Tag "mundial"
22 piłkarzy, a wokół pustka
Mundial wzbudza olbrzymie zainteresowanie, choć ze sportem ma niewiele wspólnego
Pod wieloma względami będzie to po prostu kulminacja procesów, które w futbolu zachodzą od dekad. Po pierwsze, kalendarz rozciągnięty do granic fizycznych możliwości zawodników. W tym roku po raz pierwszy w historii turnieju zagrają aż 64 drużyny, dwa razy więcej niż dotychczas. To oznacza nie tylko więcej meczów, ale także obciążenia wynikające z nieustannych podróży. A będą one częste i uciążliwe, bo tegoroczny mundial będzie też pierwszym rozgrywanym jednocześnie w trzech krajach: Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Meksyku. To już nie będą krótkie loty czarterowe albo przejazdy autobusem z jednego do drugiego miasta we Francji, we Włoszech czy w Niemczech. Raczej podróże o skali kontynentalnej, bo mundialowa mapa obejmuje cały kontynent.
A że już teraz, w czasie sezonu klubowego, trwającego w Europie od sierpnia do połowy maja, piłkarze są ogromnie obciążeni, tego, co czeka ich latem, nie powinien zazdrościć nikt. Nawet pamiętając o wielomilionowych apanażach.
Ma być po amerykańsku
Jeszcze kilkanaście lat temu, uśredniając, najlepsi piłkarze na świecie grali w sezonie maksymalnie 50 spotkań, a i to przy założeniu, że nie są kontuzjowani, nie unikają powołań do kadry, a trenerzy nie dają im ani razu odpocząć. Rytm był zresztą dość przewidywalny. Co weekend mecze w lidze krajowej – bywało ich nieco ponad 30. Najskuteczniejsze drużyny dokładały do tego śródtygodniowe mecze w europejskich pucharach, ale przecież mało kto dochodzi w nich do samego końca, więc nawet najlepsi dorzucali może 10 meczów z tej puli. Do tego kilka występów w reprezentacji i można jechać na wakacje.
Teraz ligi europejskie są większe, formaty pucharów na kontynencie zostały analogicznie do mundialu rozciągnięte, stworzono nowe rozgrywki międzypaństwowe w stylu europejskiej Ligi Narodów. W rezultacie liderzy zespołów grają już regularnie po 65-70 meczów w jednym kilkumiesięcznym cyklu.
Laikom niezaznajomionym z dynamiką i logistyką tego sportu może to się wydać nic nieznaczącym szczegółem, ale oznacza doprowadzenie organizmu na skraj wydolności. Zawodowi piłkarze najwyższego szczebla przebiegają w ciągu 90 minut 8-10 km. Po meczu, kończącym się z reguły późno wieczorem, muszą przejść regenerację i albo wrócić do domu, albo pakować się do samolotu powrotnego, często lecącego do innej strefy czasowej. W przypadku amerykańskiego mundialu będzie to jeszcze inny klimat. Mecze odbędą się w miejscach tak skrajnie różnych jak kanadyjskie Vancouver, Miami na Florydzie czy meksykańska Guadalajara. Następnego dnia czeka ich trening, zapewne więcej niż jeden w ciągu doby.
Biorąc pod uwagę obciążenia, zaburzenia snu, reakcję na zmiany klimatu i odkładające się w nogach zmęczenie z sezonu z 60 meczami granymi co trzy dni, łatwo się domyślić, że wygra ten, kto będzie miał najszerszą kadrę i najmniej kontuzjowanych zawodników. Pedri, gwiazda dzisiejszej FC Barcelony i reprezentacji Hiszpanii, w sezonie 2020-2021 zagrał aż 73 mecze pomiędzy klubem, reprezentacją i kadrą olimpijską. Tylko po to, żeby po paryskich igrzyskach natychmiast rozpocząć kolejny sezon. Nikogo nie powinien więc dziwić fakt, że od czasu ukończenia tego maratonu piłkarz odniósł do dziś aż 12 kontuzji mięśniowych, czyli wynikających głównie z przeciążenia konkretnych partii organizmu.
Powód tego absurdalnego rozdmuchania piłkarskich turniejów jest banalny. Więcej drużyn to więcej meczów i więcej transmisji, ergo większy zysk ze sprzedaży praw telewizyjnych. Co prawda, prezes FIFA, Włoch Gianni Infantino z lubością opowiada historyjki „o powiększaniu globalnej
Wojna futbolowa
Czy Iran zagra na mundialu?
Trump jest maniakiem, coraz wyraźniej daje o tym znać, ostatnio przypisuje sobie mesjańskie moce, prowokuje świat chrześcijański świętokradczymi obrazkami, ma się za Zbawiciela i może nawet w przeciwieństwie do swoich wyznawców dobrze zdaje sobie sprawę (jeśli jeszcze z czegokolwiek ją sobie zdaje), że jedyne zbawienie, jakie jest zdolny światu przynieść, to Sąd Ostateczny przyśpieszony za pomocą kodów atomowych. Aż się rwie do tego, by ich użyć – ma już swoje lata i demencję na karku, została mu połowa kadencji do tego, by wejść w boskie kompetencje; skoro Bóg świat stworzył, to on, pomarańczowe wcielenie Stwórcy, może go unicestwić.
Obecny prezydent USA tym samym przegadałby Boga, wszak ważne jest, kto ma ostatnie zdanie. Na razie nieliczni najwyżsi stopniem wojskowi robią wszystko, żeby tego szaleńca powstrzymać przed „całkowitym zniszczeniem cywilizacji” perskiej (to słowa Trumpa) lub cofnięciem Iranu do epoki kamiennej. Potrzeba spuszczenia bomby atomowej na Teheran jest zarówno u Trumpa, jak i Netanjahu przemożna, zwłaszcza że „Epicka Furia” okazała się kolejnym nieudanym blitzkriegiem. Ilekroć jakiś imperator w ostatnich latach zwiastuje błyskawiczne zwycięstwo, tylekroć okazuje się ono oddalać w czasie i rozwlekać na lata bezsensownej wojny.
Od kiedy Rosja napadła na Ukrainę, została wykluczona z rozgrywek sportowych, są niechlubne wyjątki, ale w przypadku najważniejszych imprez sportowych, czyli mistrzostw piłkarskich, igrzysk olimpijskich, być ich nie może. Przypomnę na marginesie, że m.in. temu zawdzięczamy udział w katarskim mundialu, bo mecz barażowy w Rosji wygraliśmy walkowerem. Tej logiki, że najeźdźca, który gwałci prawo międzynarodowe i napada na niepodległe państwo, musi zostać wykluczony z międzynarodowej zabawy świata pokoju, jaką jest sport, nikt nie podważał. Dopóki nie okazało się, że Izrael, państwo dokonujące ludobójstwa w odwecie za zamach terrorystyczny, może wysyłać swoich sportowców, gdzie chce. Na szczęście piłkarzy ma tak nieudacznych, że sami się eliminują z rozgrywek, więc nie ma problemu – bilety na mundial przegrali w starciach z Włochami i Norwegią.
Od kiedy jednak USA dokonały napaści na Iran, a wcześniej wycieczki zbrojnej w Wenezueli, problem jest podwójny. Po pierwsze, Gianni Infantino, przewodniczący FIFA, jest sprzedajnym lizusem Trumpa, więc nawet mu się nie śniło, aby na gospodarzy najbliższego mundialu nałożyć jakieś sankcje, nie mówiąc o wykluczeniu. Po drugie, do mistrzostw świata zakwalifikowała się reprezentacja Iranu i jak dotąd, pomimo nacisków i skandalicznych sugestii zewnętrznych, nie zamierza z imprezy się wycofać. Wykluczyć jej dyscyplinarnie nie można, to byłoby jednak zbyt grube nadużycie, w końcu nie Iran jest agresorem w tym konflikcie. Bez względu na to, czy rządy ajatollahów komuś się podobają, czy nie, Iran jest obiektem napaści zbrojnej i karać go za to nie można – równie dobrze, a raczej równie źle, można by wtedy przywrócić do rozgrywek Rosjan kosztem Ukraińców.
Trump szantażuje oficjalnie Irańczyków, że co prawda ich drużynę wpuści, ale nie będzie mógł zagwarantować jej bezpieczeństwa, poza tym kibiców już wpuszczać nie zamierza, a i członków sztabu szkoleniowego, działaczy oraz dziennikarzy może zawrócić z lotniska, jeśli zostaną uznani za indywidua podejrzane o terroryzm. Iran wystosował prośbę o przeniesienie swoich meczów na terytorium współgospodarza mistrzostw, czyli do Meksyku, ale spotkał się z odmową. Czyli obecnie sytuacja ma się tak: możecie przyjechać sobie pokopać, ale atmosfera jest,
Zawiodła defensywa
Polska nie pojedzie na mundial
Ciśnie się na usta parafrazowanko piłkarskich porzekadeł, np.: futbol to taka gra, w której 22 facetów biega po boisku, a na końcu i tak przegrywają Polacy. Przypomnę, że w oryginalnej wersji Gary’ego Linekera, jednego z wielu katów naszej reprezentacji, chodziło o to, że na końcu zawsze wygrywają Niemcy. Oni nauczyli się przegrywać także w końcówkach, my nie nauczyliśmy się grać. A konkretnie wygrywać ważnych spotkań z drużynami, które „nam nie leżą”, najściślej zaś ze Szwecją na wyjeździe.
Skoro ostatni raz wygraliśmy w Kraju Trzech Koron, kiedy mojej świętej pamięci mamusi nie było jeszcze na świecie, zwycięstwo w Sztokholmie miałoby wymiar absolutnie rewolucyjny, przełomowy, bez względu na obecną formę gospodarzy byłoby odczynieniem klątwy, poczyniłoby radykalne zmiany w naszej piłkarskiej samoświadomości. Ale spokojnie, rewolucji nie będzie. Przegraliśmy jak zawsze, jedyną niewiadomą pozostanie fakt, czy aby na pewno „graliśmy jak nigdy”, bo tak twierdzi większość obserwatorów, nawet tych zwykle powściągliwych.
Ja tam, choć dziedzicznie obciążony alzheimerem, nie muszę sięgać pamięcią daleko – widziałem już ten wtorkowy mecz przed pięcioma laty. W spotkaniu o wyjście z grupy na pocovidowym Euro, trenowani przez pięknisia Sousę, pierwsi traciliśmy gole, wyciągnęliśmy na 2:2 i dostaliśmy decydującego gonga w samej końcówce. Procentowe posiadanie piłki? Wtedy 59:41 dla nas, teraz 64:36. Celne strzały? Wtedy 6:4 dla Polski, teraz 7:5. W obu przypadkach mieliśmy do czynienia z tzw. pięknymi porażkami, w których podniecaliśmy się faktem, że Polska prowadziła grę, ośmielała się uprawiać atak pozycyjny zamiast taktyki „laga na Robercika”, wdała się w wymianę ciosów jak równy z równym. W obu przypadkach kluczowe frazy komentatorów brzmią bliźniaczo podobnie: „Szwedzi byli do ogrania”, „Byliśmy lepsi”, tudzież „Było blisko, ale zostaliśmy skarceni”.
To ostatnie stwierdzenie wiele wyjaśnia: karci się dzieciaki, które zanadto brykają. Polska przegrała mecz z drużyną dojrzalszą, która skupiła się na konkretach; dali nam poszaleć, poszumieć, pohasać, ale w odpowiednim momencie to oni zadali cios nokautujący. Nie po rozpaczliwej kontrze, lecz
Po Albanii, przed Szwecją
Polska gra baraże o mundial
Jako odwieczny malkontent i katastrofista przymuszę się do rozpoczęcia relacji z meczu Polska-Albania od tzw. pozytywów.
Po pierwsze, rezydent Batyr ze strachu przed wygwizdaniem poprosił, aby go nie anonsowano na Stadionie Narodowym. Od kiedy zawetował nowelizację Kodeksu karnego, brać kibolska jęła mu dawać do zrozumienia, że czas jasnogórskich przytulasków się skończył – wolał więc wejść do loży chyłkiem. Za to po meczu darował sobie dyskrecję i wparował do szatni, aby gardłować wespół ze zwycięzcami. Złośliwi twierdzą, że był tam także w przerwie, a przemiana naszej drużyny w drugiej połowie to wynik polecenia: „Niech się panowie piłkarze ogarną, niech słuchają, co mówi prezydent Polski!”.
Po drugie, a nawet pierwsze, Polska wygrała mecz bez pomocy dogrywki i karnych. Jan Urban pozostaje selekcjonerem niepokonanym, z imponującym bilansem pięciu zwycięstw i dwóch remisów wywalczonych z potężną Holandią.
Po trzecie, po raz pierwszy od 2007 r. Polacy potrafili odwrócić losy meczu eliminacyjnego. W ogóle zdarza nam się to nadspodziewanie rzadko, skrzydlatą frazą polskiej piłki jest tłumaczenie: „Przegraliśmy, bo się mecz nie ułożył”. Nasi zawodnicy tracąc gola przez dekady całe, tracili też rezon i wiarę w powodzenie swojej misji. Wygrać, kiedy się przegrywało, to jest sztuka cechująca dojrzałe drużyny. W czwartek z tarapatów wydobyli nas weterani, odpowiedzialność spadła na ich barki i nie zawiedli.
Po czwarte, strzeliliśmy Albanii dwa gole, w ostatnich latach nikt im nie potrafił wbić więcej, w całych eliminacjach stracili pięć bramek, ich defensywę rozmontować jest nadzwyczaj trudno, to drużyna, która lubi i umie bronić, zwłaszcza kiedy ma czego. Dlatego po przerwie mogły nas uratować stałe fragmenty gry i strzały z dystansu – to się udało, tak właśnie odebraliśmy Albanii awans.
Po piąte, Kamil Grabara nie zawiódł w bramce – przy straconym golu nie faulował (byłaby czerwona, karny i klops, obstawiam, że Szczęsny by w tej sytuacji wyleciał z boiska), a setkę przy stanie 1:1 genialnie wybronił, ratując wynik. Robert Lewandowski strzelił 89. gola w kadrze. Pierwszy raz trafił we wrześniu 2008 r., kiedy czwartkowy debiutant Oskar Pietuszewski miał cztery miesiące i raczkował po dywanie. Wyczekiwany debiut nastolatka z FC Porto należy uznać za udany, Pietuszewski potwierdził swoje walory motoryczne i techniczne – bywa pochopny i zalicza irytujące straty, ale jest szybki, zarabia kartki dla rywali, którzy go faulują, taki gracz nam będzie potrzebny w Sztokholmie.
Po ostatnie, wygraliśmy pomimo nieobecności jednej z trzech największych gwiazd. W kolejnym meczu Nicola Zalewski wróci do składu i na pewno da jakość.
I to mniej więcej tyle radości, czas na smutki. Kibice reprezentację zaczęli dopingować dopiero gdzieś po godzinie, a i tak najgłośniejsi byli, kiedy chamsko gwizdali podczas hymnu Albanii. Piłkarze dopuścili rywali do trzech stuprocentowych sytuacji. Nie byliśmy gorsi, ale powinniśmy ten mecz przegrać. Każda okazja Albanii była wynikiem katastrofalnej postawy naszych obrońców i ich niewymuszonych błędów. Przy straconym golu Jan Bednarek popełnił szkolny kiks wskutek podjęcia złej decyzji – próbował przyjmować piłkę w powietrzu na „saperskiej” pozycji,
Szalony finał Senegalu
Czy Afrykanie zostaną mistrzami świata?
Komuż z nas, miłośników futbolu, nie zdarzyło się w czasach podwórkowych grać w meczach najwyższej rangi, derbach międzyosiedlowych, na Górnym Śląsku określanych jako pojedynek „nasz platz na wasz platz”? Presja zwycięstwa była wtedy większa niż na co dzień, a z braku arbitrów częstokroć dochodziło do sytuacji spornych, w których koronnym okazywał się argument siły – mocniejsi w muskułach ogłaszali wtedy werdykt, a mocniejsi w gębie mówili: „No to my już nie gramy”. Zaprawdę, pamiętam, że wiele takich gier kończyło się przed czasem z powodu zejścia z boiska drużyny pokrzywdzonej, która musiała się zadowolić moralnym zwycięstwem.
W życiu bym nie podejrzewał, że do takiej sytuacji może dojść w finale mistrzostw kontynentalnych, rozgrywanym przez dwie futbolowe potęgi (Maroko – wciąż czwartą drużynę świata i Senegal – regularnego uczestnika mundiali, który sprał naszą reprezentację przed ośmioma laty).
Tegoroczny finał Pucharu Narodów Afryki przejdzie do historii piłkarskich kuriozów także jako mecz o niewyobrażalnej, szekspirowskiej wręcz dramaturgii. Owóż, to wyrównane spotkanie przebiegało bez ekscesów aż do czasu doliczonego, gdy ku rozpaczy gospodarzy Senegalczycy zdobyli gola. Zdobyli go prawidłowo, ale sędzia dopatrzył się przewinienia i bramki nie uznał. Gdyby taką bramkę zdobyło Maroko, kongijski arbiter bez wątpienia nie odważyłby się jej anulować. Chwilę później dopatrzył się faulu w polu karnym Senegalu i podyktował baaaaardzo „miękki” rzut karny dla gospodarzy. Tego było już za wiele, na trybunach rozpoczęły się zamieszki, a piłkarze Senegalu zeszli z boiska na znak protestu i nie zamierzali dokończyć gry.
Skończyłoby się to wszystko walkowerem i potężnym skandalem, gdyby nie Sadio Mané, dla którego to było pożegnanie z mistrzostwami Afryki – przez prawie kwadrans sam jeden nakłaniał kolegów, żeby zachowali się jak mężczyźni i wrócili na murawę, mimo że sędzia zapowiedział, iż strzał z 11 m będzie ostatnim zagraniem meczu.
W końcu Mané dopiął swego, jego kompani smętnie weszli na murawę, by patrzeć, jak przed bramkarzem Senegalu staje król strzelców całego turnieju Brahim Diaz, który miał tylko przypieczętować triumf swojej drużyny. Tyle że Diaz wykonał jedenastkę najgorzej w historii, po prostu lekko podając piłkę do rąk Édouarda Mendy’ego. Pozostanie tajemnicą, czy Marokańczyk nie uniósł presji (znamy takie przypadki, nawet z finału mundialu, gdy w 1994 r. decydującą jedenastkę fatalnie przestrzelił Roberto Baggio), czy wyczuł szwindel i po prostu nie chciał wygrać nieuczciwie. Sensacyjnie zatem Senegal wrócił do gry i wykorzystał przewagę psychologiczną w dogrywce – zwycięską bramkę kropnął Pape Gueye, na co dzień pomocnik Villarreal. Senegal zwyciężył więc po raz drugi w historii w niesamowitych okolicznościach.
Absolutnymi rekordzistami kontynentu są Egipcjanie, siedmiokrotni triumfatorzy, którzy tym razem odpadli w półfinale właśnie z Senegalem po bramce Sadio Mané – wrócili do domu bez medalu, ograni w meczu o III miejsce w karnych przez Nigerię.
Brązowi medaliści to wielki przegrany eliminacji mundialu,
Droga na mistrzostwa czy droga do mistrzostwa?
Szczęśliwa jesień reprezentacji Polski
Zagraliśmy pięknie z tą Holandią, do pełni szczęścia zabrakło tylko zwycięstwa – po latach nikt nie będzie wspominał statystyk (w strzałach 14:6 dla Polski) ani rozpamiętywał zmarnowanych okazji. Mecz przejdzie do historii jako jeden z – wbrew pozorom – wielu remisów z europejskimi potęgami, które nam się przytrafiały w ostatnich dekadach, zwłaszcza u siebie. Zapamiętuje się triumfy, a ostatnim tak znaczącym w meczu o punkty było zwycięstwo kadry Nawałki z Niemcami – prawdziwie założycielski mecz dla reprezentacji, której niewiele zabrakło do medalu na Euro 2016.
Jeśli drużyna Ronalda Koemana przyjechała do Warszawy, żeby się zrehabilitować za wrześniowy marazm z Rotterdamu, rychło pojęła, że na Narodowym co najwyżej może powalczyć o zwycięski remis. Poziom pewności siebie i absolutnego przekonania o różnicy klas, jakie dzielą piłkę niderlandzką od polskiej spadały w jednostajnym tempie od pierwszych minut wrześniowej potyczki, gdy Oranje jeszcze próbowali technicznych sztuczek, chwackich dryblingów i gry w dziada, aż po końcówkę meczu piątkowego, kiedy ich wcale nie ucieszyło, że sędzia doliczył aż sześć minut (wskutek dodatkowej przerwy w grze, którą wymusili bracia po racy). Niestety, myśmy musieli na swojego gola zapracować absolutnie doskonałą asystą Lewego i zimnokrwistym wykończeniem akcji przez Kamińskiego, a Holendrzy dostali od nas gola w podarunku. Do wielkości brakuje nam tylko tego, żebyśmy wreszcie przestali rozdawać te cholerne prezenty.
Asysta Lewandowskiego była bajeczna, jak mistrzowski slice na korcie, Robert posłał Kamińskiemu piłkę nie tylko idealnie w tempo, ale nadał jej taką rotację, że minąwszy obrońców, nagle zwolniła w odpowiednim momencie przed napastnikiem FC Köln. I tyle było radości.
Trudno zmilczeć popisy braci kibolskiej. „PZPN rzucił race naszymi rękami”, rzekł był przedstawiciel kibolstwa patriotycznego o nazwisku Pilecki. Czy oni sobie tam w stowarzyszeniach psychopatriotów zmieniają nazwiska? Prezes nazywa się Chrobry, pierwszy sekretarz Dmowski, a skarbnik Jagiełło? Polska kibolska poczuła, że jak ma swojego ziomka w Pałacu Prezydenckim, to teraz już nikt jej nie podskoczy. Nie było pozwolenia na wniesienie sektorówki, to się ferajna zemściła i obok tradycyjnej pieśni o tym, jak należy kochać Polski Związek Piłki Nożnej, wykonała nowatorski performance z cyklu światło i dźwięk – race na boisko i przyśpiewka „Miała, k…a, być oprawa, teraz pali się murawa”. Czy z powodu tego wybryku zagramy z Albanią na pustym stadionie, niebawem się okaże – kary mogą być dotkliwe, a nasz pałacowy zapiewajło nie będzie miał tu prawa łaski.
I już chcielibyśmy zastosować sylogizm optymistyczny: Holendrzy twierdzą, że wybierają się na mundial po mistrzostwo świata, my dwukrotnie zagraliśmy z nimi na remis, przy czym ten warszawski trzeba uznać za remis ze wskazaniem na naszych, a zatem jeśli Polska awansuje na mundial, ma wszelkie dane ku temu, by myśleć o Pucharze Świata.
Tylko że my od
Sędziowałem na mundialu
Do Włoch jechałem z nadzieją na dwa, trzy spotkania jako sędzia główny. Na więcej nie liczyłem Przed mistrzostwami [we Włoszech w 1990 r.] sędziowałem kilka meczów w eliminacjach i miałem nadzieję na mundialową nominację. Pół roku przed turniejem moje nazwisko znalazło się w pierwszej, wstępnej grupie sędziów. Wiedzieliśmy, że kilku z nas odpadnie. Pewniakami do wyjazdu byli Włosi, Niemcy – mocni w strukturach FIFA. Ja z Sándorem Puhlem, Peterem Mikkelsenem czy Jozefem Marko znalazłem się w gronie tych, którzy musieli walczyć o miejsca. Z polskich








