Wpisy od Wojciech Kuczok
Bawarskie arcydzieło
Fantastyczne ćwierćfinały Ligi Mistrzów
Dla takich widowisk stworzono Champions League. Znam fanatycznych przeciwników wielkich pieniędzy w wielkiej piłce, którzy namiętnie podróżują na boiska A-klasowe, aby do swojej korony stadionów świata dołączać obiekty małe i najmniejsze. Ogłaszają w mediach społecznościowych swoją obecność na derbach LZS Kogutkowo Dolne z Kurnikiem Kogutkowo Wyżne, a oficjalnie bojkotują Ligę Mistrzów, bo to dla nich rozgrywki bez duszy, sprzedanej za hajs. Współczułbym im, gdybym im wierzył – prawdziwy kibic poczuje bowiem zapach futbolowego arcydzieła nawet przez wyłączony telewizor, nawet gdyby zablokował we wtorkowe i środowe wieczory telefon, żeby go nie nękano wiadomościami o tym, co właśnie traci. Można się zżymać na horrendalną komercjalizację sportu, można być szalikowcem ruchu AMF (Against Modern Football), ale nawet najbardziej zbuntowany miłośnik piłki nożnej musi ulec sile meczu doskonałego, choćby go śledził kątem oka, z udawanym obrzydzeniem.
Takim dziełem sztuki futbolu było rewanżowe spotkanie Bayernu z Realem, zwłaszcza pierwsza jego połowa, po której obie drużyny wyszły na drugą jakby nieco oszołomione tym, czego dokonały. Doskonałość nie wynika z bezbłędności, nie jest li tylko półtoragodzinnym pokazem fajerwerków, to byłoby nudne, choć taki piłkarski wrestling też jest w cenie (w weekend zabieram synka na Stadion Śląski, żeby na własne oczy zobaczył żywe legendy, takie jak Ronaldinho, Totti, Davids i Saviola – przednia zabawa dla oldboyów, a dla dzieciaków okazja zobaczenia mistrzów, którymi jarali się ich rodzice).
Na mecz doskonały w moim przekonaniu składa się kilka czynników niezbędnych: oprócz najwyższych umiejętności obu drużyn i liczby goli majstersztyków kluczowe są stawka i dramaturgia. Owóż, w Monachium stanęli naprzeciw siebie klubowi giganci, nastrzelali siedem bramek w ćwierćfinale najważniejszego pucharu Europy, każda zmiana wyniku oznaczała także zmianę w kwestii awansu, w dodatku języczkiem u wagi okazały się kardynalne błędy – czynnik ludzki, niedoskonałość, rysa na wizerunku tytana, a w przypadku pomyłki sędziowskiej goryczkowy posmak niesprawiedliwości.
Ktoś przecież ostatecznie musi przegrać, a
Opisy przyrody
W zbiorze esejów, a raczej wykładów literaturoznawczych Jamesa Wooda, wydanym niedawno przez Ossolineum w przekładzie Magdy Heydel i jej studentek, autor tłumaczy żarliwie tytułową kwestię „Jak działa literatura”. Czyni to z perspektywy analitycznej, teoretycznej, nie jest to na szczęście podręcznik dla początkujących pisarzy, choć chwilami Woodowi trudno ukryć, że uważa książki za mądrzejsze od ich autorów, ba – wnikliwą lekturę zdaje się mieć za umiejętność rzędu wyższego niż władanie piórem.
Przypominają mi się warsztaty translatorskie z udziałem Magdy, w których miałem uczestniczyć jako autor powieści branej na warsztat przez tłumaczy, ale już na pierwszym spotkaniu z młodzieżą akademicką nie byłem w stanie odpowiedzieć na jej dociekliwe pytania, np. komu narrator opowiada swoją historię. Kiedy tłumaczyłem, że nigdym się nad tym nie zastanawiał, bo pisząc, kieruję się intuicją, nie byli nasyceni. Ja nawet nie wiedziałem, co mam zamiar napisać, pisałem, żeby się dowiedzieć, co też takiego się wydarzy w świecie moich bohaterów. Uznaliśmy zatem polubownie, że autor jest trzeciorzędnym kontekstem dzieła literackiego i spokojnie można bez jego udziału w zajęciach się obejść.
Cała nauka o literaturze stoi na fundamentalnym,
Pikująca Szozda
Przez Wiedeń nie godzi się przejeżdżać, w Wiedniu należy się zatrzymać. Antek początkowo marudzi, każe przysiąc, że „nie będzie żadnego zwiedzania”, tylko od razu na sznycel, ale drogę do sznycla wyznaczamy tak zmyślnie, żeby wiodła obok Muzeum Leopoldów, gdzie wielkie banery zachęcają do odwiedzenia wystawy Gustave’a Courbeta.
Antek staje jak wryty przed wielkoformatowym „Pochodzeniem świata”, patrzy z niedowierzaniem to na mnie, to na obraz i choć nie jest wychowywany w pruderii, a rodziców paradujących po domu na golasa widywał nierzadko, zdaje się skonsternowany, ale i zaintrygowany bujnie owłosioną waginą. Próbuje dać odpowiednie rzeczy słowo w obecności wujostwa, zachęcam go, żeby się nie bał, odzywa się więc: „Czy to jest ce-i-pe-a?”. Odpowiadam, że w rzeczy samej, jeśli chce, może zobaczyć oryginał, jeśli zgodzi się na niedługie zwiedzanko.
„To jeden z najsłynniejszych obrazów w dziejach”, dopowiadam, potem tłumaczę pokrótce, jak zmienił się świat, od kiedy kolejni czcigodni właściciele tego płótna, najpierw Goncourt, potem Lacan, nawet w prywatnych kolekcjach zamawiali u artystów specjalne kamuflaże (Lacanowi André Masson wypichcił surrealną, nowoczesną karykaturę aktu, ale Goncourt trzymał wizerunek owłosionej waginy pod przykrywką przedstawiającą kościółek w zimowej szacie – to dopiero psychoanalityczny szpryngiel).
„Realista i buntownik” – takim tytułem kuratorzy opatrzyli wielką, monograficzną ekspozycję francuskiego malarza, przy czym wabią skandalem, rzeczonym buntem, ale w muzeum widzimy nade wszystko realistyczne obrazy syna swojej epoki: landszafty, sceny z polowań, mariny (te najlepsze,
Wiosenny porządek
Przed czterema laty Antek po raz pierwszy założył narty; dzisiaj, w 11. roku życia, jeździ lepiej niż większość dorosłych – to skutek matczynych inwestycji podczas rozmaitych zimowych ferii, kiedy go pakowała do szkółek dziecięcych, by pod okiem instruktorskim mógł bezpiecznie baraszkować na stoku. Z tych baraszków niepostrzeżenie wyrósł demon szusujący z taką prędkością i techniką, że dogonić go nie sposób. Właśnie jesteśmy w Awlpach Karnickich, bo po sezonie taniej, w Wielkim Tygodniu najpuściej, a z początkiem kwietnia najprzyjemniej, wszak na dole wiosna, a u góry zima, można sobie zmieniać pory roku w ciągu dnia.
W Polsce jeździć na nartach się boję, bo na stokach ciasno, a rodzimi narciarze są jak polscy kierowcy, odczuwają samczy imperatyw dominacji, to żadna przyjemność jeździć z duszą na ramieniu i lękiem, że zaraz ktoś większy i szybszy właduje się we mnie, połamie mi żebra i jeszcze opier… że mu zajechałem drogę.
Im jestem starszy, tym lepiej czuję się w krajach germańskich, gdzie hasło ordnug muss sein, irytujące dla młodych rogatych dusz, przynosi jednak dużą ulgę, kiedy człowiekowi z wiekiem opóźnia się czas reakcji na niespodziewany atak licha. Ten germański porządek, który za młodu wyszydzałem, a nawet kojarzyłem go z odcieniem brunatnym, teraz pojmuję jako wyższy stopień rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i szczerze go zazdroszczę, bo w Polsce naród nad społeczeństwo się wynosi na ołtarze. Nie ma takiej umowy społecznej, która przetrwałaby napór narodu, powiem nawet, że obecne przepołowienie Polski to podział na tych, co to odczuwają dumę z bycia Polakiem, i tych, którzy czują odpowiedzialność za bycie obywatelem Rzeczypospolitej. Germanofobia,
Zawiodła defensywa
Polska nie pojedzie na mundial
Ciśnie się na usta parafrazowanko piłkarskich porzekadeł, np.: futbol to taka gra, w której 22 facetów biega po boisku, a na końcu i tak przegrywają Polacy. Przypomnę, że w oryginalnej wersji Gary’ego Linekera, jednego z wielu katów naszej reprezentacji, chodziło o to, że na końcu zawsze wygrywają Niemcy. Oni nauczyli się przegrywać także w końcówkach, my nie nauczyliśmy się grać. A konkretnie wygrywać ważnych spotkań z drużynami, które „nam nie leżą”, najściślej zaś ze Szwecją na wyjeździe.
Skoro ostatni raz wygraliśmy w Kraju Trzech Koron, kiedy mojej świętej pamięci mamusi nie było jeszcze na świecie, zwycięstwo w Sztokholmie miałoby wymiar absolutnie rewolucyjny, przełomowy, bez względu na obecną formę gospodarzy byłoby odczynieniem klątwy, poczyniłoby radykalne zmiany w naszej piłkarskiej samoświadomości. Ale spokojnie, rewolucji nie będzie. Przegraliśmy jak zawsze, jedyną niewiadomą pozostanie fakt, czy aby na pewno „graliśmy jak nigdy”, bo tak twierdzi większość obserwatorów, nawet tych zwykle powściągliwych.
Ja tam, choć dziedzicznie obciążony alzheimerem, nie muszę sięgać pamięcią daleko – widziałem już ten wtorkowy mecz przed pięcioma laty. W spotkaniu o wyjście z grupy na pocovidowym Euro, trenowani przez pięknisia Sousę, pierwsi traciliśmy gole, wyciągnęliśmy na 2:2 i dostaliśmy decydującego gonga w samej końcówce. Procentowe posiadanie piłki? Wtedy 59:41 dla nas, teraz 64:36. Celne strzały? Wtedy 6:4 dla Polski, teraz 7:5. W obu przypadkach mieliśmy do czynienia z tzw. pięknymi porażkami, w których podniecaliśmy się faktem, że Polska prowadziła grę, ośmielała się uprawiać atak pozycyjny zamiast taktyki „laga na Robercika”, wdała się w wymianę ciosów jak równy z równym. W obu przypadkach kluczowe frazy komentatorów brzmią bliźniaczo podobnie: „Szwedzi byli do ogrania”, „Byliśmy lepsi”, tudzież „Było blisko, ale zostaliśmy skarceni”.
To ostatnie stwierdzenie wiele wyjaśnia: karci się dzieciaki, które zanadto brykają. Polska przegrała mecz z drużyną dojrzalszą, która skupiła się na konkretach; dali nam poszaleć, poszumieć, pohasać, ale w odpowiednim momencie to oni zadali cios nokautujący. Nie po rozpaczliwej kontrze, lecz
Po Albanii, przed Szwecją
Polska gra baraże o mundial
Jako odwieczny malkontent i katastrofista przymuszę się do rozpoczęcia relacji z meczu Polska-Albania od tzw. pozytywów.
Po pierwsze, rezydent Batyr ze strachu przed wygwizdaniem poprosił, aby go nie anonsowano na Stadionie Narodowym. Od kiedy zawetował nowelizację Kodeksu karnego, brać kibolska jęła mu dawać do zrozumienia, że czas jasnogórskich przytulasków się skończył – wolał więc wejść do loży chyłkiem. Za to po meczu darował sobie dyskrecję i wparował do szatni, aby gardłować wespół ze zwycięzcami. Złośliwi twierdzą, że był tam także w przerwie, a przemiana naszej drużyny w drugiej połowie to wynik polecenia: „Niech się panowie piłkarze ogarną, niech słuchają, co mówi prezydent Polski!”.
Po drugie, a nawet pierwsze, Polska wygrała mecz bez pomocy dogrywki i karnych. Jan Urban pozostaje selekcjonerem niepokonanym, z imponującym bilansem pięciu zwycięstw i dwóch remisów wywalczonych z potężną Holandią.
Po trzecie, po raz pierwszy od 2007 r. Polacy potrafili odwrócić losy meczu eliminacyjnego. W ogóle zdarza nam się to nadspodziewanie rzadko, skrzydlatą frazą polskiej piłki jest tłumaczenie: „Przegraliśmy, bo się mecz nie ułożył”. Nasi zawodnicy tracąc gola przez dekady całe, tracili też rezon i wiarę w powodzenie swojej misji. Wygrać, kiedy się przegrywało, to jest sztuka cechująca dojrzałe drużyny. W czwartek z tarapatów wydobyli nas weterani, odpowiedzialność spadła na ich barki i nie zawiedli.
Po czwarte, strzeliliśmy Albanii dwa gole, w ostatnich latach nikt im nie potrafił wbić więcej, w całych eliminacjach stracili pięć bramek, ich defensywę rozmontować jest nadzwyczaj trudno, to drużyna, która lubi i umie bronić, zwłaszcza kiedy ma czego. Dlatego po przerwie mogły nas uratować stałe fragmenty gry i strzały z dystansu – to się udało, tak właśnie odebraliśmy Albanii awans.
Po piąte, Kamil Grabara nie zawiódł w bramce – przy straconym golu nie faulował (byłaby czerwona, karny i klops, obstawiam, że Szczęsny by w tej sytuacji wyleciał z boiska), a setkę przy stanie 1:1 genialnie wybronił, ratując wynik. Robert Lewandowski strzelił 89. gola w kadrze. Pierwszy raz trafił we wrześniu 2008 r., kiedy czwartkowy debiutant Oskar Pietuszewski miał cztery miesiące i raczkował po dywanie. Wyczekiwany debiut nastolatka z FC Porto należy uznać za udany, Pietuszewski potwierdził swoje walory motoryczne i techniczne – bywa pochopny i zalicza irytujące straty, ale jest szybki, zarabia kartki dla rywali, którzy go faulują, taki gracz nam będzie potrzebny w Sztokholmie.
Po ostatnie, wygraliśmy pomimo nieobecności jednej z trzech największych gwiazd. W kolejnym meczu Nicola Zalewski wróci do składu i na pewno da jakość.
I to mniej więcej tyle radości, czas na smutki. Kibice reprezentację zaczęli dopingować dopiero gdzieś po godzinie, a i tak najgłośniejsi byli, kiedy chamsko gwizdali podczas hymnu Albanii. Piłkarze dopuścili rywali do trzech stuprocentowych sytuacji. Nie byliśmy gorsi, ale powinniśmy ten mecz przegrać. Każda okazja Albanii była wynikiem katastrofalnej postawy naszych obrońców i ich niewymuszonych błędów. Przy straconym golu Jan Bednarek popełnił szkolny kiks wskutek podjęcia złej decyzji – próbował przyjmować piłkę w powietrzu na „saperskiej” pozycji,
Epidemia wrogości
Człowiek przecież wie, że jak będzie żarł za dużo i pił szkodliwie, wątroba mu się stłuści, brzuch urośnie, potencja spadnie, ryzyko śmiertelnych chorób wzrośnie. A jednak patrzy na ten swój bebzun każdego dnia i wciąż żywi przekonanie, że śmierć to inni, obiecuje sobie, że w razie czego, jak już będzie naprawdę źle, weźmie się za siebie. Nie widzi durny, że przecież już jest źle, już jest chodzącą bombą, która w każdej chwili może eksplodować. Diagnoza raka, wylew albo zawał już mu wiszą u pasa, już przycupnęły obok duszy na ramieniu, a mimo to żre i chleje dalej, bo – jak to mówią fachowcy – człowiek musi osiągnąć swoje dno, żeby się wyrwał ze złych nawyków lub co gorsza ze szponów nałogu.
Tak też postrzegam dzisiaj ludzkość nabrzmiałą od nienawiści, skorą do tego, by powierzyć władzę ekstremistom, dającą codzienny upust jadowi w sieci, nabuzowaną i podminowaną jak Nawrocki po konferencji w Przemyślu – ludzie na siebie szczują i plują na porządku dziennym i myślą, że w razie czego jakoś to się rozejdzie po kościach, że oberwie się komu innemu. Co tam wojna jedna z drugą, ciągle przecież są jakieś wojny, ciągle gdzieś tam się przesuwa front, ale jakoś to od 80 lat szczęśliwie się nie rozlewa na cały świat, a nawet gdyby się rozlało, to przecież dziadowie nasi wojnę przeżyli, niektórzy to nawet i dwie, wojna to nie koniec świata, ludzie czasem muszą dać sobie po mordzie, poczyta się o tym w gazetach, poogląda w telewizji, może nawet gdzieś ktoś znajomy kogoś straci w jakiejś bitwie,
Sprawni po szkodzie
Niespełnione „remontady” polskich klubów w Europie
Ekipy Lecha i Rakowa skutecznie odrabiały straty w meczach rewanżowych Ligi Konferencji – do czasu. W obu przypadkach zabrakło happy endu: Szachtarowi pomogło szczęście, Fiorentina w krytycznym momencie po prostu przestała się oszczędzać. Wybrałem się do Sosnowca na mecz częstochowsko-florencki; nowoczesny stadion ArcelorMittal Park jest areną poważnych wydarzeń piłkarskich od wielkiego dzwonu, albowiem tutejsze Zagłębie gra tragicznie i lada moment może się osunąć poza centralny poziom rozgrywek. Taksówkarze nie przywykli do wokółstadionowych korków, klęli zatem na czym świat stoi, przyjmując kursy, bo stadion tym razem wypełnił się po brzegi.
Fiorentina przyjechała do Sosnowca opromieniona wyjazdowym zwycięstwem nad Cremonese, bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie w Serie A – jest wreszcie kilka punktów nad kreską. Trener Paolo Vanoli przybył do Florencji w listopadzie w roli „strażaka” – miał ugasić pożar i wyprowadzić Fiorentinę ze strefy spadkowej po katastrofalnym początku rozgrywek. Najpewniej mu się uda. To coach o cholerycznym usposobieniu, wcielenie włoskiego temperamentu: obserwowałem z rozbawieniem, jak wrzeszczy przez cały mecz na swoich podopiecznych, teatralnie gestykuluje, po każdym nieudanym zagraniu Florentczyków rwie włosy z głowy przy akompaniamencie mammamii, santamadonn i porkamizerii, ale też sprawiedliwie bije brawo po akcjach fortunnych.
Najgorętsze oklaski Fioletowi otrzymali za reakcję na utratę bramki tuż po przerwie (plasowany strzał Karola Struskiego w krótki róg). Po prostu włączyli czwarty bieg, całkowicie przejęli inicjatywę i nie odpuścili, dopóki nie udało im się wyrównać, skądinąd po fantastycznej zespołowej akcji rozpoczętej błyskotliwym rajdem Fabiana Parisiego. I cóż, że ostatecznie pomógł im rykoszet po strzale Ndoura, skoro bramka i tak wisiała w powietrzu. Fiorentina, by tak rzec kolokwialnie, bez problemu rozpykała Raków.
Raków miał jeszcze kilka okazji, niby było blisko, tak blisko, że do trzeciego z serii rzutów rożnych w doliczonym czasie gry wybiegł bramkarz Oliwier Zych. Niestety, akurat do tego najgorzej wykonanego, przez co Raków nadział się na kontrę, a dla Marina Pongračica trafienie z połowy boiska do pustej bramki to pestka. Niby trzeba było zagrać va banque, ale szkoda remisu, na który Raków jak najbardziej zasłużył (szkoda też ułamka punktów do rankingu UEFA, bo o naszej w nim pozycji w najbliższych sezonach będzie decydował języczek u wagi).
Vanoli na pomeczowej konferencji, zapytany o rotację w składzie i rozkładanie sił zawodników na kilku frontach, stwierdził: „Dobry zespół POWINIEN grać co trzy dni”. I to jest mentalność, do której polskie ekipy wciąż nie dorosły. Dopóki będziemy narzekać na niedogodność gry na kilku frontach, póki z całym przekonaniem nie pojmiemy, że to przywilej największych, do którego wszak się dąży, dopóki nasi piłkarze i sztaby szkoleniowe nie zrozumieją, że wychodzą na boisko właśnie po to, aby najlepiej przez cały sezon grać co trzy dni,
Pogwarki o zwolnieniach i zniewoleniach
W górach czuję się wolny najbardziej; straciłem dla nich głowę od pierwszego wejrzenia, jeszcze w głębokim dzieciństwie, palec straciłem znacznie później, po kilku dekadach wspinaczki podziemnej i graniowej. Konkretnie palec u lewej stopy. Od kiedy zaś go straciłem, zmieniła mi się postawa, stopa nieco się odkształciła, przesunęły najbardziej obciążane punkty, słowem łatwiej przyrastają mi odciski, muszę uczęszczać do podolożki. A ona lubi sobie pogadać przy skrobaniu nagniotków; od czego byśmy pogwarki nie zaczęli, kończymy tematem wolności.
Ona mnie podpytuje o podróże mniejsze i większe, o przeprowadzki i życie nomadyczne, sama bowiem jest domatorką i osobą rodzinną, wyjeżdża niechętnie, wolny czas zabija w przydomowym ogrodzie. Tym się teraz różnimy; kiedyś też największą wartością były dla mnie miłość i rodzina – nie powiem, abym z tego wyrósł samodzielnie, raczej turbulencje życiowe mnie przysposobiły do wolności i do tego, by się nią samotnie rozkoszować. „Dobrze jest mieć w życiu kogoś, kto zada pytanie: »Kochanie, kiedy wrócisz do domu?«”, mówi ona. „Ach, to przecież podwójne zniewolenie – odpowiadam. – Nie dość, że się jest uwiązanym do miejsca, to jeszcze do człowieka”. A ona, jako że mnie czyta, a przynajmniej podczytuje cytaty ze mnie, co to pierwsze wyskakują w wyszukiwarce, przywołuje: „Ale przecież kiedyś pan napisał, że ludzie tak naprawdę mogą mieszkać tylko w innych ludziach, depresja to nic innego jak bezdomność, na depresję cierpią ci, którzy nie mają w kim zamieszkać”. Tłumaczę więc, że to nie ja, lecz jeden z bohaterów mojej powieści, już nawet nie pamiętam który, wkładałem w usta postaci nawet i większe bzdury, ta konkretnie jest całkiem makabryczna, bo opisuje psychikę drapieżnego pasożyta, toż takie kocopoły mógłby powiedzieć na kozetce ósmy, obcy pasażer Nostromo.
I tak sobie gwarzymy dalej: „Ale przecież dobrze mieć w życiu coś stałego, jakiś widok z okna, do którego się przywykło, który jest nasz, oswojony”. Ja jej na to, że w pierdlu mają codziennie ten sam widok z okna, miarą wolności jest zmienność widoków, a potem już sam siebie cytuję w narcystycznym uniesieniu: „Wolę mieć widoki na bieżąco niż widoki na przyszłość”. I w końcu ona dochodzi do wniosku, że w takim razie powinienem był już dawno wyruszyć w nieustającą podróż dookoła świata, ja jej na to, że








