Wpisy od Wojciech Kuczok
Piłkarze już nie cierpią, futbol nieco bardziej
Pierwsza seria gier mundialowych
Wszyscy już się pokazali, pierwsza seria gier za nami, mundial wbrew powszechnym obawom wystartował bez przeszkód. Owszem, drużyn jest za dużo, meczów zanadto, ale dzięki temu można sobie w pierwszej fazie sporo odpuścić bez wyrzutów sumienia. Współczuję przyjaciołom mundialomanom, którzy wierni obsesji twardo próbowali oglądać wszystko, a potem snuli się po chodnikach jak nieumarli, z piachem w oczach, drażliwi i półprzytomni, aż w końcu i tak padli podczas któregoś ze spotkań, niekoniecznie tych nocnych.
Przed 12 laty Jerzy Pilch zapytany po brazylijskim mundialu, czy widział wszystkie mecze, odpowiedział: „Nie widziałem drugiej połowy Honduras-Ekwador i do tej pory sobą gardzę”. Ja sobą gardzę za to, że zmuszałem się do zarywania nocy, by oglądać np. futbol specjalnej troski reprezentantów grupy A, gdzie mierzą się wyłącznie mierni z kiepskimi. Co wniosły kraje z federacji, którym pomnożono liczbę miejsc? Niewiele, wciąż to Europa trzyma się świetnie i pomimo gry w innej strefie czasowej, tudzież klimacie zgoła nieumiarkowanym, powiększa swoją przewagę nad resztą świata.
W najlepszym meczu pierwszej fazy turnieju zmierzyły się Anglia z Chorwacją. Pomimo falstartu Modricia (niebezpieczna strata i sprokurowanie karnego już na początku) Chorwacja pokazała świetny futbol i długo stawiała opór piekielnie mocnym Anglikom. Jedni i drudzy nie mają prawa nie wyjść z grupy, zwłaszcza po tym, co pokazali ich rywale w jednym z najsłabszych meczów mundialu – tu było widać najdobitniej różnicę poziomów i kultury piłkarskiej: Ghana z Panamą uprawiały kopaninę, Europejczycy sztukę futbolu.
Akurat w tym pokazie europejskiej fantazji miała miejsce bodaj największa dotąd kontrowersja sędziowska. Dominik Livaković obronił jedenastkę Harry’ego Kane’a, ale sędzia nakazał powtórkę, bo Chorwat jakoby za wcześnie wyszedł z bramki. Jeśli Livaković faktycznie oderwał się od linii, to niedostrzegalnie dla ludzkiego oka; takie aptekarstwo zalatuje sędziowską stronniczością. Skądinąd jako kibic reprezentacji Polski powinienem tę sprawę zmilczeć, wszak Robert Lewandowski dwukrotnie na ostatnich mistrzostwach świata i Europy trafiał z karnych przeciw Francji właśnie dzięki temu, że w podobnych okolicznościach dostawał od sędziów po dwie szanse.
Największe gwiazdy współczesnej piłki już na dzień dobry potwierdziły swoje aspiracje: Mbappé, Kane, Haaland, Vinícius – walka o Złotą Piłkę nabrała rozpędu, ale możliwy jest arcyszpryngiel, bo ich wszystkich może pogodzić stary Leo Messi.
Kto powiedział „Czasu nie oszukasz”? Bzdura – nie tylko możesz go oszukać, ale i okiwać, przedryblować, ośmieszyć, a potem ukłonić się przed rozentuzjazmowanym tłumem i zejść nieśpiesznie z boiska przy standing ovation. To się nie śniło, choć się zdarzyło w środku europejskiej nocy: Messi-Messi-Messi, po trzykroć, a mogło być po czterokroć, tylko odrobinkę spalił na dzień dobry. To więcej niż celebra zwycięstwa mistrzów świata nad przeciętną Algierią, to fiesta triumfu człowieka w starciu z przemijaniem.
Lionel Messi w jednym meczu pobił wszelkie rekordy – jako pierwszy w historii zagrał na szóstym mundialu i już dogonił Miroslava Klosego na szczycie rankingu mundialowych snajperów wszech czasów. Hat trick na mundialu tydzień przed 39. urodzinami – i to nie po wejściu z ławki, dostawieniu nogi, karnym czy jakimś farfoclu wpuszczonym przez nieudacznego bramkarza, tylko piękny, tłuściutki hat triczek po kropnięciach z dystansu i błyskawicznym starcie do dobitki. Messi w tym meczu szalał jak nastolatek,v
Paryska baśń Mai Chwalińskiej
Tak się już nie gra w tenisa?
To objawienie, iluminacja, fenomen – Maja Chwalińska podbiła świat sportu. Majomania zaczęła się w maju, jakżeby inaczej, ale pełną skalę osiągnęła z początkiem czerwca, kiedy już wszyscy chcieli osobiście przeżywać tenisową baśń o Kopciuszku. Dokonała się jedna z największych sensacji w historii polskiego sportu, jeden z najbardziej niezwykłych scenariuszy Wielkiego Szlema, a wszystko to za sprawą 24-latki z bielskiego klubu tenisowego.
Bielsko-Biała, celebrująca w tym roku status Polskiej Stolicy Kultury, za sprawą nieoczekiwanych eksplozji talentów Kacpra Tomasiaka na igrzyskach zimowych i Mai Chwalińskiej na kortach im. Rolanda Garrosa stała się prawdziwą stolicą polskiego sportu. Finał z Mirrą Andriejewą osiągnął w Polsce rekordową oglądalność, żaden z wielkoszlemowych finałów Igi, zresztą wszystkich zwycięskich, nie miał takiej widowni. To nie było nawet wyjście z cienia sławniejszej koleżanki, Chwalińska w Paryżu wychynęła z katakumb – aby zagrać w turnieju, musiała przejść trzyetapowe eliminacje, zaczynała szlema jako kwalifikantka z drugiej setki rankingu WTA.
Przez lata zmagała się z depresją, ale to „zawodowa” choroba perfekcjonistów. Chwalińska mówi, że rzadko bywa z siebie zadowolona w stu procentach. Zapytana o przyczyny nagłej eksplozji formy powołała się na 18 lat wysiłku, cierpliwości i wytrwałości. „Po prostu wreszcie kliknęło. Poziom mojego tenisa nie był tu jakiś nadzwyczajny w porównaniu z tym, co prezentowałam do tej pory. Bardziej wzrosła moja pewność siebie”.
Droga do finału wiodła przez ogranie mistrzyni olimpijskiej Zheng Qinwen (zdobyła medal właśnie na paryskich kortach), której Polka w drugim secie zafundowała bajgla (6:0), pokonanie doświadczonej Belgijki Elise Mertens (także drugi set do zera!), wyjście z kryzysu w meczu przeciw Greczynce Marii Sakkari (wygrana pomimo fatalnego początku – Maja przegrywała już 1:6, 1:2), pokonanie ulubienicy gospodarzy Diane Parry, doprowadzenie do frustracji primadonny Anny Kalinskiej (po porażce obszczekiwała Polkę, że ta umie grać tylko na mączce) i wygraną z Dianą Sznajder.
Tej bajki nie sposób było przewidzieć, sama Chwalińska nie była na nią przygotowana. Kolejne zwycięstwa powodowały, że pobyt się przedłużał, w pewnym momencie nie miała nawet pieniędzy na noclegi, na szczęście sponsor wykazał się refleksem i zapłacił. Jej rodzice żywili się przez trzy tygodnie tylko pizzą, bo kiedy ją zjedli przed pierwszym zwycięstwem Mai, uznali, że to dobry omen.
„Trudno się z tobą gra, dlatego że nie umiesz grać”,
Domostwo wędrowne
Płytko, dno i metr mułu – owszem, to umysłowość parlamentarzystów prawicy uosabianej przez „zwykłego Kowalskiego” i innych harcowników tej strony sali sejmowej, ale to także charakterystyka Jeziora Nezyderskiego, nad którym z początkiem czerwca przyszło mi się znaleźć. Dzieciak mój najmłodszy grał turniej na Węgrzech, zrobiła się okazja, by to i owo sobie pozwiedzać w Mitteleuropie.
Przyjaciel kupił niedawno kampera i przeżywa fazę zauroczenia domem na kółkach, nie trzeba go szczególnie namawiać do wypraw. To taki luksusowy nomadyzm za ćwierć miliona – idealny dla mizantropa sybaryty, no chyba że trafi się w sezonie na jedno z popularnych, gigantycznych obozowisk, gdzie setki rodzin turystycznych sąsiadują ze sobą przyczepa w przyczepę. Szczęśliwie połowę czasu spędziliśmy na pustych, prowincjonalnych parkingach bez żywego ducha (brak recepcji, wszystko automatyczne, na kody) i napawaliśmy się tym przenośnym dachem nad głową, który jest zarazem salonem, sypialnią, łazienką, kuchnią – takim trochę kompaktowym, kapsułowym M-1.
Kumpel smakosz, to mu zaproponowałem trasę wedle enoturystycznego klucza – od Carnuntum, apelacji, która wywindowała szczep Blaufränkisch w minionych dekadach na szczyt możliwości (to także zasługa ocieplenia klimatu), po Neusiedler See, krainę szlachetnej pleśni, gdzie powstają „austriackie tokaje”. Jezioro jesienią paruje wszechobecną mgłą, wilgoć powoduje pleśnienie winogron, z tych zrodzynkowanych robi się tutaj jedne z najlepszych słodkich win na świecie – Ruster Ausbruch. Rust to nadzwyczaj malownicze, zabytkowe miasteczko winiarzy i bocianów,
Dni dziecka
Dzieciństwo było wtedy, kiedy wszyscy jeszcze żyli. Oprócz tych, którzy nie żyli od zawsze – dziadków nie zdążyłem poznać. Ten od strony ojca owiany był aurą legendarnego dobra. „To był święty człowiek…”, powiadano, a półgębkiem, na stronie dodawano: „…że tyle lat wytrzymał z twoją babcią”. Zabrał go rak wątroby, zanim dożył wieku emerytalnego. Ten po kądzieli wypadł z okna kilka miesięcy przed moim narodzeniem, w dzieciństwie słyszałem, że podczas mycia szyb, w młodości ktoś mi doniósł, że zasnął po pijaku z papierosem w ręku i podczas ucieczki przed pożarem pomylił okno z drzwiami.
W domu nie palił nikt; wujaszek złota rączka, co to wyrabiał cuda najrozmaitsze z kawałka blachy, jak już sobie wyrobił popielniczkę, to z czasem nauczył się popalać, żeby mieć co strzepywać. Ale na naszym piętrze, w mieszkaniu rodziców, palili tylko goście. Długo myślałem, że mam supermoc wyczuwania gości nawet dawno po ich wyjściu – matka wietrzyła co prawda mieszkanie po odwiedzinach, ale i tak czuło się jakieś zaburzenie w powietrzu, jakiś nieznany zapach, a ja, durne niewiniątko, nie miałem skąd wiedzieć, że to od dymu.
Siostra mamy pracowała w kiosku w Rudzie Śląskiej, a konkretnie na Wiyrku, blisko kopalni, uwielbiałem u niej przesiadywać i podawać towary – pieniędzy nie pozwalała mi tknąć. Zakochałem się w zapachu farby drukarskiej, lubiłem siedzieć w tej ciasnej przestrzeni otoczony mnogością gazet – kiosk był taką bezpieczną kapsułą w miejskiej dżungli, można było przez szyby obserwować ludzi, który nie mieli bezpośredniego dostępu do wewnątrz, musieli się schylać nad ladę i przez prostokątny otwór powiedzieć, co chcą kupić. Nie chodziło więc o sam
Polacy fetują zwycięstwa w Europie
Radości pochodzenia zagranicznego
Nasi rodacy kończą obfity sezon w klubach europejskich, warto nad tym momentem polskiej piłki klubowej pochylić się z uwagą i satysfakcją. Nie trzeba bowiem sięgać pamięcią do czasów szczególnie zamierzchłych, aby sobie przypomnieć, jak Polacy grywali za granicą w klubach poślednich, w ligach przeciętnych, a za futbolowe eldorado, gdzie mogli dobrze zarobić z szansą na regularną grę, uchodziły Cypr, Grecja, a nawet Izrael. Wielka reprezentacyjna i klubowa smuta lat 90. wyrobiła nam na piłkarskim rynku markę taniej, lecz adekwatnie do ceny średnio wydajnej siły roboczej. Najwięcej naszych gwiazd zasilało niemiecką Bundesligę, w której zdarzało im się zaznaczyć pozytywnie, ale pozostałe ligi TOP 5 były na nas impregnowane. Jeszcze w pierwszej dekadzie XXI w. cieszyliśmy się, gdy pojedyncze występy w Racingu Santander zaliczał Ebi Smolarek.
O tym, by nasi gracze stanowili pierwszoplanowe postacie najsilniejszych klubów Europy, mogliśmy tylko marzyć, dopóki dortmundzki tercet nie zwrócił uwagi na to, że choć kadra sukcesów nie odnosi, Polacy w piłkę grać potrafią.
Tymczasem w minionych tygodniach Polacy zdobywali i fetowali kolejne trofea w najsilniejszych piłkarsko ligach. Piotr Zieliński właśnie zdobył dublet z Interem Mediolan i – co ważne – choć początki po przenosinach z Neapolu miał trudne, choć wieszczono mu, że nie podoła konkurencji i będzie grzał ławę, wiosną osiągnął taką formę, że ani trener Cristian Chivu, ani tym bardziej kibice nie wyobrażają sobie Nerazzurrich bez Polaka w wyjściowym składzie. Fenomenalne bramki po strzałach z dystansu stały się jego znakiem rozpoznawczym, a kapitalne asysty no-look passes, błyskotliwość dryblingów i przegląd pola sprawiają, że Zielu będzie jednym z największych nieobecnych amerykańskiego mundialu. Playmakera na tym poziomie nie mieliśmy od czasów Kazimierza Deyny; 32-latek ma już 107 występów w kadrze narodowej i wiele wskazuje na to, że będzie w jej pomocy rządził jeszcze przez lata, goniąc rekord Roberta Lewandowskiego – być może zatem zdąży jeszcze na mistrzowską imprezę się zakwalifikować.
Inter miał świetny sezon: bezkonkurencyjny we Włoszech, niestety w Europie padł ofiarą zlekceważenia Norwegów zza koła podbiegunowego: dwie porażki z Bodø/Glimt już w play-offach Ligi Mistrzów chwały mu nie przynoszą.
W Barcelonie nie oszczędzali się podczas mistrzowskiej fety dwaj nasi weterani. Robert Lewandowski zdobył właśnie 14. mistrzostwo w karierze, w tym 13. w klubach z europejskiego TOP 5 – pod tym względem nie ma w Europie skuteczniejszego gracza. Trzecie i ostatnie
Była rzeka, jest podwodnica
Natura nie jest wcale taka bezbronna wobec ludzkiej ekspansywności, z antropomorficznej perspektywy można by nawet rzec, że bywa mściwa i złośliwa, czemu jako mizantrop przyklaskuję. Majówka wyjątkowo pogodna, to mi się zebrało na pedałowanie – wybrałem trasę wiodącą wzdłuż ludzko-naturalnych przekomarzanek i wynikających z nich anomalii. Dodatkowym impulsem była chęć komfortowego przejazdu rowerem przez pustynię. To możliwe od zeszłego roku, kiedy otwarto betonową ścieżkę na granicy piachów i lasu – cyklistów na tej nitce co niemiara, ale śmiga się z widokiem na polską Saharę łacno.
Pustynia Błędowska jest obiektem antropogenicznym, a ściślej – widomym efektem katastrofy ekologicznej spowodowanej przez człowieka. W średniowieczu wyrżnięto tu hektary lasów na potrzeby stemplowania wyrobisk kopalnianych, a że drzewa rosły na gruntach piaszczystych, to powstała wielka kuweta, którą z czasem obwołano mianem pustyni, aby gawiedź miała uciechę. Południowa część jest obrzeżona cyklotrasą, północna wykorzystywana jako poligon, a środkiem przez pas oazy płynie Biała Przemsza.
Śpieszmy się kochać rzeki, bo szybko znikają. Pod całym tym pustynnym rewirem od strony miasta Bolesław ciągną się bowiem wyrobiska nieczynnej kopalni Pomorzany, zamkniętej kilka lat temu. Przez kilkadziesiąt lat eksploatowano w niej na olbrzymią skalę rudy cynku
Jak za dawnych lat
Górnik z Pucharem Polski, Lech o krok od mistrzostwa
„Zagraj, zagraj jak za dawnych lat”, śpiewają kolejne pokolenia kibiców Górnika Zabrze. No i wyśpiewali sobie wreszcie trofeum. Te dawne lata to bezprecedensowa seria triumfów, które Zabrzanie odnosili między 1957 a 1972 r.: w ciągu tych 15 lat 10 tytułów mistrza Polski, w tym pięć razy z rzędu! Do tego sześć Pucharów Polski – także pięć z rzędu! – i finał europejskiego Pucharu Zdobywców Pucharów. Polski futbol klubowy nigdy nie miał drużyny tak potężnej. To wtedy grali zawodnicy legendarni, z supersnajperem Ernestem Pohlem, którego imię nosi obecny stadion Górnika, a później także Włodzimierzem Lubańskim czy Zygfrydem Szołtysikiem.
Zabrze to Górnik, mieszkańcy tego przemysłowego miasta budowali swoją tożsamość na sukcesach górniczej jedenastki. Dzisiaj widać to jeszcze wyraźniej, zwłaszcza jeśli odwiedzi się robotnicze osiedle w pobliżu nowoczesnej areny – jej bryła dominuje w pejzażu przedwojennych bloków, jakby wylądował statek kosmiczny pośród familoków, nawet pijaczkowie pod Żabką przestają czuć się anonimowo, gdy popijają pyfko z widokiem na „ich stadion”. Stadion skądinąd wreszcie dobudowany do końca, nowoczesny, pojemny i słynący ze specyficznej akustyki, która czyni go najgłośniejszym obiektem w kraju. Dzieciom zaleca się słuchawki, od dopingu w Zabrzu można ogłuchnąć.
W 1972 r. ostatni dotąd zdobyty puchar dla Zabrzan wznosił kapitan tamtej wielkiej jedenastki, Stanisław Oślizło. 2 maja uczynił to ponownie, bo w Zabrzu o legendy klubowe potrafi się dbać. Wieloletni lider górniczej defensywy, a także filar obrony reprezentacyjnej w latach 60., w tym roku skończy 89 lat i jako nestorowi śląskiego klubu oddano mu honor i przywilej odebrania pucharu.
Jedynym zgrzytem był fakt, że pod nieobecność prezesa PZPN (problemy komunikacyjne w trasie powrotnej z kongresu FIFA) trofeum wręczał mu obecny rezydent pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, na szczęście natychmiast po wręczeniu pucharu sobie poszedł i obyło się bez obściskiwań.
Lukas Podolski spełnił zatem swoje marzenie na zakończenie kariery – zdobył z ukochanym klubem trofeum, o czym nie omieszkał w typowy dla siebie swojski sposób powiedzieć do 50-tysięcznej widowni Stadionu Narodowego („Jak tu przyszłem, pedziałem – do pięciu lat coś bedziemy mieć w ręku. I że to sie k… udało na mój ostatni sezon, to jes niymożliwe!”). Podolski lada chwila ma się stać właścicielem Górnika, w czerwcu skończy 41 lat i w sezonie grywał już tylko symbolicznie w końcówkach, ale mając w perspektywie występy w Europie, być może nie zawiesi jeszcze butów na kołku.
W meczu finałowym istniała tylko jedna drużyna, odpowiednio zmotywowana i mądrze budowana przez ostatnie lata: Górnik zdominował częstochowski Raków i wygrał pewnie po ładnych bramkach „dwóch Maksów”: Roberta Massima i Maksyma Chłania. Co ciekawe, słowacki szkoleniowiec Zabrzan, Michal Gašparík, w ostatnich pięciu sezonach wygrał krajowy puchar po raz czwarty, wcześniej dokonując tej sztuki ze Spartakiem Trnava.
Słowak stworzył w Zabrzu ciekawą międzynarodową paczkę, w której wiodącą rolę odgrywają Czesi: pomocnik Patrik Hellebrand rządzi w środku pola obok Lukáša Sadílka, na lewej obronie walczy Ondřej Zmrzlý, na prawej Michal Sáček, a w środku pola pojawia się także zdolny
Ronaldinho próbował sztuczek technicznych z gracją pijanego wuja na weselu
To nie jest sport dla starych ludzi. Współczesna piłka jest oparta głównie na motoryce, dlatego problem z meczami pokazowymi dawnych gwiazd futbolu polega na tym, że show z pierwszym gwizdkiem się… kończy. O ile popisy sędziwych gwiazd tenisa mają sens, bo nawet 80-latkowie, choć już z bieganiem mogą mieć kłopot i nie poruszają się po całości kortu, są jednak w stanie czarować techniką i nawet na stojąco zachwycać publiczność – piłkarz, który nie biega, zwłaszcza na pełnowymiarowym boisku, żadnej atrakcji nie uczyni. Wszelkie galowe występy piłkarskich dinozaurów mogą mieć zatem sens, o ile piłkarze nie wpadną na pomysł, aby… po prostu poważnie zagrać w piłkę na miarę swoich aktualnych możliwości.
Od kiedy mój 10-letni synek, piłkarz i fan futbolu, wywiedział się, że Ronaldinho przyjeżdża do Chorzowa, nie było zmiłuj. „Tato, to jest twoje miasto, załatwiaj bilety, jedziemy”. Antek kojarzy nazwiska gwiazd futbolu, które zakończyły karierę, zanim się narodził, za sprawą najpopularniejszej gry piłkarskiej – każdego dnia w wolnej chwili łapie za pada i rozgrywa kolejne „tryby kariery” w Fifie. Można sobie dobierać graczy z jedenastki legend, tutaj służy pomocą stary ojciec, żeby nie było wtopy, bo oprócz najsłynniejszych w rodzaju Pelégo czy Maradony pojawiają się gracze nieco mniej dzisiaj znani, choć równie wybitni. „Tato, kogo mam wziąć na prawą obronę, Maicona, czy Salgado?”, zwykł w takich razach pytać Antek, a ja po raz pierwszy mogłem mu odpowiedzieć: „Nie musisz wybierać, przyjadą obaj”.
Do Chorzowa ściągnęła galaktyka dawnych mistrzów, aby pod kapitanatem Francesca Tottiego i samego Ronaldinha rozegrać mecz gwiazd. Poziom sportowy zmilczmy. Bardziej mi poprawia humor Luka Modrić jako najstarszy czynny lider środka pola w europejskim Top 5 niż emeryci podupadli na zdrowiu i duchu, zaproszeni na bal nieumarłych. Zaiste, to był zombie futbol. Mniejszość, do której należał choćby Javier Saviola, niedługo po zakończeniu kariery jest wciąż w sportowej formie –
Argentyńczyk skończył mecz hat trickiem, Fabio Capello go zdjął po kilkunastu minutach, bo pojawiło się zagrożenie, że nader żwawy Saviola zepsuje zabawę, w pojedynkę dokonując egzekucji. Reszta panów raczej nie nadążała.
Antek po pierwszych minutach spytał, czy oni już grają, czy wciąż się rozgrzewają, kumpel geriatra wyszedł w przerwie
Wojna futbolowa
Czy Iran zagra na mundialu?
Trump jest maniakiem, coraz wyraźniej daje o tym znać, ostatnio przypisuje sobie mesjańskie moce, prowokuje świat chrześcijański świętokradczymi obrazkami, ma się za Zbawiciela i może nawet w przeciwieństwie do swoich wyznawców dobrze zdaje sobie sprawę (jeśli jeszcze z czegokolwiek ją sobie zdaje), że jedyne zbawienie, jakie jest zdolny światu przynieść, to Sąd Ostateczny przyśpieszony za pomocą kodów atomowych. Aż się rwie do tego, by ich użyć – ma już swoje lata i demencję na karku, została mu połowa kadencji do tego, by wejść w boskie kompetencje; skoro Bóg świat stworzył, to on, pomarańczowe wcielenie Stwórcy, może go unicestwić.
Obecny prezydent USA tym samym przegadałby Boga, wszak ważne jest, kto ma ostatnie zdanie. Na razie nieliczni najwyżsi stopniem wojskowi robią wszystko, żeby tego szaleńca powstrzymać przed „całkowitym zniszczeniem cywilizacji” perskiej (to słowa Trumpa) lub cofnięciem Iranu do epoki kamiennej. Potrzeba spuszczenia bomby atomowej na Teheran jest zarówno u Trumpa, jak i Netanjahu przemożna, zwłaszcza że „Epicka Furia” okazała się kolejnym nieudanym blitzkriegiem. Ilekroć jakiś imperator w ostatnich latach zwiastuje błyskawiczne zwycięstwo, tylekroć okazuje się ono oddalać w czasie i rozwlekać na lata bezsensownej wojny.
Od kiedy Rosja napadła na Ukrainę, została wykluczona z rozgrywek sportowych, są niechlubne wyjątki, ale w przypadku najważniejszych imprez sportowych, czyli mistrzostw piłkarskich, igrzysk olimpijskich, być ich nie może. Przypomnę na marginesie, że m.in. temu zawdzięczamy udział w katarskim mundialu, bo mecz barażowy w Rosji wygraliśmy walkowerem. Tej logiki, że najeźdźca, który gwałci prawo międzynarodowe i napada na niepodległe państwo, musi zostać wykluczony z międzynarodowej zabawy świata pokoju, jaką jest sport, nikt nie podważał. Dopóki nie okazało się, że Izrael, państwo dokonujące ludobójstwa w odwecie za zamach terrorystyczny, może wysyłać swoich sportowców, gdzie chce. Na szczęście piłkarzy ma tak nieudacznych, że sami się eliminują z rozgrywek, więc nie ma problemu – bilety na mundial przegrali w starciach z Włochami i Norwegią.
Od kiedy jednak USA dokonały napaści na Iran, a wcześniej wycieczki zbrojnej w Wenezueli, problem jest podwójny. Po pierwsze, Gianni Infantino, przewodniczący FIFA, jest sprzedajnym lizusem Trumpa, więc nawet mu się nie śniło, aby na gospodarzy najbliższego mundialu nałożyć jakieś sankcje, nie mówiąc o wykluczeniu. Po drugie, do mistrzostw świata zakwalifikowała się reprezentacja Iranu i jak dotąd, pomimo nacisków i skandalicznych sugestii zewnętrznych, nie zamierza z imprezy się wycofać. Wykluczyć jej dyscyplinarnie nie można, to byłoby jednak zbyt grube nadużycie, w końcu nie Iran jest agresorem w tym konflikcie. Bez względu na to, czy rządy ajatollahów komuś się podobają, czy nie, Iran jest obiektem napaści zbrojnej i karać go za to nie można – równie dobrze, a raczej równie źle, można by wtedy przywrócić do rozgrywek Rosjan kosztem Ukraińców.
Trump szantażuje oficjalnie Irańczyków, że co prawda ich drużynę wpuści, ale nie będzie mógł zagwarantować jej bezpieczeństwa, poza tym kibiców już wpuszczać nie zamierza, a i członków sztabu szkoleniowego, działaczy oraz dziennikarzy może zawrócić z lotniska, jeśli zostaną uznani za indywidua podejrzane o terroryzm. Iran wystosował prośbę o przeniesienie swoich meczów na terytorium współgospodarza mistrzostw, czyli do Meksyku, ale spotkał się z odmową. Czyli obecnie sytuacja ma się tak: możecie przyjechać sobie pokopać, ale atmosfera jest,
Tato, a co to jest puenta?
Bycie tatą to jest jednak klawa sprawa. Nie ojcem, ale tatą właśnie. W tym słowie zawiera się cała niewymuszona czułość i więź. Tak mi się szczęśliwie złożyło, że przez całe dorosłe życie ktoś mnie nazywa „tatą”, bo jedne dzieci dorosły, ale drugie się rodziły. Od 33 lat jest zatem w rodzinie jakieś dziecko, które mówi „tato” nie tylko do mnie, ale i o mnie, bo jeszcze nie weszło w etap młodzieńczego odpępowiania, kiedy to przodków przemianowuje się na „starych”. Mnie to wzrusza i rozczula – dopóki jestem tatą, starość nie ma śmiałości zbliżyć się do mnie, musi czekać, aż stanę się ojcem – tym, do którego się dzwoni, żeby bliknął stówkę, a potem, żeby od święta zapytać „no co tam?”, a potem, żeby poprosić o wzięcie wnuków na długi weekend.
Wciąż jestem tatą, Antoś zimą skończył pierwszą dekadę swojego życia, nadal to ja jestem tym, który podaje szklankę wody, a nawet śniadanie do wyrka. Chciałbym, aby tak zostało na zawsze, ale to już ostatnie lata, bo ileż można tych dzieciaków płodzić, ileż można tych wiosen życia przeżywać na nowo i tych ostatnich miłości, a zatem, ilekroć słyszę wołacz „tato”, robi mi się ciepło na sercu i żwawo w duszy. Na przykład dzisiaj odpowiedziało się na pytanie: „Tato, czy w Balatonie są rekiny?” (ach, jakże błogo jest wciąż być domowym omnibusem i autorytetem, na poziomie szkoły średniej to się niechybnie zakończy, na razie wystarczy wiedza ogólna i elementarna).
Antoś jest dzieckiem szczęśliwie wychowywanym w bezpiecznej odległości od realnych problemów tego świata, więc jego lęki wciąż generuje raczej kino niż rzeczywistość niepoczytalnych dorosłych. Nie boi się ludzi, ale rekinów tak, od kiedy obejrzał „Szczęki” w asyście dorosłych zasłaniających mu oczy w najstraszniejszych momentach (to akurat metoda przeciwskuteczna, bo scenę i tak potem trzeba opowiedzieć, a wyobraźnia jest okrutna i krwawa).
Kiedy ma w perspektywie nadwodną kanikułę, dopytuje o rekiny,








