Finał najbrzydszy w historii

Finał najbrzydszy w historii

Fot. Imago Sport and News/East News

Hiszpania najlepsza na świecie

„Show must go!”, rzekł był w studiu Dariusz Szpakowski pod koniec jednej z pauz w finale tegorocznego mundialu i być może był to lapsus wyrażający podświadome pragnienie zakończenia tego koszmarnego meczu.

Tradycyjną przerwę między połowami wydłużono o kwadrans widowiska muzyczno-tanecznego, które miało zrekompensować deficyty futbolowe. Czegóż tam nie było! Zaczęło się od Madonny wjeżdżającej na stadion w asyście Ronalda i Ronaldinha, skończyło nowym hitem Shakiry i trzeba przyznać, że był to całkiem udany rym do piłkarskiej nieśmiertelności demonstrowanej podczas turnieju przez Leo Messiego i kilku starszych panów piłkarzy – obie artystki także o przemijaniu mówią, a raczej śpiewają: „Jestem przeciw”.

Kiedy drużyny wróciły na murawę, skończyły się tańce, a ściślej – Hiszpanie zapraszali Argentyńczyków do kontredansa czy tam kadryla, lecz Albicelestes szli w zaparte, mylili krok, kopali po kostkach, aby tylko potańcówkę przeobrazić w zamieszki. Albicelestes doskonale grali w tym meczu role odrażających-brudnych-złych, bo dobrze widzieli, że argumentów piłkarskich, które można byłoby przeciwstawić ekipie Luisa de la Fuente nie ma żadna reprezentacja na tym świecie.

Zaparkowanie w polu karnym autobusu prosto z myjni, tak jak to uczyniła Republika Zielonego Przylądka, jedyna kadra, której Hiszpanom na mistrzostwach nie udało się pokonać, nie leży w naturze gauchos. Messi z kolegami zaparkowali więc autobus ufajdany błockiem – faulowali ile wlezie, sprawdzając granice tolerancji głównego arbitra, a ten pozwalał na stanowczo zbyt wiele. Slavko Vinčić jest kiepskim sędzią, zaszczyt prowadzenia finału mundialu został mu przyznany chyba tylko jako ukłon w stronę pierwszej damy USA, która wywodzi się ze Słowenii. Byliśmy zatem świadkami nie tylko najbrzydszego finału wszech czasów, ale i najgorzej sędziowanego.

Przypomnę, że przed czterema laty Francja z Argentyną zagrały w finałowym arcydziele, a Szymon Marciniak z ekipą asystującą wzniósł się na absolutne sędziowskie wyżyny, zatem wszystko się wyrównało. Latynosi nawet przez chwilę nie udawali, że mają jakiś inny pomysł na drogę do obrony tytułu niż poprzez serię jedenastek. Skupili się wyłącznie na zabijaniu futbolu, przeszkadzaniu i destrukcji – za każdym razem, kiedy Hiszpanie próbowali wykreować jakąś zmyślną kombinację, ich rywale, by tak rzec, wywracali stolik, a potem udawali, że to niechcący, że to efekt pląsawicy, nadpobudliwości ruchowej, ADHD czy czego tam jeszcze. Dopiero kiedy Pau Cubarsí dosłownie wyleciał w powietrze po bezpardonowym ataku Enza Fernándeza, sędzia odruchowo sięgnął po kartonik, co prawda tylko żółty, ale z drugim żółtkiem pomocnika Chelsea zsumował się w kolor czerwony.

Hiszpania przez półtorej godziny biła głową w mur i pewnie prędzej by sobie czaszkę roztłukła, niż go sforsowała, gdyby Argentyna nie musiała przystąpić do dogrywki w dziesiątkę. Emiliano Martínez bronił skutecznie i szczęśliwie, ale coś w końcu musiało wpaść – traf chciał, że chwała

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2026, 31/2026

Kategorie: Sport