Rady Najwyższej dostał się też aktor Jurij Korjawczenkow, znany jako „Juzik”. I niemal natychmiast po objęciu funkcji dał się nagrać, gdy składał propozycję korupcyjną. Oczywiście włos z głowy mu nie spadł. Jurij Kostiuk, scenarzysta Kwartału 95, odpowiedzialny za oprawę medialną kampanii Zełenskiego, został jednym z zastępców szefa administracji prezydenta. Najważniejszy z nich, Timur Mindicz, współwłaściciel studia, producent i partner biznesowy
Suplementowa loteria
Viagra w tabletkach „na energię”, w błonniku salmonella – o suplementach diety słów kilka
W kwietniu w mediach pojawiła się informacja o odkryciu przez krakowskich policjantów z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą fabryczki, w której podrabiano suplementy diety. Mieściła się w skromnym domku jednorodzinnym w dzielnicy Podgórze.
Co najmniej od końca 2024 r. 43-letni mężczyzna i jego 38-letnia partnerka w polowych warunkach podrabiali witaminy, odżywki i suplementy znanych polskich i zagranicznych marek, by sprzedawać je w internecie.
Widok fabryczki zaskoczył funkcjonariuszy. Kręciły się po niej koty i pies, wszędzie była sierść. Na stołach walały się puste kapsułki, które napełniano „substancjami czynnymi”. W szafach znaleziono pojemniki z kurkumą, glukozą i mąką ryżową. Odkryto także paczki profesjonalnie wydrukowanych etykiet. Modus operandi „przedsiębiorców” był prosty. Kupowali oryginalne suplementy, mierzyli opakowania, ważyli kapsułki i fotografowali etykiety. Takie same kapsułki i pojemniki kupowali następnie u chińskich i krajowych producentów, a w lokalnych drukarniach drukowali fałszywe etykiety. Kapsułki napełniali mieszanką sporządzoną przy użyciu domowych urządzeń AGD. Jak szacowano, proceder ten przyniósł parze kilkaset tysięcy złotych zysku.
To jeden z licznych przypadków patologii panoszącej się na polskim rynku suplementów diety, wartym ponad 7 mld zł rocznie. Z opublikowanych w grudniu 2025 r. danych PMR Market Experts oraz Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że w roku 2027 osiągnie on wartość 9 mld zł.
Raport Cheers Polska „Nawyki żywieniowe Polaków 2018” wskazywał, że 86% Polaków uważało stosowanie suplementów diety za korzystne dla zdrowia, 72% sięgało po nie sporadycznie, a 51% zażywało je codziennie. Ocenia się, że w latach 2017-2020 do Głównego Inspektora Sanitarnego wpłynęło łącznie 62 808 powiadomień o wprowadzeniu lub zamiarze wprowadzenia do obrotu suplementów diety. Dziś może to być łącznie ponad 100 tys.
Na początku 2022 r. Najwyższa Izba Kontroli opublikowała dokument „(Nie)kontrolowane suplementy diety”, dowodzący, że rynek ten faktycznie znajduje się poza kontrolą.
Zrób sobie suplement
By wprowadzić suplement diety na rynek, wystarczy powiadomić o tym GIS. Nie jest wymagana klasyczna rejestracja,
Koniec z bólem i wiertłami
Jak sztuczna inteligencja, nowoczesne materiały, skanery i drukarki 3D zmieniają współczesną stomatologię
W grudniu 2025 r. prezenter telewizyjny i celebryta Filip Chajzer opublikował w mediach społecznościowych nagranie, w którym ostrzegał przed bondingiem – zabiegiem stomatologii estetycznej, w którym dentysta nakłada specjalny materiał kompozytowy bezpośrednio na powierzchnię zębów, dzięki czemu wyglądają one olśniewająco. Chajzer skarżył się, że odkąd latem 2024 r. poddał się tej procedurze, codziennie pluje krwią, odczuwa ból, a pod kompozytem pojawiły się bakterie powodujące próchnicę. Zdaniem celebryty była to wina stomatologa, który przeprowadził zabieg niezgodnie ze sztuką. Sprawa stała się głośna, a przy okazji – jak sądzę – tysiące osób dowiedziało się, czym jest bonding.
Plotkarskie portale internetowe od dawna pełne są doniesień o „nowych zębach gwiazd”. Wśród postaci, które radykalnie odświeżyły swój uśmiech, znajdziemy Krzysztofa Ibisza, Blankę Lipińską, Edytę Pazurę i Michała Wiśniewskiego. Tego typu zabiegi nie są tanie. W renomowanej klinice w Polsce pełny nowy garnitur zębów, np. na implantach, to zwykle wydatek rzędu co najmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych (za dolną i górną szczękę).
Wszystko jednak przebił lekarz celebryta dr Krzysztof Gojdź, właściciel sieci klinik medycyny estetycznej w USA, który zafundował sobie „hollywoodzki uśmiech” w postaci nowych licówek. Ta metamorfoza kosztowała go ok. 100 tys. zł. W wywiadach podkreślał, że zależało mu na naturalnym efekcie, na pięknych białych zębach, a nie na „bieli klozetu”.
Przeciętni Polacy korzystający z usług stomatologów nie muszą się obawiać tak zatrważających kwot, choć każda wizyta w gabinecie – nawet gdy chodzi o zwykłe plomby –
zazwyczaj oznacza poważny wydatek. Chyba że zdecydujemy się na NFZ – ale wtedy przyjdzie nam długo czekać. Trudno jednak w tym wypadku dziwić się cenom. W ostatnich latach w stomatologii nastąpił radykalny postęp. Pojawiły się nowoczesne metody leczenia, sięgnięto po najnowsze technologie i nowe materiały. A to oznaczało koszty.
Bez bólu
Wiele osób nie znosi wizyt w gabinecie stomatologicznym ze względu na wysoki, wibrujący dźwięk wierteł. Kojarzy im się z bólem, który odczuwali w dzieciństwie, gdy wiertła stomatologiczne przypominały narzędzia tortur. Dziś wnętrza gabinetów dentystycznych wyglądają niczym wypełnione najnowszą techniką centrale statków kosmicznych, borowanie zębów odbywa się zaś w znieczuleniu miejscowym i przy użyciu systemów, które w niczym dawnych wierteł nie przypominają.
A może być jeszcze lepiej. Stomatolodzy mają dziś bowiem dostęp do technologii, które pozwalają całkowicie wyeliminować nawet najbardziej nowoczesne sposoby borowania zębów.
W ostatnich latach opracowano np. żele chemiczne wybiórczo rozmiękczające zainfekowaną próchnicą tkankę, którą lekarz po prostu usuwa, bez sięgania po wiertło. Stosuje się też urządzenia wykorzystujące strumień powietrza z wodą i tlenkiem glinu. Stomatolog „piaskuje” zainfekowaną tkankę i w ten sposób czyści ząb. To technologia,
Nielegalne wpływy. Lobbing po polsku
Szara strefa prawa z politykami prawicy w tle
Premier Donald Tusk na konferencji prasowej, która odbyła się 7 kwietnia, powołując się na ustalenia Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, poinformował, że założona przez Zbigniewa Ziobrę Fundacja Instytut Polski Suwerennej otrzymała od Przemysława Krala, prezesa giełdy kryptowalut Zondacrypto, 450 tys. zł.
Część tych środków miała zostać przeznaczona na adwokatów reprezentujących Dariusza Mateckiego oraz ks. Michała Olszewskiego.
Z kolei powiązana z Kralem czeska spółka Expofér Servis House (w niektórych źródłach występuje jako Expo Fair Service House – przyp. M.C.) przekazała 70 tys. euro Fundacji Dobry Rząd powiązanej z posłem Przemysławem Wiplerem. Donald Tusk sugerował, że istnieje związek między przekazanymi środkami a negatywnym stosunkiem PiS i Konfederacji do rządowych projektów ustaw mających na celu poddanie rynku kryptowalut w Polsce kontroli.
Zarówno ziobryści, jak i konfederaci zaprzeczyli. Przy tej okazji na Wiejską wrócił temat lobbingu.
Na początku był „grabbing”
Pod koniec grudnia 1997 r. rząd premiera Jerzego Buzka wprowadził całkowity zakaz importu żelatyny. Oficjalnie w trosce o zdrowie społeczeństwa, gdyż na Zachodzie stada bydła dziesiątkowała choroba szalonych krów. Sprawą zainteresowały się media, ponieważ zakaz objął także żelatynę wieprzową, a o chorobie szalonych świń nikt nie słyszał.
Okazało się, że zakaz importu gwarantował ogromne zyski Kazimierzowi Grabkowi, biznesmenowi nazywanemu „królem żelatyny”, bo – jak sugerowali dziennikarze – dzięki koneksjom politycznym potrafił on forsować korzystne rozwiązania prawne, które zapewniały jego zakładom monopol sprzedażowy na krajowym rynku. Jego sposób działania nazwano „grabbingiem”. To była pierwsza wielka afera lobbingowa w Polsce. W konsekwencji burzy medialnej rząd cofnął zakaz importu żelatyny wieprzowej i obniżył cła, a Grabkiem zainteresowała się prokuratura.
O wiele większy rozgłos zyskała tzw. afera Rywina z 2002 r. Producent filmowy Lew Rywin zażądał od redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika „prowizji” w wysokości 17,5 mln dol. w zamian za korzystne zapisy w ustawie o radiofonii i telewizji, które pozwoliłyby spółce Agora na przejęcie jednej ze stacji telewizyjnych. Mówiło się wtedy, że
Mroczne dziedzictwo
Historia upadków giełd kryptowalut będzie kształtować przyszłość cyfrowych finansów
Na początku kwietnia wybuchł w Polsce jeden z największych skandali finansowych ostatnich dekad – afera giełdy kryptowalut Zondacrypto. Jak powiedział premier Donald Tusk, liczba poszkodowanych może sięgać nawet 30 tys. Szacuje się, że zobowiązania wobec nich przekroczyły 350 mln zł.
Co gorsza, przebywający za granicą prezes Zondacrypto Przemysław Kral podobno posiada izraelski paszport, co – jeśli jest prawdą – gwarantuje mu, iż znalazł się poza zasięgiem polskiego wymiaru sprawiedliwości.
Historia tego przekrętu zaczęła się ponad dekadę temu, gdy w roku 2014 młody biznesmen Sylwester Suszek założył w Katowicach jedną z pierwszych w kraju giełd kryptowalut BitBay, umożliwiającą wymianę złotówek na bitcoiny (BTC). Giełda szybko się rozwinęła. W roku 2017 obsługiwała 1 mln klientów, a jej miesięczne obroty sięgnęły 1,5 mld dol. Rok później Komisja Nadzoru Finansowego wpisała giełdę BitBay na listę ostrzeżeń publicznych, zarzucając jej m.in. prowadzenie bez zezwolenia działalności zbliżonej do bankowej. Zarząd giełdy zdecydował o przeniesieniu jej siedziby na Maltę. W maju 2021 r. BitBay ogłosiła, że pozyskała inwestora ze Stanów Zjednoczonych.
Przyjmuje się, że wtedy Suszek sprzedał swoje udziały i wycofał się z biznesu. Oficjalnie z powodu chęci zajęcia się innymi projektami. Mniej oficjalnie – z powodu śledztwa w sprawie prania pieniędzy,
Dziurawy system kontroli niszczy polski rynek żywności
Rozproszone i niedofinansowane inspekcje nie mają siły przeciwstawić się wielkim sieciom handlowym i grupom przestępczym
W Broniszach, na największym w Polsce rynku hurtowej sprzedaży owoców, warzyw, artykułów spożywczych i kwiatów, wczesną wiosną można znaleźć kartony z pomidorami oznaczone: „Produkt polski”. W rzeczywistości sprowadzono je z Afryki Północnej. Dlaczego dochodzi do takich oszustw? Bo pomidory z polskich szklarni są droższe od afrykańskich. I znacznie smaczniejsze.
W 2022 r. kupowaliśmy nieświadomie w sklepach chleb i bułki, które mogły być wypieczone z pochodzącej z Ukrainy pszenicy technicznej. Ówczesny rząd Mateusza Morawieckiego ewidentnie problem zlekceważył, a rolnicy, którym w skupach proponowano skandalicznie niskie ceny za pszenicę, rozpoczęli protesty. Z przerwami trwały one do roku 2024.
W tym samym roku wybuchła afera Berg + Schmidt Polska. Spółka do produkcji dodatków paszowych używała tłuszczów technicznych zamiast surowców spełniających normy spożywcze. Wśród jej klientów był największy w kraju producent drobiu, firma Cedrob. Wartość szkód szacowano na 170 mln zł. W 2024 r. ogłoszono upadłość firmy Berg + Schmidt Polska.
Regularnie opisywane przez media afery z importowanym zbożem czy podejrzanymi dodatkami paszowymi oraz widmo zalewu europejskiego rynku tanią żywnością z Ameryki Południowej to tylko część problemu. Polski system kontroli żywności pozostawia wiele do życzenia, a gdy ujawniane są nieprawidłowości, trudno znaleźć winnych.
Presja cenowa spółek zajmujących się produkcją pasz bądź wyrobami piekarniczymi oraz wielkich sieci supermarketów stworzyła idealne warunki do oszustw. Na to nałożyła się niska skuteczność kar za nieprzestrzeganie prawa. Efekt? Utrata zaufania do instytucji państwowych.
Czterech kucharzy w jednej kuchni
11 marca br. w sali Kina pod Kopułą w Gostyniu odczytano obszerny akt oskarżenia w głośnej sprawie „chrzczenia” mleka przez rolników i pracowników tamtejszej spółdzielni mleczarskiej. Mechanizm był prosty – do mleka dolewano wodę i fałszowano dokumentację, by osiągnąć dodatkowe zyski. Proceder miał miejsce w latach 2015-2019. Oszuści wpadli, bo podejrzeń nabrały władze spółdzielni, które zawiadomiły policję i prokuraturę, że coś jest nie tak. Po zainstalowaniu kamer jeden z kierowców został nagrany, jak manipuluje licznikiem, a dalsze kontrole (przy udziale kompetentnych organów) wykazały, że w kilku cysternach były przerobione zawory. W trakcie postępowania ujawniono szczegóły przestępczego procederu. Prokuratura oszacowała straty na kilka milionów złotych,
Miliardy za błędy
Jak Polska przegrywa arbitraże z zagranicznymi inwestorami
Na początku kwietnia br. sąd w Brukseli wydał nieprawomocny wyrok w sprawie z powództwa spółki Pfizer Export przeciw Rzeczypospolitej Polskiej i przyznał amerykańskiemu koncernowi ok. 5,6 mld zł. Zobowiązał także Polskę do odbioru ok. 64 mln dawek szczepionki przeciw COVID-19, które i tak muszą zostać zniszczone. Premier Donald Tusk i minister finansów Andrzej Domański na specjalnie zwołanych konferencjach prasowych poddali surowej krytyce swoich poprzedników, którzy do takiej sytuacji doprowadzili.
Przyczyną sporu z Pfizerem była decyzja rządu Mateusza Morawieckiego z 2022 r. o odmowie odbioru i zapłaty za szczepionki. W uzasadnieniu powołano się na siłę wyższą, czyli wojnę w Ukrainie, gwałtowny spadek zakażeń w kraju oraz posiadanie znacznego zapasu szczepionek. W ówczesnej ocenie polskiego rządu odebranie kolejnych i zapłacenie za nie byłoby niecelowe i finansowo nieuzasadnione.
Zobowiązania Polski w tej kwestii wynikały z umowy, jaką Komisja Europejska w imieniu państw członkowskich UE zawarła z koncernem. Negocjacje prowadzone były bezpośrednio przez przewodniczącą KE Ursulę von der Leyen i prezesa Pfizera Alberta Bourlę. Jak się potem okazało, wymieniali się oni SMS-ami i w prywatnych rozmowach telefonicznych uzgadniali szczegóły kontraktu wartego dziesiątki miliardów.
Opisująca sprawę dziennikarka „New York Timesa” Matina Stevis-Gridneff, powołując się na unijne przepisy o dostępie do dokumentów, zażądała wglądu w treść owych SMS-ów. Komisja Europejska odmówiła, twierdząc, że takich wiadomości nie da się odnaleźć lub nie są one dokumentami w rozumieniu prawa. Niezrażona tym redakcja amerykańskiego dziennika poszła do sądu Unii Europejskiej, który 14 maja 2025 r. orzekł, że Komisja złamała unijne zasady przejrzystości, bezprawnie odmawiając dostępu do wspomnianej korespondencji oraz nie dopełniając obowiązku starannej archiwizacji dokumentacji dotyczącej sprawy. W wyroku wskazano winę Komisji Europejskiej – politycznie reprezentowanej przez Ursulę von der Leyen – lecz nie przesądzono o konsekwencjach karnych.
PiS w relacjach z Brukselą i Waszyngtonem było nieudolne, a obecna ekipa rządząca… słynie z poddaństwa wobec Komisji Europejskiej. Jeśli zatem wyrok się utrzyma, będziemy musieli zapłacić Amerykanom równowartość prawie 6 mld zł, odebrać szczepionki i na własny koszt je zutylizować.
Nie po raz pierwszy okazało się, że nie radzimy sobie w sporach toczących się przed międzynarodowymi sądami arbitrażowymi. Pytanie dlaczego.
Holenderska lekcja
Gdy w pierwszej połowie lat 90. XX w. Polska masowo podpisywała z państwami zachodnimi umowy o ochronie inwestycji (tzw. BIT – Bilateral Investment Treaties), nikt nie liczył, ile może to nas kosztować. Najważniejsze było przyciągnięcie kapitału. Umowy dwustronne miały świadczyć o tym, że jesteśmy otwarci na biznes,
Wielkanoc pod presją rachunków
Polacy w święta wydali na jedzenie mniej, ale musieli polować na promocje
„Na Wielkanoc czekam na wojenkę cenową – bardziej niż na same święta. Jak nie będzie mocnych promocji w dyskontach, to stół będzie dużo skromniejszy”, napisał w mediach społecznościowych jeden z internautów. Inny przyznał: „70% ludzi liczy, że sklepy »pozabijają« się o klienta przed świętami – ja też. Bez tego nie ma szans zmieścić się w normalnym budżecie”.
Ich nadzieje w tym roku się spełniły. Udało się przygotować wielkanocne śniadanie „po taniości”. Jeśli korzystaliśmy z aplikacji popularnych sieci supermarketów, przy odrobinie szczęścia mogliśmy kupić sześć kostek masła za jedyne 11,94 zł (kostka masła Mleczna Dolina kosztowała w promocji 1,99 zł). Do tego pół kilograma białej kiełbasy Skiba za 5,99 zł. Opłacało się brać dwa opakowania – wtedy kilogram wychodził po 11,98 zł. Schab lub szynkę bez kości można było dostać za 6,99 zł za kilogram. By zaoszczędzić, trzeba było brać 2 kg. 10 kg cukru można było trafić za 15 zł! A 2 kg twarogu sernikowego w wiaderkach – za 9,79 zł. Jajka, majonezy, chrzan, napoje itp. to były względnie tanie drobiazgi. Czteroosobowa rodzina mogła wydać na świąteczny stół ok. 200-300 zł. Ale był to wariant oszczędnościowy.
Rodziny bardziej zamożne mogły sobie pozwolić na więcej. Około 5-6% badanych deklarowało, że ich świąteczny budżet przekroczył 1,5 tys. zł, więc biesiadowali „na bogato”.
Handlowcy zauważyli, że wielu rodaków ruszyło na świąteczne zakupy w ostatniej chwili, tuż przed niedzielą wielkanocną. Z badań wynikało, że zamierzało tak zrobić 29,6% ankietowanych. To dowód, że konsumenci wiedzą, kiedy mogą się spodziewać najlepszych ofert, a na półkach pojawią się świeże świąteczne produkty.
Drożej czy taniej?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy Wielkanoc w 2026 r. kosztowała nas więcej niż w poprzednich latach. Choć jest to święto religijne, dla większości rodaków to także poważny test domowych budżetów. Dlatego niska cena produktów ma kluczowe znaczenie.
Według tegorocznego raportu Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych „koszyk wielkanocny” okazał się średnio o 12,8% droższy niż w roku ubiegłym. Byłoby o wiele lepiej, gdyby nie wzrost ceny gorzkiej czekolady – aż o 80-85% w porównaniu z rokiem 2025. Przełożyło się to na wzrost cen innych słodyczy. Stało się tak z powodu suszy, chorób drzew kakaowca oraz anomalii pogodowych, które w latach 2023-2024 dotknęły część krajów Afryki Zachodniej. Zbiory spadły tam o 30-40%. W efekcie cena tony kakao z 3 tys. dol. podskoczyła do 12 tys. dol.!
Przy okazji klienci, nie tylko nad Wisłą, zderzyli się ze „shrinkflacją”, polegającą na tym, że za mniejszą tabliczkę czekolady przyszło płacić więcej. Trafnie zauważył to pewien internauta w mediach społecznościowych: „Najbardziej wkurza mnie, że wszystko wygląda tak samo,








