Wpisy od Wojciech Kuczok
Pogrom się zbliża
Od napaści słownych do fizycznych ataków droga okazała się nader krótka. Jeszcześmy nie ochłonęli po tym, jak cham zbluzgał w autobusie ukraińskie dziewczynki, a już trzech napakowanych bohaterów pobiło chłopaka i dziewczynę za wschodni akcent. Nawrocki nie odezwał się ani słowem, bo Gromda i wszelkie organizacje patusów obijających sobie ryje w klatkach to jego elektorat, zatem oficjalne stanowisko głowy państwa w kwestii napaści na tle narodowościowym można uznać za milczące przyzwolenie.
Nie baczę, co o tym myśli swołocz, staram się wywiedzieć, jak na to spoglądają ludzie z wykształceniem wyższym i poglądami centroprawicowymi, bo i takich mam w kręgu znajomych, a to ich brak sprzeciwu jest decydujący w eskalacjach pogromowych. Agresywna tłuszcza sama z siebie się nie odpali, ogień muszą jej podać tzw. przeciętni obywatele, którzy w stosownym momencie odwrócą wzrok. I rzecz jasna politycy wygrzebujący trupy sprzed lat i nawołujący do wyrównania rachunków krzywd.
Że prawie co trzeci Polak jest poplecznikiem jednej z konfederacji, partii jawnie antyukraińskich i skrycie proputinowskich, to też jeszcze do zbiorowej zbrodni nie wystarczy. Języczkiem u wagi nie jest liczba radykałów, ale cicha akceptacja tych, co się ponoć miarkują w emocjach. Zadzwoniłem więc podpytać i ręce mi opadły. Na przykład kolega operator, na co dzień chłopak niegłupi, karmi mnie barwnymi teoriami spiskowymi (choć dominantą barwną jest w nich jednak odcień brunatny). Stwierdził np., że to wszystko
Lech sczezł, Górnik powalczył, pozostali awansowali
No i wyszło na moje, z czego satysfakcji szczególnej nie czerpię, ale też łzami się nie zalewam. Po wysokiej wygranej Lecha z Aarhus ostrzegałem, że wyjazdowe 4:1 to niebezpieczny wynik, powołując się na doświadczenia naszych ekip chociażby w ostatnich dwumeczach z Fiorentiną.
W Danii na gospodarzy spadły wszystkie plagi – jeszcze przed przerwą stracili bramkarza, a gdy dzielnie walczyli w dziesiątkę, nowemu stoperowi Lecha wyszedł strzał życia. Powszechnym zachwytom nie było końca, jakoś nikt się nie zastanawiał, jakim cudem tak łatwo przyszła wygrana z bądź co bądź mistrzem silnej ligi europejskiej. Komentatorzy łatwo połknęli haczyk i jęli przekonywać, że taka jest teraz realna różnica klas między polską i skandynawską piłką klubową. No i w minioną środę obudzili się z ręką w nocniku. Lech postradał trzybramkową przewagę na własnym stadionie, a w rzutach karnych gracze Kolejorza postradali także zmysły, partacząc niemiłosiernie kolejne jedenastki. Fachowcy histeryzują, wyklinają trenera i zawodników, przekonują o epokowej katastrofie – ja tu nie widzę niczego zdrożnego.
Z najsilniejszą obecnie duńską drużyną wyszliśmy w dwumeczu na remis, bywały bardziej haniebne blamaże, choćby przed rokiem, gdy Lech poległ na Gibraltarze. Gdyby wyniki ułożyły się odwrotnie – to znaczy Lech wróciłby na tarczy z Aarhus, a w Poznaniu odrobił straty, aby odpaść dopiero w serii karnych – wszyscy przyklasnęliby walecznej postawie ekipy Frederiksena. Tak jak uczynili to po meczu Górnika z faworyzowanym Fenerbahçe – odpadli, ale byli tylko minimalnie gorsi.
Wcale nie twierdzę, że Lechici spanikowali, przegrali mecz w głowach, zlekceważyli rywali. Po prostu przywieźli z Danii wynik nad stan, a potem wszystko się wyrównało zgodnie z realnym stosunkiem sił. Teraz Poznaniakom przyjdzie powalczyć o pucharową jesień na Wyspach Owczych. Złośliwi i rozgoryczeni kibice mówią, że frajerzy zagrają z Farerami. A ja tam myślę, że choć dla Lecha to źle, dla polskiej piłki klubowej znakomicie – w to, że przez eliminacje Ligi Mistrzów przebrnąć nie zdołamy nigdy, nikt już chyba nie wątpi. Gdyby Lech się do Champions League dostał, nie zapunktowałby pewnie wcale albo zdołałby uciułać jakieś dwa remisy u siebie. W Lidze Europy będzie o punkty rankingowe nieco łatwiej, w Lidze Konferencji to już w ogóle; my teraz musimy bronić 10. miejsca, jeśli to nam się uda, za dwa lata mistrz Polski zagra w LM bez eliminacji.
Sportowo wciąż nie jesteśmy gotowi na grę na najwyższym szczeblu, polski kibic także nie nasycił się jeszcze europejskimi zwycięstwami, choćby i w „Pucharze Biedronki”. Nie mam nic przeciw temu, żeby komplet naszych ekip zagrał w tej trzeciej lidze europejskiej. Powiem więcej – grajmy tam, dopóki jej nie wygramy, dopiero wtedy będzie można realnie się przymierzać do rywalizacji z najlepszymi.
Poznań w Lidze Mistrzów tej jesieni to byłaby bonanza i rzeź w jednym – za sam awans klub zainkasowałby więcej niż za wygranie wszystkich meczów w LK,
Święty Lucyferze, módl się za nami
Mamma mia, podróże kształcą, choć bywa, że poniewczasie. Gdybym to ja wiedział 40 lat temu, że mogę na bierzmowaniu obrać sobie takiego patrona, nikt by mnie od tego nie odwiódł. Ani twarda ręka ojca, któremu już wtedy nie było łatwo mnie złapać, a tym bardziej uderzyć bez narażenia się na szwank w szamotaninie, ani dyscyplinarne rozmowy z katechetami, ani groźba proboszcza, ani też presja świętoszkowatych ciotek – konsekrowanych dziewic rodzinnych, które skwapliwie doglądały czystości mojego ducha.
Owóż jako 14-latek miałem ducha utytłanego głównie brudnymi myślami, nałogowo odbywałem nieczyste praktyki toaletowe, a bunt wobec katolickich rytuałów wezbrał już we mnie do erupcji. Owszem, sakramentu nie odmówiłem, ale wyłącznie z powodu chciwości, albowiem kumple przekonywali mnie, że na imprezie rodzinnej dostaje się drogie prezenty, to jakby taka druga komunia, trzeba dać ramolom się wykazać. Dzieci rębaczy miały od rodziców obiecane składaki, a nawet kolarzówy, dzieci sztygarów nowiutkie Atari lub Commodore, poza tym rodzina „z Efu” miała z tej okazji przysłać obfity paket, no i każdy z gości przynosił w kopercie jakiś banknocik, należało tylko przekonać go, że jest się wystarczająco dojrzałym, aby przejąć hajs osobiście – wszak było się świeżym pomazańcem, co prawda mikro, na znak dojrzałości wiary.
40 lat temu mój świat dzielił się na fanów Republiki i Lady Pank, ja należałem do tej pierwszej grupy, wybrałem takie samo imię jakie ulubiony gitarzysta wybrał dla swojego syna. Poza tym historia oddania życia za drugiego człowieka w lagrze była jednak konkretna i poruszająca. Świętość tego gestu była dla mnie jasna i całkiem współczesna, wybrałem więc sobie za patrona Maksymiliana Kolbego, o jego żarliwym przedwojennym antysemityzmie z „Rycerza Niepokalanej” nie miałem wtedy pojęcia, a pewnie nawet gdybym miał, uznałbym, że śmiercią w bunkrze głodowym za to odpokutował. Mój bunt utonął więc pod falą oportunizmu, bo j
Finał najbrzydszy w historii
Hiszpania najlepsza na świecie
„Show must go!”, rzekł był w studiu Dariusz Szpakowski pod koniec jednej z pauz w finale tegorocznego mundialu i być może był to lapsus wyrażający podświadome pragnienie zakończenia tego koszmarnego meczu.
Tradycyjną przerwę między połowami wydłużono o kwadrans widowiska muzyczno-tanecznego, które miało zrekompensować deficyty futbolowe. Czegóż tam nie było! Zaczęło się od Madonny wjeżdżającej na stadion w asyście Ronalda i Ronaldinha, skończyło nowym hitem Shakiry i trzeba przyznać, że był to całkiem udany rym do piłkarskiej nieśmiertelności demonstrowanej podczas turnieju przez Leo Messiego i kilku starszych panów piłkarzy – obie artystki także o przemijaniu mówią, a raczej śpiewają: „Jestem przeciw”.
Kiedy drużyny wróciły na murawę, skończyły się tańce, a ściślej – Hiszpanie zapraszali Argentyńczyków do kontredansa czy tam kadryla, lecz Albicelestes szli w zaparte, mylili krok, kopali po kostkach, aby tylko potańcówkę przeobrazić w zamieszki. Albicelestes doskonale grali w tym meczu role odrażających-brudnych-złych, bo dobrze widzieli, że argumentów piłkarskich, które można byłoby przeciwstawić ekipie Luisa de la Fuente nie ma żadna reprezentacja na tym świecie.
Zaparkowanie w polu karnym autobusu prosto z myjni, tak jak to uczyniła Republika Zielonego Przylądka, jedyna kadra, której Hiszpanom na mistrzostwach nie udało się pokonać, nie leży w naturze gauchos. Messi z kolegami zaparkowali więc autobus ufajdany błockiem – faulowali ile wlezie, sprawdzając granice tolerancji głównego arbitra, a ten pozwalał na stanowczo zbyt wiele. Slavko Vinčić jest kiepskim sędzią, zaszczyt prowadzenia finału mundialu został mu przyznany chyba tylko jako ukłon w stronę pierwszej damy USA, która wywodzi się ze Słowenii. Byliśmy zatem świadkami nie tylko najbrzydszego finału wszech czasów, ale i najgorzej sędziowanego.
Przypomnę, że przed czterema laty Francja z Argentyną zagrały w finałowym arcydziele, a Szymon Marciniak z ekipą asystującą wzniósł się na absolutne sędziowskie wyżyny, zatem wszystko się wyrównało. Latynosi nawet przez chwilę nie udawali, że mają jakiś inny pomysł na drogę do obrony tytułu niż poprzez serię jedenastek. Skupili się wyłącznie na zabijaniu futbolu, przeszkadzaniu i destrukcji – za każdym razem, kiedy Hiszpanie próbowali wykreować jakąś zmyślną kombinację, ich rywale, by tak rzec, wywracali stolik, a potem udawali, że to niechcący, że to efekt pląsawicy, nadpobudliwości ruchowej, ADHD czy czego tam jeszcze. Dopiero kiedy Pau Cubarsí dosłownie wyleciał w powietrze po bezpardonowym ataku Enza Fernándeza, sędzia odruchowo sięgnął po kartonik, co prawda tylko żółty, ale z drugim żółtkiem pomocnika Chelsea zsumował się w kolor czerwony.
Hiszpania przez półtorej godziny biła głową w mur i pewnie prędzej by sobie czaszkę roztłukła, niż go sforsowała, gdyby Argentyna nie musiała przystąpić do dogrywki w dziesiątkę. Emiliano Martínez bronił skutecznie i szczęśliwie, ale coś w końcu musiało wpaść – traf chciał, że chwała
Leo Messi i mundialowe rekordy wszech czasów
Chociaż polski arbiter Szymon Marciniak posędziował tylko dwukrotnie w fazie grupowej, miał największy wpływ na mundialowy bieg rzeczy. To dzięki Polakowi 39-letni Leo Messi mógł w ciągu minionych pięciu tygodni pobijać mundialowe rekordy wszech czasów, wprawiając w osłupienie piłkarski świat, i własnonożnie dociągnąć reprezentację Argentyny do finału. W 31. minucie pierwszego meczu Argentyny Messi z premedytacją sfaulował Algierczyka Aïssę Mandiego, wyprostowaną nogą następując rywalowi na łydkę i ścięgno Achillesa. Wnikliwie i wielokrotnie przyglądałem się tej sytuacji w powtórkach i nijak nie znajduję usprawiedliwienia, nie ma tu mowy o przypadku, był to atak pomroczności wśród wyładowań piłkarskiego geniuszu. Dla mnie bezsporna czerwona kartka. Marciniak nie pokazał nawet żółtej.
Wielkość tego arbitra, być może najlepszego w dziejach futbolu, należy zatem oceniać nie tylko po jego wieloletniej karierze, w której jak nikt inny nauczył się zarządzać meczem i kontrolować piłkarzy w spotkaniach wysokiego napięcia, nie tylko po jego bezbłędnym rozpoznawaniu sytuacji, ale także po konsekwencjach omyłek. Szczególnie zaś tej jednej błędnej decyzji, która ocaliła futbol. Algierczykowi wszak nic się nie stało, choć faul był niebezpieczny, do żadnego uszczerbku na zdrowiu się nie przyczynił. Algierski obrońca zagrał na turnieju cztery mecze w pełnym wymiarze czasowym. Łaska okazana Messiemu mimo jego występku była dla świata cenniejsza niż wymierzenie zasłużonej kary, po której powszechnie odczuwano by smutek i absmak.
Marciniak postąpił zgodnie z duchem gry, któremu się sprzeniewierzył przed kilkunastoma miesiącami, gdy w derbach Madrytu w Lidze Mistrzów zgodnie z regulaminem, ale wbrew logice i sprawiedliwości anulował gola zdobytego z rzutu karnego przez Juliána Alvareza. Miał zatem prawo czuć wyrzuty sumienia wobec reprezentacji Argentyny i… naprawił swoją poprawną decyzję błędem.
W tym paradoksie zawierać się też może tajemnica fenomenalnej formy Messiego, który dostał od Marciniaka „drugie życie” i we wszystkich kolejnych meczach niejako spłacał dług wdzięczności. Jest bowiem wysoce prawdopodobne, że grając przez godzinę w dziesiątkę, Albicelestes nie wygraliby z Algierią, bez Messiego nie daliby sobie rady z Austrią, a wygrana z Jordanią po powrocie lidera mogłaby nie wystarczyć do wyjścia z grupy. A gdyby nawet Argentyna z niej wyszła, to w pierwszych dwóch meczach Messi zdobył pięć goli, dzięki czemu przez całe mistrzostwa świadkowaliśmy fascynującemu pojedynkowi o historyczny prymat w tabeli snajperów, który toczyli Leo i Kylian Mbappé.
Bez tej dramaturgii, bez opowieści o starciu tytanów, idących łeb w łeb po tytuł króla strzelców, bez narracji o pomazańcu bogów, który oszukał czas i w wieku emerytalnym zmierzał ku tytułowi najlepszego gracza turnieju z szansą na Złotą Piłkę, ten mundial nie smakowałby nam tak wspaniale.
W półfinale było już blisko katastrofy. Kiedy Anthony Gordon trafił dla Anglików, zdawało się, że to koniec marzeń Argentyny. Ale Brytyjczycy popełnili strategiczny błąd, ograniczając się do obrony wyniku, cofając głęboko i zachęcając tym samym rywali do nieustannych ataków. Po golu
Jest lato, muszę spływać
Kiedy mieszkałem na Mazowszu, tym płaskim dowcipie pana boga, spływałem częściej, bo z dala od nierówności terenu i naturalnych pustek skalnych musiałem znaleźć jakiś ekwiwalent, jakąś przyrodniczą rekompensatę za cierpienie w paszczy stołeczeństwa. Teraz spływam tylko latem, niejako rytualnie, między górskimi wyrypami i jaskiniowymi poniewierkami muszę znaleźć jakiś odcinek spławny a dziki, którym w pojedynkę puszczam się pomedytować z nurtem.
W czasie mazowieckim, gdzie okrucieństwo zimy daje się we znaki szczególnie, bo jej nie ma, jest tylko wieczny listopad, deszcz ze śniegiem, błocko i chłód zamiast mrozu, a nawet jeśli mróz, to tylko o świcie w cienkiej warstewce lodu na kałużach, a jeśli nawet siarczysty, to zupełnie bez sensu, tylko psieckom łapki cierpną albo szczypią od soli wysypywanej na chodniki, a słoikom rzewnie się przypomina, jak na południu mieszkając, po szkole się chodziło na narty – owóż, w czasie bezsensownych mazowieckich nibyzim przebierałem nibynóżkami, żeby doczekać roztopów i ulew wiosennych, które na krótko udrożniały wąskie rzeczki zwałkowe. I cisnąłem nimi jedynką bez fartucha przez drzewa zwalone w poprzek, czasem bardziej się wspinając z kajakiem, niż płynąc, niekiedy zaiste więcej czasu spędzając na pokonywaniu drzewnych zwalisk niż w wodzie – ale tylko tam znajdowałem oddalenie od ciżby, od nadmiernie skłębionej ludzkości, zmierzającej najkrótszą drogą i najszybszym transportem do celu.
Spływanie kajakiem dla ludzi, którym życie upływa na skracaniu drogi, jest poważną lekcją cierpliwości – zwłaszcza gdy rzeka zawzięcie meandruje i choćby się namachało wiosłem, kilometraż w linii prostej prawie nie drgnie. Nie ma się co irytować, trzeba zrozumieć, że w kajaku to droga jest celem. Unikałem rzek popularnych, żeby się nie daj bóg nie zaplątać w zator „spływu integracyjnego”, tego rzecznego pohańbienia, gdzie się „zespół szkoli we wspólnym pokonywaniu przeszkód”.
Z czasem w ogóle zacząłem unikać rzek mijających stanice wodne, aby ograniczyć do minimum prawdopodobieństwo spotkania człowieka. Rzeki wartkie i uciążliwe lubiłem dla wytrenowania refleksu i kondycji, w górnych częściach ich biegu, gdzie dopiero się przeistaczały ze strumieni, wąskie na zasięg ramion i płytkie, tyle, żeby kajak zanurzyć – w takich strugach spokoju nie zaznasz, ani przez chwilę cię nurt sam nie poniesie, moment nieuwagi kosztuje zawieszkę na konarze albo zapchanie się w krzaczory. Czasem udawało się przepłynąć
VAR kiepski, Niemcy fatalni
Dramaty i sensacje fazy pucharowej mundialu
Era VAR zapowiadała się jako nowy, wspaniały świat futbolu, bez omyłek sędziowskich, korygowanych odtąd przez nieludzko precyzyjne czujniki i oko kamery, któremu miało nic nie umknąć. Ten mundial pokazuje jak żaden inny turniej, że jest dobrze, a nawet beznadziejnie, bo wszystko i tak pozostaje kwestią sędziowskiej interpretacji.
Wiele drużyn zostało już skrzywdzonych przez opaczne odczytanie VAR-owskich powtórek, ale żadna nie przeżyła takiego dramatu jak Chorwaci. Kiedy kolejny z armii żwawych weteranów mundialowych, 37-letni Ivan Perišić zdobył osiem minut po przerwie gola, wydawało się, że dość niemrawa w pierwszej połowie Chorwacja złapie wiatr w żagle i sprawi Portugalczykom psikusa. Ale kilka minut później sędziowie uznali, że należy rozpatrzyć pod kątem ewentualnej jedenastki bardzo niejednoznaczne starcie w polu karnym Chorwatów. I tu jest pies pogrzebany: gremium VAR-owskie, zamiast służyć korekcie ewidentnych przeoczeń i błędów głównego arbitra, stało się dyskusyjnym klubem filmowym, w którym dysponujący ujęciami z kilku kamer panowie szukają dziury w całym i nierzadko przywołują sędziego do nibyfauli, których nawet sami piłkarze nie zauważają. A sędzia, kiedy już pobiega do monitora, pod presją i sugestią swoich wideoasystentów często dostrzega coś, czego nie widać – wpatruje się w stopklatkę na ekranie, przygląda sytuacji w różnych kadrach i szuka nowych sensów niczym Grzegorz Królikiewicz na swoich słynnych zajęciach z analizy filmu w łódzkiej Filmówce. Potem dyktuje karne, które dyplomatycznie nazywane są miękkimi, lecz w istocie mają twarde konsekwencje. Jak ten, wykorzystany przez Cristiana Ronalda, wciąż nienasyconego grą i łasego na gole – chwilę wcześniej minimalnie spalił przy zdobyciu nieuznanej bramki.
Interpretacyjna nadprodukcja rzutów karnych z powodu wydumanych fauli i przypadkowych zagrań ręką jest jednak niczym wobec chwili, gdy człowiek wbrew rozumowi i sprawiedliwości ulega automatycznym werdyktom sztucznej inteligencji. Sędzia tak się głowił nad powtórkami, że mecz przedłużył o 19 minut, a w tej pozaregulaminowej dogrywce najpierw Gonçalo Ramos trafił prawidłowo dla Portugalii, a w ostatnich sekundach doliczonego czasu równie legalnie wyrównał Igor Matanović. Dziki szał radości Chorwatów, którzy urwali się ze stryczka,
Zarządzanie żarem
Upały sakramenckie; choć i bez nich się męczę i pocę z byle powodu, dawno wkroczywszy w wiek zawałowy, dryfuję już ku otwartemu morzu starości, zatem wszelkie alerty esemesowe o ekstremalnym zagrożeniu stanem upalnym trafiają prosto w moją pakamerę lęków. I sam już nie wiem, czy ta fala gorąca faktycznie taka mordercza, czy zaiste nigdy wcześniej takiego żaru między Bugiem i Odrą nie zaznano, azaliż to masy upalnego powietrza tak miażdżące, czy też może miazga masowego przekazu czerwonymi wersalikami tłoczonego. No bo jeśli kto moim strachem zaczął zarządzać, niedoczekanie jego, teraz mnie straszy gołym niebem, zaraz będzie chciał zasiać inne obawy, a to że wróg u bram przebiera nogami, by gwałcić „nasze kobiety”, wróg wewnętrzny chce uczyć masturbacji „nasze dzieci”, do tego „różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki” wprost kotłują się w każdym imigranckim organizmie, próbującym przeniknąć przez płoty kolczaste i korony cierniowe, którymiśmy obwarowali „naszą ziemię”. Te wszystkie alarmy wciskają się nam do telefonów nie po to, byśmy mieli baczenie, lecz by nam dusza na ramieniu wciąż siedziała, bo człowiek z duszą na ramieniu jest bezbronny jak srający pies, nie człowiek to już, a zasób ludzki, podatny na manipulację. Trudno, wolę się topić od żaru, niż pocić ze strachu, rzekłem i od razu temperatura odczuwalna spadła w granice normy.
Owszem, niegdyś lepiej znosiłem upały od wielkich mrozów, bo do czterdziestki brakowało mi ochronnej warstwy tłuszczu, potem zaś oddałem Tatrom palec u stopy i część w niej czucia, przez co marzł mi w bucie kiepsko ukrwiony ocalały paluch. Teraz nadciśnienie sprawia, że mi wiecznie ciepło, babiny okutane płaszczami dziwują się, gdy śmigam po mieście w żonobijce, za to upały działają mi na nerwy, wyczuwam w nich niejaką wrogość, agresywność wymierzoną we mnie osobiście, nie muszą być ekstremalne, wystarczy zwykłe plażowe trzydzieści w cieniu. Morze nigdy mnie nie pociągało,
Mundial po fazie grupowej
Radości starszych panów
W fazie grupowej zrobił nam się mundial trzeciego wieku, zresztą nie tylko za sprawą piłkarzy. Dzień po dniu padały kolejne rekordy – Dick Advocaat, holenderski szkoleniowiec reprezentacji Curaçao, we wrześniu skończy 79 lat i pozostanie najstarszym trenerem, który kiedykolwiek prowadził drużynę na mundialu. Karaibscy nowicjusze urwali punkt Ekwadorowi i zdobyli gola w meczu z Niemcami, co kibice najmniejszego kraju w historii piłkarskich mistrzostw świata (liczba ludności na poziomie Gliwic) uznali za sukces. W dodatku miłośnicy antylskiego likieru wreszcie nauczyli się poprawnie wymawiać nazwę tego kraju, która ku powszechnemu zaskoczeniu wcale nie rymuje się dokładnie z kakao.
Europejscy trenerzy chętnie przerywają emeryturę dla krajów cokolwiek egzotycznych piłkarsko – Belg Hugo Broos wiosną świętował 74. urodziny i futbol wciąż go bawi, Republika Południowej Afryki pod jego wodzą wyszła z drugiego miejsca w grupie, choć przypisać to należy raczej słabości rywali, zwłaszcza naszych południowych sąsiadów. Starszy od Broosa Miroslav Koubek przywiózł na mundial słabiutką kadrę Czech, która z każdym meczem grała gorzej, by na pożegnanie imprezy przegrać trzema golami z Meksykiem. W Afryce odnalazł się także 73-letni Carlos Queiroz, trenerski obieżyświat z Portugalii, który tuż przed mundialem przejął kadrę Ghany. Afrykanie mogli sprawić największy szpryngiel drugiej serii gier grupowych, ale zostali skrzywdzeni przez sędziego, z Anglią uzyskali zatem tylko niespodziewany remis zamiast sensacyjnego zwycięstwa.
O ile życie selekcjonerskie po siedemdziesiątce ma się całkiem nieźle, o tyle życie piłkarskie po czterdziestce nigdy nie miało się tak dobrze. Na tym mundialu wystąpiło co najmniej siedmiu zawodników urodzonych przed czterema dekadami. Cristiano Ronaldo na tle kiepskich Uzbeków wyglądał całkiem żwawo i został najstarszym w historii autorem mundialowego dubletu. Luka Modrić wychodzi na boisko jako kapitan Chorwatów, Edin Džeko powiódł Bośnię i Hercegowinę do zwycięstwa z Katarem i awansu z grupy, do tego występy zaliczyli aż czterej bramkarze w wieku inżyniera Karwowskiego. Manuel Neuer w bramce niemieckiej, Fernando Muslera jako golkiper Urugwaju, Vozinha między słupkami Republiki Zielonego Przylądka i wreszcie Guillermo Ochoa, któremu trener Meksykanów pozwolił zaliczyć występ na szóstym mundialu.
Wszyscy oni jednak są w cieniu młokosa z Argentyny – Leo Messi jest jak bohater „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”, zamiast się starzeć, młodnieje, właśnie skończył 19 lat, nie żadne tam 39, władował pięć goli w dwóch meczach, a powinien siedem, gdyby lekko nie spalił z Algierią i trafił z jedenastki przeciw Austrii. To,
Świstowość, litworowość
Lato nareszcie. Zosia, córka moja szkocka, tradycyjnie wpadła z zięciem na czerwcowe chaszczowanie po Tatrach. W zeszłym roku jakoś nam się nie zebrało, wziąłem ich na Babią, widoczki, pogoda, nawet jakaś mszyca polowa na szczycie. Myślałem, że im wystarczy Królowa Beskidów, ale czuli niedosyt, bo za dużo turystów, no i to jednak nie to samo, co skaliste góry wysokie. Oni są parą miejską, od miasta uzależnioną, ale raz do roku uwielbiają być przeze mnie prowadzeni na manowce, w bezludne zakamary tatrzańskie. Zażywają w ten sposób porcji dzikości i przez kilkanaście godzin dziennie są offline, co dla ich zmęczonych korporacyjną harówą umysłów ma walor detoksykacyjny.
Na całej długości Doliny Białej Wody i jej prawych orograficznie odnóg nie ma zasięgu ani internetu. To jest być może jedna z przyczyn, dla których po słowackiej stronie Białki poza taternikami pedałującymi na táborisko pod Wysoką i pojedynczymi egzemplarzami ambitnych turystów, chcących się przeczesać Polskim Grzebieniem, nie spotyka się nikogo. Podczas gdy z polskiej strony z tejże samej Łysej Polany startują codziennie tysięczne tłumy i drepczą asfaltem do Morskiego Oka w ciżbie i harmidrze niczym na Krupówkach.
Chłopiec z Ukrainy dreptać nie chciał, szlabanu nie było, bo akurat remont drogi, to sobie podjechał pod samą taflę – no i dostał szlaban, pięcioletni, na Schengen. Wrogość wobec Ukraińców już się ulewa narodowi na każdym kroku, Nawrocki order odebrał, Zełenski go odesłał na koszt adresata i nie przyjechał na konferencję do Gdańska – mężczyźni unoszą się honorem, bogiem i ojczyzną, za którą potem każą ginąć chłopcom.
Lubię jeździć Boltami po Warszawie, odgaduję po imieniu kierowcy, z jakiego kraju pochodzi, co bardzo ich otwiera, można sobie pogwarzyć z Hindusem, Uzbekiem czy Tadżykiem o ich miejscach urodzenia. Tymczasem ostatnio ukraińscy taksówkarze, zapytywani przeze mnie,








