Chociaż polski arbiter Szymon Marciniak posędziował tylko dwukrotnie w fazie grupowej, miał największy wpływ na mundialowy bieg rzeczy. To dzięki Polakowi 39-letni Leo Messi mógł w ciągu minionych pięciu tygodni pobijać mundialowe rekordy wszech czasów, wprawiając w osłupienie piłkarski świat, i własnonożnie dociągnąć reprezentację Argentyny do finału. W 31. minucie pierwszego meczu Argentyny Messi z premedytacją sfaulował Algierczyka Aïssę Mandiego, wyprostowaną nogą następując rywalowi na łydkę i ścięgno Achillesa. Wnikliwie i wielokrotnie przyglądałem się tej sytuacji w powtórkach i nijak nie znajduję usprawiedliwienia, nie ma tu mowy o przypadku, był to atak pomroczności wśród wyładowań piłkarskiego geniuszu. Dla mnie bezsporna czerwona kartka. Marciniak nie pokazał nawet żółtej.
Wielkość tego arbitra, być może najlepszego w dziejach futbolu, należy zatem oceniać nie tylko po jego wieloletniej karierze, w której jak nikt inny nauczył się zarządzać meczem i kontrolować piłkarzy w spotkaniach wysokiego napięcia, nie tylko po jego bezbłędnym rozpoznawaniu sytuacji, ale także po konsekwencjach omyłek. Szczególnie zaś tej jednej błędnej decyzji, która ocaliła futbol. Algierczykowi wszak nic się nie stało, choć faul był niebezpieczny, do żadnego uszczerbku na zdrowiu się nie przyczynił. Algierski obrońca zagrał na turnieju cztery mecze w pełnym wymiarze czasowym. Łaska okazana Messiemu mimo jego występku była dla świata cenniejsza niż wymierzenie zasłużonej kary, po której powszechnie odczuwano by smutek i absmak.
Marciniak postąpił zgodnie z duchem gry, któremu się sprzeniewierzył przed kilkunastoma miesiącami, gdy w derbach Madrytu w Lidze Mistrzów zgodnie z regulaminem, ale wbrew logice i sprawiedliwości anulował gola zdobytego z rzutu karnego przez Juliána Alvareza. Miał zatem prawo czuć wyrzuty sumienia wobec reprezentacji Argentyny i… naprawił swoją poprawną decyzję błędem.
W tym paradoksie zawierać się też może tajemnica fenomenalnej formy Messiego, który dostał od Marciniaka „drugie życie” i we wszystkich kolejnych meczach niejako spłacał dług wdzięczności. Jest bowiem wysoce prawdopodobne, że grając przez godzinę w dziesiątkę, Albicelestes nie wygraliby z Algierią, bez Messiego nie daliby sobie rady z Austrią, a wygrana z Jordanią po powrocie lidera mogłaby nie wystarczyć do wyjścia z grupy. A gdyby nawet Argentyna z niej wyszła, to w pierwszych dwóch meczach Messi zdobył pięć goli, dzięki czemu przez całe mistrzostwa świadkowaliśmy fascynującemu pojedynkowi o historyczny prymat w tabeli snajperów, który toczyli Leo i Kylian Mbappé.
Bez tej dramaturgii, bez opowieści o starciu tytanów, idących łeb w łeb po tytuł króla strzelców, bez narracji o pomazańcu bogów, który oszukał czas i w wieku emerytalnym zmierzał ku tytułowi najlepszego gracza turnieju z szansą na Złotą Piłkę, ten mundial nie smakowałby nam tak wspaniale.
W półfinale było już blisko katastrofy. Kiedy Anthony Gordon trafił dla Anglików, zdawało się, że to koniec marzeń Argentyny. Ale Brytyjczycy popełnili strategiczny błąd, ograniczając się do obrony wyniku, cofając głęboko i zachęcając tym samym rywali do nieustannych ataków. Po golu









