Tag "mundial"

Powrót na stronę główną
Sport

Finał najbrzydszy w historii

Hiszpania najlepsza na świecie

„Show must go!”, rzekł był w studiu Dariusz Szpakowski pod koniec jednej z pauz w finale tegorocznego mundialu i być może był to lapsus wyrażający podświadome pragnienie zakończenia tego koszmarnego meczu.

Tradycyjną przerwę między połowami wydłużono o kwadrans widowiska muzyczno-tanecznego, które miało zrekompensować deficyty futbolowe. Czegóż tam nie było! Zaczęło się od Madonny wjeżdżającej na stadion w asyście Ronalda i Ronaldinha, skończyło nowym hitem Shakiry i trzeba przyznać, że był to całkiem udany rym do piłkarskiej nieśmiertelności demonstrowanej podczas turnieju przez Leo Messiego i kilku starszych panów piłkarzy – obie artystki także o przemijaniu mówią, a raczej śpiewają: „Jestem przeciw”.

Kiedy drużyny wróciły na murawę, skończyły się tańce, a ściślej – Hiszpanie zapraszali Argentyńczyków do kontredansa czy tam kadryla, lecz Albicelestes szli w zaparte, mylili krok, kopali po kostkach, aby tylko potańcówkę przeobrazić w zamieszki. Albicelestes doskonale grali w tym meczu role odrażających-brudnych-złych, bo dobrze widzieli, że argumentów piłkarskich, które można byłoby przeciwstawić ekipie Luisa de la Fuente nie ma żadna reprezentacja na tym świecie.

Zaparkowanie w polu karnym autobusu prosto z myjni, tak jak to uczyniła Republika Zielonego Przylądka, jedyna kadra, której Hiszpanom na mistrzostwach nie udało się pokonać, nie leży w naturze gauchos. Messi z kolegami zaparkowali więc autobus ufajdany błockiem – faulowali ile wlezie, sprawdzając granice tolerancji głównego arbitra, a ten pozwalał na stanowczo zbyt wiele. Slavko Vinčić jest kiepskim sędzią, zaszczyt prowadzenia finału mundialu został mu przyznany chyba tylko jako ukłon w stronę pierwszej damy USA, która wywodzi się ze Słowenii. Byliśmy zatem świadkami nie tylko najbrzydszego finału wszech czasów, ale i najgorzej sędziowanego.

Przypomnę, że przed czterema laty Francja z Argentyną zagrały w finałowym arcydziele, a Szymon Marciniak z ekipą asystującą wzniósł się na absolutne sędziowskie wyżyny, zatem wszystko się wyrównało. Latynosi nawet przez chwilę nie udawali, że mają jakiś inny pomysł na drogę do obrony tytułu niż poprzez serię jedenastek. Skupili się wyłącznie na zabijaniu futbolu, przeszkadzaniu i destrukcji – za każdym razem, kiedy Hiszpanie próbowali wykreować jakąś zmyślną kombinację, ich rywale, by tak rzec, wywracali stolik, a potem udawali, że to niechcący, że to efekt pląsawicy, nadpobudliwości ruchowej, ADHD czy czego tam jeszcze. Dopiero kiedy Pau Cubarsí dosłownie wyleciał w powietrze po bezpardonowym ataku Enza Fernándeza, sędzia odruchowo sięgnął po kartonik, co prawda tylko żółty, ale z drugim żółtkiem pomocnika Chelsea zsumował się w kolor czerwony.

Hiszpania przez półtorej godziny biła głową w mur i pewnie prędzej by sobie czaszkę roztłukła, niż go sforsowała, gdyby Argentyna nie musiała przystąpić do dogrywki w dziesiątkę. Emiliano Martínez bronił skutecznie i szczęśliwie, ale coś w końcu musiało wpaść – traf chciał, że chwała

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Ostatni taki mundial

Futbol idzie w stronę pozasportowej rozrywki dla bogatych

Postawmy sprawę jasno – piłka nożna nigdy nie była sportem niewinnym. Już w latach 30. XX w., złotym okresie włoskiego futbolu, tamtejsza reprezentacja była jedną z ulubionych zabawek reżimu faszystowskiego i ważnym elementem jego propagandy. W 1938 r. Włosi grali nawet w czarnych koszulkach, a przed meczami wykonywali rzymski salut w kierunku trybun. Ich trener Vittorio Pozzo utrzymywał bardzo dobre relacje z faszystowskimi dygnitarzami, co później, w typowy sposób tłumaczono jako chęć obrony jego zawodników przed turbulencjami politycznymi.

Z kolei pół wieku później, w czasie argentyńskiego mundialu w 1978 r., świat patrzył, jak trofeum drużynie gospodarzy wręczał krwawy dyktator Jorge Videla, odpowiedzialny za stworzenie brutalnego systemu tortur i represji. Niektóre mundialowe spotkania odbywały się tak blisko więzień, że przetrzymywani w nich opozycjoniści mogli w celach słyszeć wiwatujących kibiców. A żeby mistrzostwa przebiegły po myśli organizatorów, prawdopodobnie wywierano presję na arbitrów.

Żeby wejść do finału, Argentyna musiała pokonać Peru stosunkiem co najmniej czterech goli – w przeciwnym razie kwalifikowała się do niego Brazylia. Brazylijczycy bezskutecznie prosili organizatorów o jednoczesne rozpoczęcie ich spotkania i meczu gospodarzy. W dodatku Videla odwiedził sędziego i Peruwiańczyków w szatni przed pierwszym gwizdkiem. Argentyna wygrała 6:0, znalazła się w finale i triumfowała w rozgrywkach.

Komercjalizacja bez granic

Na tym tle afera wokół Folarina Baloguna, napastnika reprezentacji USA, którego czerwona kartka została anulowana po osobistej interwencji Donalda Trumpa, wygląda na niewinną przysługę bez konsekwencji. Balogun to wszak piłkarz niezły, ale żaden z niego fenomen,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Leo Messi i mundialowe rekordy wszech czasów

Chociaż polski arbiter Szymon Marciniak posędziował tylko dwukrotnie w fazie grupowej, miał największy wpływ na mundialowy bieg rzeczy. To dzięki Polakowi 39-letni Leo Messi mógł w ciągu minionych pięciu tygodni pobijać mundialowe rekordy wszech czasów, wprawiając w osłupienie piłkarski świat, i własnonożnie dociągnąć reprezentację Argentyny do finału. W 31. minucie pierwszego meczu Argentyny Messi z premedytacją sfaulował Algierczyka Aïssę Mandiego, wyprostowaną nogą następując rywalowi na łydkę i ścięgno Achillesa. Wnikliwie i wielokrotnie przyglądałem się tej sytuacji w powtórkach i nijak nie znajduję usprawiedliwienia, nie ma tu mowy o przypadku, był to atak pomroczności wśród wyładowań piłkarskiego geniuszu. Dla mnie bezsporna czerwona kartka. Marciniak nie pokazał nawet żółtej.

Wielkość tego arbitra, być może najlepszego w dziejach futbolu, należy zatem oceniać nie tylko po jego wieloletniej karierze, w której jak nikt inny nauczył się zarządzać meczem i kontrolować piłkarzy w spotkaniach wysokiego napięcia, nie tylko po jego bezbłędnym rozpoznawaniu sytuacji, ale także po konsekwencjach omyłek. Szczególnie zaś tej jednej błędnej decyzji, która ocaliła futbol. Algierczykowi wszak nic się nie stało, choć faul był niebezpieczny, do żadnego uszczerbku na zdrowiu się nie przyczynił. Algierski obrońca zagrał na turnieju cztery mecze w pełnym wymiarze czasowym. Łaska okazana Messiemu mimo jego występku była dla świata cenniejsza niż wymierzenie zasłużonej kary, po której powszechnie odczuwano by smutek i absmak.

Marciniak postąpił zgodnie z duchem gry, któremu się sprzeniewierzył przed kilkunastoma miesiącami, gdy w derbach Madrytu w Lidze Mistrzów zgodnie z regulaminem, ale wbrew logice i sprawiedliwości anulował gola zdobytego z rzutu karnego przez Juliána Alvareza. Miał zatem prawo czuć wyrzuty sumienia wobec reprezentacji Argentyny i… naprawił swoją poprawną decyzję błędem.

W tym paradoksie zawierać się też może tajemnica fenomenalnej formy Messiego, który dostał od Marciniaka „drugie życie” i we wszystkich kolejnych meczach niejako spłacał dług wdzięczności. Jest bowiem wysoce prawdopodobne, że grając przez godzinę w dziesiątkę, Albicelestes nie wygraliby z Algierią, bez Messiego nie daliby sobie rady z Austrią, a wygrana z Jordanią po powrocie lidera mogłaby nie wystarczyć do wyjścia z grupy. A gdyby nawet Argentyna z niej wyszła, to w pierwszych dwóch meczach Messi zdobył pięć goli, dzięki czemu przez całe mistrzostwa świadkowaliśmy fascynującemu pojedynkowi o historyczny prymat w tabeli snajperów, który toczyli Leo i Kylian Mbappé.

Bez tej dramaturgii, bez opowieści o starciu tytanów, idących łeb w łeb po tytuł króla strzelców, bez narracji o pomazańcu bogów, który oszukał czas i w wieku emerytalnym zmierzał ku tytułowi najlepszego gracza turnieju z szansą na Złotą Piłkę, ten mundial nie smakowałby nam tak wspaniale.

W półfinale było już blisko katastrofy. Kiedy Anthony Gordon trafił dla Anglików, zdawało się, że to koniec marzeń Argentyny. Ale Brytyjczycy popełnili strategiczny błąd, ograniczając się do obrony wyniku, cofając głęboko i zachęcając tym samym rywali do nieustannych ataków. Po golu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

VAR kiepski, Niemcy fatalni

Dramaty i sensacje fazy pucharowej mundialu

Era VAR zapowiadała się jako nowy, wspaniały świat futbolu, bez omyłek sędziowskich, korygowanych odtąd przez nieludzko precyzyjne czujniki i oko kamery, któremu miało nic nie umknąć. Ten mundial pokazuje jak żaden inny turniej, że jest dobrze, a nawet beznadziejnie, bo wszystko i tak pozostaje kwestią sędziowskiej interpretacji.

Wiele drużyn zostało już skrzywdzonych przez opaczne odczytanie VAR-owskich powtórek, ale żadna nie przeżyła takiego dramatu jak Chorwaci. Kiedy kolejny z armii żwawych weteranów mundialowych, 37-letni Ivan Perišić zdobył osiem minut po przerwie gola, wydawało się, że dość niemrawa w pierwszej połowie Chorwacja złapie wiatr w żagle i sprawi Portugalczykom psikusa. Ale kilka minut później sędziowie uznali, że należy rozpatrzyć pod kątem ewentualnej jedenastki bardzo niejednoznaczne starcie w polu karnym Chorwatów. I tu jest pies pogrzebany: gremium VAR-owskie, zamiast służyć korekcie ewidentnych przeoczeń i błędów głównego arbitra, stało się dyskusyjnym klubem filmowym, w którym dysponujący ujęciami z kilku kamer panowie szukają dziury w całym i nierzadko przywołują sędziego do nibyfauli, których nawet sami piłkarze nie zauważają. A sędzia, kiedy już pobiega do monitora, pod presją i sugestią swoich wideoasystentów często dostrzega coś, czego nie widać – wpatruje się w stopklatkę na ekranie, przygląda sytuacji w różnych kadrach i szuka nowych sensów niczym Grzegorz Królikiewicz na swoich słynnych zajęciach z analizy filmu w łódzkiej Filmówce. Potem dyktuje karne, które dyplomatycznie nazywane są miękkimi, lecz w istocie mają twarde konsekwencje. Jak ten, wykorzystany przez Cristiana Ronalda, wciąż nienasyconego grą i łasego na gole – chwilę wcześniej minimalnie spalił przy zdobyciu nieuznanej bramki.

Interpretacyjna nadprodukcja rzutów karnych z powodu wydumanych fauli i przypadkowych zagrań ręką jest jednak niczym wobec chwili, gdy człowiek wbrew rozumowi i sprawiedliwości ulega automatycznym werdyktom sztucznej inteligencji. Sędzia tak się głowił nad powtórkami, że mecz przedłużył o 19 minut, a w tej pozaregulaminowej dogrywce najpierw Gonçalo Ramos trafił prawidłowo dla Portugalii, a w ostatnich sekundach doliczonego czasu równie legalnie wyrównał Igor Matanović. Dziki szał radości Chorwatów, którzy urwali się ze stryczka,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Mundial po fazie grupowej

Radości starszych panów

W fazie grupowej zrobił nam się mundial trzeciego wieku, zresztą nie tylko za sprawą piłkarzy. Dzień po dniu padały kolejne rekordy – Dick Advocaat, holenderski szkoleniowiec reprezentacji Curaçao, we wrześniu skończy 79 lat i pozostanie najstarszym trenerem, który kiedykolwiek prowadził drużynę na mundialu. Karaibscy nowicjusze urwali punkt Ekwadorowi i zdobyli gola w meczu z Niemcami, co kibice najmniejszego kraju w historii piłkarskich mistrzostw świata (liczba ludności na poziomie Gliwic) uznali za sukces. W dodatku miłośnicy antylskiego likieru wreszcie nauczyli się poprawnie wymawiać nazwę tego kraju, która ku powszechnemu zaskoczeniu wcale nie rymuje się dokładnie z kakao.

Europejscy trenerzy chętnie przerywają emeryturę dla krajów cokolwiek egzotycznych piłkarsko – Belg Hugo Broos wiosną świętował 74. urodziny i futbol wciąż go bawi, Republika Południowej Afryki pod jego wodzą wyszła z drugiego miejsca w grupie, choć przypisać to należy raczej słabości rywali, zwłaszcza naszych południowych sąsiadów. Starszy od Broosa Miroslav Koubek przywiózł na mundial słabiutką kadrę Czech, która z każdym meczem grała gorzej, by na pożegnanie imprezy przegrać trzema golami z Meksykiem. W Afryce odnalazł się także 73-letni Carlos Queiroz, trenerski obieżyświat z Portugalii, który tuż przed mundialem przejął kadrę Ghany. Afrykanie mogli sprawić największy szpryngiel drugiej serii gier grupowych, ale zostali skrzywdzeni przez sędziego, z Anglią uzyskali zatem tylko niespodziewany remis zamiast sensacyjnego zwycięstwa.

O ile życie selekcjonerskie po siedemdziesiątce ma się całkiem nieźle, o tyle życie piłkarskie po czterdziestce nigdy nie miało się tak dobrze. Na tym mundialu wystąpiło co najmniej siedmiu zawodników urodzonych przed czterema dekadami. Cristiano Ronaldo na tle kiepskich Uzbeków wyglądał całkiem żwawo i został najstarszym w historii autorem mundialowego dubletu. Luka Modrić wychodzi na boisko jako kapitan Chorwatów, Edin Džeko powiódł Bośnię i Hercegowinę do zwycięstwa z Katarem i awansu z grupy, do tego występy zaliczyli aż czterej bramkarze w wieku inżyniera Karwowskiego. Manuel Neuer w bramce niemieckiej, Fernando Muslera jako golkiper Urugwaju, Vozinha między słupkami Republiki Zielonego Przylądka i wreszcie Guillermo Ochoa, któremu trener Meksykanów pozwolił zaliczyć występ na szóstym mundialu.

Wszyscy oni jednak są w cieniu młokosa z Argentyny – Leo Messi jest jak bohater „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”, zamiast się starzeć, młodnieje, właśnie skończył 19 lat, nie żadne tam 39, władował pięć goli w dwóch meczach, a powinien siedem, gdyby lekko nie spalił z Algierią i trafił z jedenastki przeciw Austrii. To,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Piłkarze już nie cierpią, futbol nieco bardziej

Pierwsza seria gier mundialowych

Wszyscy już się pokazali, pierwsza seria gier za nami, mundial wbrew powszechnym obawom wystartował bez przeszkód. Owszem, drużyn jest za dużo, meczów zanadto, ale dzięki temu można sobie w pierwszej fazie sporo odpuścić bez wyrzutów sumienia. Współczuję przyjaciołom mundialomanom, którzy wierni obsesji twardo próbowali oglądać wszystko, a potem snuli się po chodnikach jak nieumarli, z piachem w oczach, drażliwi i półprzytomni, aż w końcu i tak padli podczas któregoś ze spotkań, niekoniecznie tych nocnych.

Przed 12 laty Jerzy Pilch zapytany po brazylijskim mundialu, czy widział wszystkie mecze, odpowiedział: „Nie widziałem drugiej połowy Honduras-Ekwador i do tej pory sobą gardzę”. Ja sobą gardzę za to, że zmuszałem się do zarywania nocy, by oglądać np. futbol specjalnej troski reprezentantów grupy A, gdzie mierzą się wyłącznie mierni z kiepskimi. Co wniosły kraje z federacji, którym pomnożono liczbę miejsc? Niewiele, wciąż to Europa trzyma się świetnie i pomimo gry w innej strefie czasowej, tudzież klimacie zgoła nieumiarkowanym, powiększa swoją przewagę nad resztą świata.

W najlepszym meczu pierwszej fazy turnieju zmierzyły się Anglia z Chorwacją. Pomimo falstartu Modricia (niebezpieczna strata i sprokurowanie karnego już na początku) Chorwacja pokazała świetny futbol i długo stawiała opór piekielnie mocnym Anglikom. Jedni i drudzy nie mają prawa nie wyjść z grupy, zwłaszcza po tym, co pokazali ich rywale w jednym z najsłabszych meczów mundialu – tu było widać najdobitniej różnicę poziomów i kultury piłkarskiej: Ghana z Panamą uprawiały kopaninę, Europejczycy sztukę futbolu.

Akurat w tym pokazie europejskiej fantazji miała miejsce bodaj największa dotąd kontrowersja sędziowska. Dominik Livaković obronił jedenastkę Harry’ego Kane’a, ale sędzia nakazał powtórkę, bo Chorwat jakoby za wcześnie wyszedł z bramki. Jeśli Livaković faktycznie oderwał się od linii, to niedostrzegalnie dla ludzkiego oka; takie aptekarstwo zalatuje sędziowską stronniczością. Skądinąd jako kibic reprezentacji Polski powinienem tę sprawę zmilczeć, wszak Robert Lewandowski dwukrotnie na ostatnich mistrzostwach świata i Europy trafiał z karnych przeciw Francji właśnie dzięki temu, że w podobnych okolicznościach dostawał od sędziów po dwie szanse.

Największe gwiazdy współczesnej piłki już na dzień dobry potwierdziły swoje aspiracje: Mbappé, Kane, Haaland, Vinícius – walka o Złotą Piłkę nabrała rozpędu, ale możliwy jest arcyszpryngiel, bo ich wszystkich może pogodzić stary Leo Messi.

Kto powiedział „Czasu nie oszukasz”? Bzdura – nie tylko możesz go oszukać, ale i okiwać, przedryblować, ośmieszyć, a potem ukłonić się przed rozentuzjazmowanym tłumem i zejść nieśpiesznie z boiska przy standing ovation. To się nie śniło, choć się zdarzyło w środku europejskiej nocy: Messi-Messi-Messi, po trzykroć, a mogło być po czterokroć, tylko odrobinkę spalił na dzień dobry. To więcej niż celebra zwycięstwa mistrzów świata nad przeciętną Algierią, to fiesta triumfu człowieka w starciu z przemijaniem.

Lionel Messi w jednym meczu pobił wszelkie rekordy – jako pierwszy w historii zagrał na szóstym mundialu i już dogonił Miroslava Klosego na szczycie rankingu mundialowych snajperów wszech czasów. Hat trick na mundialu tydzień przed 39. urodzinami – i to nie po wejściu z ławki, dostawieniu nogi, karnym czy jakimś farfoclu wpuszczonym przez nieudacznego bramkarza, tylko piękny, tłuściutki hat triczek po kropnięciach z dystansu i błyskawicznym starcie do dobitki. Messi w tym meczu szalał jak nastolatek,v

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Klimat i logistyka – niedoceniani przeciwnicy faworytów podczas nadchodzącego turnieju

Artykuł sponsorowany Wielkie turnieje piłkarskie od zawsze weryfikowały nie tylko czysto sportowe umiejętności zawodników, ale również ich przygotowanie motoryczne i odporność psychiczną. Nadchodzący czempionat wynosi jednak poprzeczkę na zupełnie nowy, niespotykany dotąd poziom. Po raz pierwszy w historii

Świat

22 piłkarzy, a wokół pustka

Mundial wzbudza olbrzymie zainteresowanie, choć ze sportem ma niewiele wspólnego

Pod wieloma względami będzie to po prostu kulminacja procesów, które w futbolu zachodzą od dekad. Po pierwsze, kalendarz rozciągnięty do granic fizycznych możliwości zawodników. W tym roku po raz pierwszy w historii turnieju zagrają aż 64 drużyny, dwa razy więcej niż dotychczas. To oznacza nie tylko więcej meczów, ale także obciążenia wynikające z nieustannych podróży. A będą one częste i uciążliwe, bo tegoroczny mundial będzie też pierwszym rozgrywanym jednocześnie w trzech krajach: Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Meksyku. To już nie będą krótkie loty czarterowe albo przejazdy autobusem z jednego do drugiego miasta we Francji, we Włoszech czy w Niemczech. Raczej podróże o skali kontynentalnej, bo mundialowa mapa obejmuje cały kontynent.

A że już teraz, w czasie sezonu klubowego, trwającego w Europie od sierpnia do połowy maja, piłkarze są ogromnie obciążeni, tego, co czeka ich latem, nie powinien zazdrościć nikt. Nawet pamiętając o wielomilionowych apanażach.

Ma być po amerykańsku

Jeszcze kilkanaście lat temu, uśredniając, najlepsi piłkarze na świecie grali w sezonie maksymalnie 50 spotkań, a i to przy założeniu, że nie są kontuzjowani, nie unikają powołań do kadry, a trenerzy nie dają im ani razu odpocząć. Rytm był zresztą dość przewidywalny. Co weekend mecze w lidze krajowej – bywało ich nieco ponad 30. Najskuteczniejsze drużyny dokładały do tego śródtygodniowe mecze w europejskich pucharach, ale przecież mało kto dochodzi w nich do samego końca, więc nawet najlepsi dorzucali może 10 meczów z tej puli. Do tego kilka występów w reprezentacji i można jechać na wakacje.

Teraz ligi europejskie są większe, formaty pucharów na kontynencie zostały analogicznie do mundialu rozciągnięte, stworzono nowe rozgrywki międzypaństwowe w stylu europejskiej Ligi Narodów. W rezultacie liderzy zespołów grają już regularnie po 65-70 meczów w jednym kilkumiesięcznym cyklu.

Laikom niezaznajomionym z dynamiką i logistyką tego sportu może to się wydać nic nieznaczącym szczegółem, ale oznacza doprowadzenie organizmu na skraj wydolności. Zawodowi piłkarze najwyższego szczebla przebiegają w ciągu 90 minut 8-10 km. Po meczu, kończącym się z reguły późno wieczorem, muszą przejść regenerację i albo wrócić do domu, albo pakować się do samolotu powrotnego, często lecącego do innej strefy czasowej. W przypadku amerykańskiego mundialu będzie to jeszcze inny klimat. Mecze odbędą się w miejscach tak skrajnie różnych jak kanadyjskie Vancouver, Miami na Florydzie czy meksykańska Guadalajara. Następnego dnia czeka ich trening, zapewne więcej niż jeden w ciągu doby.

Biorąc pod uwagę obciążenia, zaburzenia snu, reakcję na zmiany klimatu i odkładające się w nogach zmęczenie z sezonu z 60 meczami granymi co trzy dni, łatwo się domyślić, że wygra ten, kto będzie miał najszerszą kadrę i najmniej kontuzjowanych zawodników. Pedri, gwiazda dzisiejszej FC Barcelony i reprezentacji Hiszpanii, w sezonie 2020-2021 zagrał aż 73 mecze pomiędzy klubem, reprezentacją i kadrą olimpijską. Tylko po to, żeby po paryskich igrzyskach natychmiast rozpocząć kolejny sezon. Nikogo nie powinien więc dziwić fakt, że od czasu ukończenia tego maratonu piłkarz odniósł do dziś aż 12 kontuzji mięśniowych, czyli wynikających głównie z przeciążenia konkretnych partii organizmu.

Powód tego absurdalnego rozdmuchania piłkarskich turniejów jest banalny. Więcej drużyn to więcej meczów i więcej transmisji, ergo większy zysk ze sprzedaży praw telewizyjnych. Co prawda, prezes FIFA, Włoch Gianni Infantino z lubością opowiada historyjki „o powiększaniu globalnej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Wojna futbolowa

Czy Iran zagra na mundialu?

Trump jest maniakiem, coraz wyraźniej daje o tym znać, ostatnio przypisuje sobie mesjańskie moce, prowokuje świat chrześcijański świętokradczymi obrazkami, ma się za Zbawiciela i może nawet w przeciwieństwie do swoich wyznawców dobrze zdaje sobie sprawę (jeśli jeszcze z czegokolwiek ją sobie zdaje), że jedyne zbawienie, jakie jest zdolny światu przynieść, to Sąd Ostateczny przyśpieszony za pomocą kodów atomowych. Aż się rwie do tego, by ich użyć – ma już swoje lata i demencję na karku, została mu połowa kadencji do tego, by wejść w boskie kompetencje; skoro Bóg świat stworzył, to on, pomarańczowe wcielenie Stwórcy, może go unicestwić.

Obecny prezydent USA tym samym przegadałby Boga, wszak ważne jest, kto ma ostatnie zdanie. Na razie nieliczni najwyżsi stopniem wojskowi robią wszystko, żeby tego szaleńca powstrzymać przed „całkowitym zniszczeniem cywilizacji” perskiej (to słowa Trumpa) lub cofnięciem Iranu do epoki kamiennej. Potrzeba spuszczenia bomby atomowej na Teheran jest zarówno u Trumpa, jak i Netanjahu przemożna, zwłaszcza że „Epicka Furia” okazała się kolejnym nieudanym blitzkriegiem. Ilekroć jakiś imperator w ostatnich latach zwiastuje błyskawiczne zwycięstwo, tylekroć okazuje się ono oddalać w czasie i rozwlekać na lata bezsensownej wojny.

Od kiedy Rosja napadła na Ukrainę, została wykluczona z rozgrywek sportowych, są niechlubne wyjątki, ale w przypadku najważniejszych imprez sportowych, czyli mistrzostw piłkarskich, igrzysk olimpijskich, być ich nie może. Przypomnę na marginesie, że m.in. temu zawdzięczamy udział w katarskim mundialu, bo mecz barażowy w Rosji wygraliśmy walkowerem. Tej logiki, że najeźdźca, który gwałci prawo międzynarodowe i napada na niepodległe państwo, musi zostać wykluczony z międzynarodowej zabawy świata pokoju, jaką jest sport, nikt nie podważał. Dopóki nie okazało się, że Izrael, państwo dokonujące ludobójstwa w odwecie za zamach terrorystyczny, może wysyłać swoich sportowców, gdzie chce. Na szczęście piłkarzy ma tak nieudacznych, że sami się eliminują z rozgrywek, więc nie ma problemu – bilety na mundial przegrali w starciach z Włochami i Norwegią.

Od kiedy jednak USA dokonały napaści na Iran, a wcześniej wycieczki zbrojnej w Wenezueli, problem jest podwójny. Po pierwsze, Gianni Infantino, przewodniczący FIFA, jest sprzedajnym lizusem Trumpa, więc nawet mu się nie śniło, aby na gospodarzy najbliższego mundialu nałożyć jakieś sankcje, nie mówiąc o wykluczeniu. Po drugie, do mistrzostw świata zakwalifikowała się reprezentacja Iranu i jak dotąd, pomimo nacisków i skandalicznych sugestii zewnętrznych, nie zamierza z imprezy się wycofać. Wykluczyć jej dyscyplinarnie nie można, to byłoby jednak zbyt grube nadużycie, w końcu nie Iran jest agresorem w tym konflikcie. Bez względu na to, czy rządy ajatollahów komuś się podobają, czy nie, Iran jest obiektem napaści zbrojnej i karać go za to nie można – równie dobrze, a raczej równie źle, można by wtedy przywrócić do rozgrywek Rosjan kosztem Ukraińców.

Trump szantażuje oficjalnie Irańczyków, że co prawda ich drużynę wpuści, ale nie będzie mógł zagwarantować jej bezpieczeństwa, poza tym kibiców już wpuszczać nie zamierza, a i członków sztabu szkoleniowego, działaczy oraz dziennikarzy może zawrócić z lotniska, jeśli zostaną uznani za indywidua podejrzane o terroryzm. Iran wystosował prośbę o przeniesienie swoich meczów na terytorium współgospodarza mistrzostw, czyli do Meksyku, ale spotkał się z odmową. Czyli obecnie sytuacja ma się tak: możecie przyjechać sobie pokopać, ale atmosfera jest,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Simeone kocha Griezmanna

Katalońsko-hiszpańska wiosna w pucharach

Miewało się gorsze kace niż ten po odpadnięciu Polaków w mundialowych kwalifikacjach. Nie ma wyniku, ale wydaje się, że jest drużyna; czas szybko mija, powetujemy sobie jeszcze tę klęskę.

A tak po prawdzie bardziej trefnego mundialu dotąd w historii nie było. Niech sobie tam grają drużyny karaibskie z arabskimi, niech sobie o trzeciej nad ranem Wyspy Zielonego Przylądka ganiają po boisku za Arabią Saudyjską – nikt mnie nie przekona, że to będzie poważny futbol, nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się w Europie budził w środku nocy na takie piłkarskie cymesy. Jakkolwiek by się Infantino napinał, żeby pod pozorem inkluzywności zrobić jeszcze większy skok na kasę, rzeczy istotne dla piłki nożnej wciąż dzieją się na Starym Kontynencie i niechaj tak pozostanie, póki nam życia starcza.

Ta wiosna w klubowej Europie stoi pod znakiem zastępczego El Clásico, czyli serii potyczek Atlético Madryt z Barceloną. W ciągu ostatnich 10 dni mieliśmy do czynienia z hiszpańsko-katalońskim tryptykiem, przed miesiącem zaś obie ekipy spotkały się dwukrotnie w Pucharze Króla. Już tamte mecze pokazały, że gra będzie bardzo wyrównana. Atlético po koncertowej grze u siebie zaskakująco łatwo poradziło sobie z Barcą 4:0, by w rewanżu do końca drżeć o wynik (udało się przegrać tylko 0:3).

W La Liga przed tygodniem Barca przepchała zwycięstwo barkiem Roberta Lewandowskiego, który zdobył bodaj najbrzydszą bramkę w swojej karierze, ale dowiódł, że dojrzały napastnik nie musi szukać piłki, ona go znajduje sama, wystarczy, że nadstawi bark, a piłka się od niego odbija i trafia do siatki. Lepiej mądrze stać, niż głupio biegać – to jedna z moich ulubionych futbolowych prawd.

Na marginesie, cieszy mnie forma weteranów, bo jestem już po drugiej stronie smugi cienia. Fakt, że prawdopodobnie znowu sztandarową parą naszych napastników będą Milik i Lewandowski, ma na mnie działanie kojące.

Arkadiusz Milik, jak przystało na okres wielkanocny, zmartwychwstał po kontuzji i nieprawdopodobnie długiej rekonwalescencji, dostaje w Juventusie kolejne minuty i znowu pokazuje swoje najlepsze cechy: pewność siebie, nienaganną technikę, finezję i bezczelność. Na razie jeszcze nie trafia, chociaż jest coraz bliżej – z Sassuolo świetnie uderzył głową, z Genoą kropnął z połowy boiska tuż pod spojenie, bramkarz piłkę ledwie sparował. Nie tylko statystyki czynią Panem Piłkarzem, czasem dość spojrzeć na to,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.