Wpisy od Wojciech Kuczok
Zostaliśmy na lodzie
Medalowe szanse Polski na igrzyskach Mediolan-Cortina 2026
Igrzyska olimpijskie wracają w Dolomity. To właśnie w Cortinie d’Ampezzo pierwszy medal zimowy wykombinował dla nas Franciszek Gąsienica-Groń, kombinator norweski, choć polski, a ściślej – zakopiański. Połączył udane występy na skoczni i w biegu na 15 km dokładnie 70 lat temu.
Przywykliśmy do tego, że za polskie sukcesy olimpijskie zimą odpowiada narciarstwo: sportowcy skaczący i biegający przywieźli aż 17 z 23 naszych medali igrzysk rozgrywanych na śniegu i lodzie. W ostatnim ćwierćwieczu najbardziej regularni byli skoczkowie, którzy stawali na podium każdych igrzysk oprócz Turynu. O nich było najgłośniej, byliśmy wszak potęgą jako drużyna. Polska szkoła skoków triumfowała w zawodach pucharowych, mistrzowskich i olimpijskich zarówno indywidualnie, jak i drużynowo. Małyszomania przeszła płynnie w stochomanię, a potem żyłomanię, kubackomanię, mieliśmy bowiem deszcz zwycięstw zapewniany przez złotą generację tej dyscypliny.
Niestety, starzy mistrzowie, choć dzielnie zmagają się z peselozą, nie są już w stanie walczyć o najwyższe cele, a wśród następców na razie nie widać zawodnika gotowego do walki o coś więcej niż miejsce w pierwszej dziesiątce. Kamil Stoch jedzie do Mediolanu jako chorąży polskiej reprezentacji, legendarny olimpijczyk, dla którego będą to już szóste igrzyska, ale na skocznię do Predazzo pojedzie już tylko po to, by ze skokami honorowo się pożegnać. Jedynym podium, jakie w tym sezonie udało się zaliczyć Polakom w pucharze świata, było trzecie miejsce w słabo obsadzonych zawodach duetów w Zakopanem. Wyskakali nam je Dawid Kubacki, który na igrzyska w ogóle nie pojechał, i nastolatek Kacper Tomasiak, nasza nadzieja na przyszłość, lider kadry narodowej, obecnie regularnie meldujący się w pierwszej piętnastce skoczków, ale smaku seniorskiego podium wciąż nieznający.
Próżno pokładać wiarę w szczęśliwe wiatry, które przed z górą półwieczem porwały Wojciecha Fortunę w Sapporo i dały mu złoty medal, bo w dobie precyzyjnych przeliczników punktowych fuksiarskich zwycięzców już prawie nie ma.
Skoki w tym roku zdominowała bezprzykładnie słoweńska rodzina Prevców – wśród pań Nika, wśród panów Domen, młodszy brat niegdysiejszego medalisty Petera, przeskakuje skocznie bez względu na ich rozmiar, w pucharze świata wypracował już sobie rekordową przewagę i jest murowanym faworytem do złota na dużej skoczni, a także jako lider reprezentacji Słowenii w konkursie drużynowym. Domen to miłośnik skoczni mamucich, wygrywa idealną pozycją w locie, kładzie się na nartach najodważniej, ale siła wybicia, która decyduje o sukcesach na skoczni normalnej, nie jest jego najmocniejszą stroną.
Teoretycznie to właśnie na obiekcie K-107 jesteśmy najbliżej miejsc medalowych, w czwartkowych treningach Tomasiak był piątym skoczkiem po podsumowaniu trzech serii, ale nadal do podium brakuje sporo; szanse medalowe na skoczniach mamy zatem iluzoryczne.
Nasza najdłuższa przerwa medalowa trwała aż 30 lat, od Fortuny ’72 do Małysza ’02, potem nasi sportowcy stali się gwiazdami światowego formatu również w dyscyplinach biegowych (niezapomniana Justyna Kowalczyk, multimedalistka z Turynu, Vancouver i Soczi) oraz łyżwiarskich (sensacyjne mistrzostwo Zbigniewa Bródki na dystansie 1500 m w Soczi) i trudno nam sobie wyobrazić kolejną imprezę, z której nie przywozimy ani jednego krążka.
Najpewniej z naszymi ambicjami medalowymi zostaniemy na lodzie, co jednak wcale nas z szans na triumfy nie odziera, przeciwnie, to wśród panczenistów mamy najsilniejsze ogniwa naszej kadry olimpijskiej. Lodowi sprinterzy, zarówno Damian Żurek, jak i Kaja Ziomek-Nogal, to aktualni wiceliderzy pucharu świata,
Trubin bohaterem Lizbony
Anatolij Trubin, bramkarz reprezentacji Ukrainy, w dzień powszedni golkiper Benfiki Lizbona, od zeszłej środy jest na językach wszystkich kibiców piłkarskich, nadworni rymotwórcy piszą o nim ody, dłuciarze wykuwają pomniki, pędzlimoczki dopieszczają monidła. Nic mi nie wiadomo o piłkarskich pasjach Fernanda Pessoi, ale największy poeta znad Tagu miał tyle heteronimów, że jeden z nich spokojnie mógłby bohaterowi ostatniej akcji meczu Benfika-Real poświęcić cykl wierszy, gdyby oczywiście dzięki zakrzywieniu czasoprzestrzeni mógł go zobaczyć.
Fadistas o Trubinie zaśpiewać nie mogą, bo jego wyczyn był ekstatycznym zaprzeczeniem narracji melancholijnej, radosnym przełamaniem fatum, by nie rzec – oszukaniem przeznaczenia. Kiedy gra Benfica z Realem, wytrawny kibic zawsze jest przygotowany na widowisko co niemiara, wszak legendą najlepszego meczu w historii klubowego futbolu owiany jest finał Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych z 1962 r.
Zwłaszcza dla polskiego pokolenia dzisiejszych 70-latków to musiało być przeżycie mistyczne – ten mecz był pierwszą w historii TVP transmisją live z Zachodu. Pewnie nawet marudny remis zapamiętaliby jako jedno z futbolowych wydarzeń swojego życia, tymczasem Eusébio, Di Stéfano, Puskás i pozostałe gwiazdy z Półwyspu Iberyjskiego postarały się na stadionie olimpijskim w Amsterdamie o spektakl najwyższej próby. Padło osiem goli, Benfica dwukrotnie odwracała losy meczu (Czesława 711 Michniewicza nie było jeszcze na świecie, a już się sprawdzała jego maksyma, że 2:0 to niebezpieczny wynik), by ostatecznie wygrać 5:3. 20-latek z Mozambiku został obwołany „Czarną Perłą” i zdetronizował leciwych mistrzów z Realu (Puskás i Di Stéfano byli już po 35. urodzinach, co wtedy stanowiło dla graczy z pola wiek matuzalemowy). Ilekroć zatem As Águias pojedynkują się z Los Blancos, piłkarze obu drużyn powinni mieć świadomość, że mierzą się z mitem nad mitami, przejść do historii w takim meczu jest szalenie trudno. Ci, którzy pamiętają 1962, zawsze pokręcą głową i orzekną: „Nieźle, całkiem, całkiem, ale to nie to, co wtedy”.
W środowy wieczór Liga Mistrzów kończyła grupową fazę rozgrywek, miłośnicy permanentnej dystrakcji mieli swoje godziny rozkoszy – multiliga oferowała transmisję z 18 meczów jednocześnie, wyświetlając tabelę, która nieustannie się zmieniała razem z aktualnymi rezultatami spotkań: jedni awansowali do rajskiej ósemki, drudzy doczołgiwali się do strefy baraży, jeszcze inni spadali w otchłań niebytu, obsuwając się poniżej ostatniego premiowanego miejsca. Jeśli kto miał wątpliwości, czy ta 36-klubowa formuła ma sens, środowe cuda definitywnie rozwiały tę niepewność. Chodzi przecież o to, żeby nikt nie miał spokoju do samego końca, żeby uniknąć meczów o pietruszkę, aby wszyscy do końca grali na serio w tych najbardziej prestiżowych i najlepiej opłacanych rozgrywkach na świecie.
Wszystkie mecze zaczęły się o tej samej porze, ale ten lizboński trwał najdłużej,
Stany Zrozpaczone Ameryki
Widok osób cywilnych rozstrzeliwanych z zimną krwią w biały dzień na ulicy w Minneapolis przez milicjantów ICE jest wstrząsający, nie daje mi spokoju, burzy krew i budzi nienawiść do pomarańczowego diabła i jego popleczników. Wiem, że w tym samym czasie ginie nieporównanie więcej ludzi protestujących przeciw władzy ajatollahów w Iranie, wciąż umierają ofiary izraelskiego ludobójstwa w Gazie, ruskie drony załadowane bombami uderzają w bloki mieszkalne w Ukrainie – mimo to śmierć Renée Good i Aleksa Prettiego boli szczególnie, zwłaszcza że oba morderstwa zostały sfilmowane i są powszechnie dostępne w sieci. Boli szczególnie, bo na chwilę przed śmiercią widzimy twarze obywateli głęboko przekonanych, że mieli szczęście urodzić się w kraju swobód demokratycznych, że gdzie jak gdzie, ale w USA za to, że wyrażasz swój sprzeciw wobec władzy, ta władza nie strzeli ci z bliska w głowę albo w plecy. A potem świadkujemy bestialskim egzekucjom na bogu ducha winnych ludziach.
Przywykliśmy do tego, że na świecie istnieją reżimy,
Wujek Supersam
O tym, że choroba Alzheimera jest dziedziczna, wiem aż za dobrze, wszyscy członkowie mojej rodziny od strony ojca (jego rodzeństwo, matka, rodzeństwo matki, kuzynostwo), jeśli nie zmarli przedwcześnie, to w okolicach osiemdziesiątki popadali w demencję.
Nie jest tajemnicą, że Frank Trump, ojciec obecnego prezydenta USA, cierpiał pod koniec życia na zaawansowane starcze otępienie. Jest więc wysoce prawdopodobne, że coraz bardziej bełkotliwe wystąpienia jego syna znamionują fazę predemencyjną. Jego ostatnie przemówienia to klasyczny przykład inkoherencji, zwanej swojsko sałatą słowną – moglibyśmy mieć zatem pewność, że kolejny etap choroby rychło wyeliminuje Donalda Trumpa z polityki i życia publicznego. Niestety, odnoszę wrażenie, że sprawy zaszły już za daleko i zamiast impeachmentu prędzej dojdzie do „breżniewizacji” – otępiały wódz będzie manekinem faszerowanym psychotropami, żeby można go było czasem pokazać ludowi, a realne rządy w jego imieniu będą sprawować młodsi, zdrowsi i nie mniej zajadli następcy w rodzaju J.D. Vance’a.
Może być zresztą jeszcze gorzej: z trumpowskiego bełkotu w Davos wyłowiłem najbardziej niebezpieczny fragmencik, kiedy nagle przerwał swój wywód i skupił się na klipsie do papieru. Oświadczył, że nawet gdyby niechcący odciął sobie palec tym przyrządem, „to byłoby okropne, ale nie okazałbym bólu. Zachowywałbym się, jakby nic się nie stało, nawet gdyby odpadł mi palec”. Oprócz tego, że Trump w ten sposób trzyma najwyższy poziom infantylnego narcyzmu, jest w tym stwierdzeniu ukryta groźba: „Nie liczcie na to, że jak zwariuję, odsuną mnie od władzy. Będę udawał, że nic się nie stało, nawet jeśli zgnije mi mózg”. A ściślej – wszyscy wokół niego będą udawali. Takoż, próżne nasze nadzieje: nie ma wyjścia z tej celi, za mrokiem czai się mrok, diabli wyleźli z puszki Pandory i już nie dadzą się zagonić do środka.
Koszmary o tym, że opętany fanatyk o faszyzujących lub wprost faszystowskich skłonnościach może zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, przeobrażając je w imperium zła, śnili amerykańscy pisarze od dawna. W „Spisku przeciw Ameryce” Philip Roth rozwinął w poetyce historical fiction opowieść o tym, co by było, gdyby Stany Zjednoczone stały się sojusznikiem
III Rzeszy. Roth wyśnił tę upiorną historię za kadencji George’a W. Busha, jednej z mniej lotnych postaci w poczcie republikańskich przywódców. Stephen King opisał w „Martwej strefie” z 1979 r. jasnowidza, który widzi katastrofalne dla świata skutki wyboru na urząd prezydencki niebezpiecznego fanatyka i dosłownie poświęca życie, aby zapobiec tej elekcji.
Nikomu jednak nie przyśniło się, że losy świata mogą spocząć w rękach postaci tak karykaturalnej, Wujka Sama o umysłowości pięciolatka, postaci hipermemicznej (z ostatnich memów mój ulubiony to ten, w którym łakomy Donek domagający się deseru przy obiedzie słyszy od matki:
Szalony finał Senegalu
Czy Afrykanie zostaną mistrzami świata?
Komuż z nas, miłośników futbolu, nie zdarzyło się w czasach podwórkowych grać w meczach najwyższej rangi, derbach międzyosiedlowych, na Górnym Śląsku określanych jako pojedynek „nasz platz na wasz platz”? Presja zwycięstwa była wtedy większa niż na co dzień, a z braku arbitrów częstokroć dochodziło do sytuacji spornych, w których koronnym okazywał się argument siły – mocniejsi w muskułach ogłaszali wtedy werdykt, a mocniejsi w gębie mówili: „No to my już nie gramy”. Zaprawdę, pamiętam, że wiele takich gier kończyło się przed czasem z powodu zejścia z boiska drużyny pokrzywdzonej, która musiała się zadowolić moralnym zwycięstwem.
W życiu bym nie podejrzewał, że do takiej sytuacji może dojść w finale mistrzostw kontynentalnych, rozgrywanym przez dwie futbolowe potęgi (Maroko – wciąż czwartą drużynę świata i Senegal – regularnego uczestnika mundiali, który sprał naszą reprezentację przed ośmioma laty).
Tegoroczny finał Pucharu Narodów Afryki przejdzie do historii piłkarskich kuriozów także jako mecz o niewyobrażalnej, szekspirowskiej wręcz dramaturgii. Owóż, to wyrównane spotkanie przebiegało bez ekscesów aż do czasu doliczonego, gdy ku rozpaczy gospodarzy Senegalczycy zdobyli gola. Zdobyli go prawidłowo, ale sędzia dopatrzył się przewinienia i bramki nie uznał. Gdyby taką bramkę zdobyło Maroko, kongijski arbiter bez wątpienia nie odważyłby się jej anulować. Chwilę później dopatrzył się faulu w polu karnym Senegalu i podyktował baaaaardzo „miękki” rzut karny dla gospodarzy. Tego było już za wiele, na trybunach rozpoczęły się zamieszki, a piłkarze Senegalu zeszli z boiska na znak protestu i nie zamierzali dokończyć gry.
Skończyłoby się to wszystko walkowerem i potężnym skandalem, gdyby nie Sadio Mané, dla którego to było pożegnanie z mistrzostwami Afryki – przez prawie kwadrans sam jeden nakłaniał kolegów, żeby zachowali się jak mężczyźni i wrócili na murawę, mimo że sędzia zapowiedział, iż strzał z 11 m będzie ostatnim zagraniem meczu.
W końcu Mané dopiął swego, jego kompani smętnie weszli na murawę, by patrzeć, jak przed bramkarzem Senegalu staje król strzelców całego turnieju Brahim Diaz, który miał tylko przypieczętować triumf swojej drużyny. Tyle że Diaz wykonał jedenastkę najgorzej w historii, po prostu lekko podając piłkę do rąk Édouarda Mendy’ego. Pozostanie tajemnicą, czy Marokańczyk nie uniósł presji (znamy takie przypadki, nawet z finału mundialu, gdy w 1994 r. decydującą jedenastkę fatalnie przestrzelił Roberto Baggio), czy wyczuł szwindel i po prostu nie chciał wygrać nieuczciwie. Sensacyjnie zatem Senegal wrócił do gry i wykorzystał przewagę psychologiczną w dogrywce – zwycięską bramkę kropnął Pape Gueye, na co dzień pomocnik Villarreal. Senegal zwyciężył więc po raz drugi w historii w niesamowitych okolicznościach.
Absolutnymi rekordzistami kontynentu są Egipcjanie, siedmiokrotni triumfatorzy, którzy tym razem odpadli w półfinale właśnie z Senegalem po bramce Sadio Mané – wrócili do domu bez medalu, ograni w meczu o III miejsce w karnych przez Nigerię.
Brązowi medaliści to wielki przegrany eliminacji mundialu,
Polskie Porto i piłkarscy koloniści
Najlepsze lata polskiej reprezentacji przypadały na czas, gdy po kilku kadrowiczów grało ze sobą w silnym klubie
Kwestia transferu Oskara Pietuszewskiego, uchodzącego za najzdolniejszego polskiego młodzieżowca, rozpaliła nadwiślańskie głowy, wszak odeszło nasze nastoletnie dobro narodowe, któremu zwiastuje się światową karierę. Wyłożone przez FC Porto 10 mln euro to prawie rekord Ekstraklasy (Moder i Kozłowski odchodzili w swoim czasie do Brighton za 11 baniek każdy), dla Jagiellonii to kosmiczna kwota równa rocznemu budżetowi klubu, ale nie brakuje marudnych głosów besserwisserskich, że to dużo za mało, że Polaków się nie szanuje, że taki talent poszedłby za trzy razy więcej, gdyby był Hiszpanem albo Anglikiem. Osobiście widzę same zyski – Jaga będzie miała okazję wzmocnić kadrę przed wiosną na dwóch frontach, o ile oczywiście pieniądze zostaną rozdysponowane rozsądnie. Nasz zdolny skrzydłowy trafił zaś do drużyny, której kluczowymi graczami w tym sezonie są dwaj reprezentanci Polski – Jakub Kiwior i Jan Bednarek.
O tym, ile obaj znaczą dla legendarnych Dragões, mogliśmy się przekonać na własne oczy w minioną środę, kiedy w ćwierćfinale krajowego pucharu rozegrano portugalskie El Clásico między Porto a Benficą. Jedyną bramkę w meczu zdobył głową właśnie Bednarek, który ponadto ze stoickim spokojem kierował blokiem defensywnym, Kiwior w ostatnich chwilach zaliczył interwencję ratunkową, blokując na linii bramkowej strzał rywali – obaj nasi obrońcy są regularnie wybierani na najlepszych defensorów miesiąca w Liga Portugal. Trudno temu się dziwić, skoro Porto po prostu nie przegrywa, prawie w ogóle nie traci goli i pewnie zmierza po dublet. W Lidze Europy, grając na pół gwizdka, Smoki też mieszczą się w ósemce, a w najbliższy czwartek w Pilznie można się spodziewać europejskiego debiutu Pietuszewskiego w nowych barwach.
Polacy mają nierówne szczęście do FC Porto. Pierwszym naszym bramkarzem, który sięgnął po piłkarski Puchar Mistrzów, był Józef Młynarczyk, przed bez mała 40 laty jeden z bohaterów zwycięskiego finału przeciw Bayernowi Monachium. Ależ się wtedy ekscytowaliśmy golem, którego bezczelnie strzelił piętą Bawarczykom Rabah Madjer, niejako mszcząc się za „hańbę w Gijon” z Mundialu 1982, kiedy to Niemcy dogadali się z Austriakami, aby wyeliminować Algierię.
W Porto spędził kilka sezonów także Grzegorz Mielcarski, ale
Dymy nad kalderą
Zmarł Béla Tarr, najwierniejszy druh i ekranizator Mistrza Apokalipsy, László Krasznahorkaia, artysta, którego dzieła w kategorii najbardziej przygnębiających filmów świata zajmują całe podium. W ramach prywatnych obrzędów żałobnych puściliśmy sobie z przyjacielem „Harmonie Werckmeistera”, które przerażają dzisiaj po stokroć silniej niż przed ćwierćwieczem, gdy były realizowane.
Film o narodzinach zbiorowej przemocy inspirowanej przez demonicznego manipulatora był na przełomie wieków zaledwie alegorią historyczną, wpisującą się w modę na katastrofizm przełomu tysiącleci, dzisiaj ogląda się to jak aktualną diagnozę społeczną, kino ściśle realistyczne. Główny bohater, człowiek duchowy, galernik wrażliwości, kończy w domu wariatów – gdy rozum zaśnie, tylko tam w najlepszym razie pozostaje miejsce dla jednostek niepoddających się stadnemu instynktowi zbrodni i zniszczenia.
Tarr był wiecznie udręczonym pesymistą, ale nawet w „Harmoniach…”, będących adaptacją „Melancholii sprzeciwu” zeszłorocznego noblisty, twórcy mają przebłysk naiwnego optymizmu. Oto rozjuszony tłum dokonujący pogromu pacjentów szpitalnych. Na widok niedołężnego, bezbronnego starca porzuconego w łaźni dzika tłuszcza zamiera, by po chwili się wycofać, naga siła zatrzymuje się dopiero przed nagą… słabością.
Dzisiaj świat pogrąża się w galopującym szaleństwie, którego tak łatwo zastopować się nie da. Z niejaką nadzieją patrzymy w najbliższą przyszłość, licząc np. na to, że republikanie przerżną wybory połówkowe, a Orbán straci władzę na Węgrzech. Ale do listopada daleko – jakąż
Jak żagle na wiatrach
Najlepsi bramkarze świata
Nie ma przerwy zimowej w piłce – i to jest kibicowskie szczęście. Anglicy jak świat światem grali także w święta, Włosi i Hiszpanie mają pauzę króciutką jak nowa koafiura Griezmanna, a dzięki rozrzutności Arabów możemy też na przełomie roku emocjonować się superpucharami topowych lig europejskich. Saudowie tradycyjnie organizują u siebie mikroturnieje z udziałem najlepszych ekip Serie A i La Liga, w Kuwejcie zaś odbył się mecz między mistrzem i zdobywcą pucharu Francji.
Pecunia non olet, a pytanie, czy petrodolary są obecnie brudniejsze od dolara amerykańskiego, wydaje się zasadne – szejkowie przynajmniej nie udają, że interesuje ich demokracja. Owóż, w czwartkowy wieczór Paryż zmierzył się z Marsylią na Półwyspie Arabskim i zdobył pierwsze tegoroczne trofeum głównie za sprawą Lucasa Chevaliera, warto zatem zwrócić baczniejszą uwagę na nadchodzącą zmianę bramkarskiej warty w światowych rankingach.
Francuzi mogą spać spokojnie: ich numerem jeden pozostaje 30-letni Mike Maignan, który gra wybitny sezon w A.C. Milan. Chevalier ma jednak taką zwyżkę formy, że ewentualna zmiana między słupkami nijak drużyny nie osłabi. Jeśli mierzyć siłę zespołu obsadą bramki, jeśli to golkiper miałby być języczkiem u wagi w wyrównanej stawce, latem Francuzi powinni jechać do Ameryki po złoto mistrzostw świata. Kiedy ostatnio je zdobywali, w bramce mieli wysoce niepewnego Hugo Llorisa, który nawet w finale mundialu dał plamę, nieporadnie kiwając się z Mariem Mandžukiciem.
Lucas Chevalier wybronił w czwartek tyle strzałów rozjuszonych Marsylczyków, także z najbliższej odległości, że wystarczyłoby do listy pięciu najlepszych parad roku, a jakby tego było mało, złamał rywalom serce, wybraniając dwa kolejne karne w serii jedenastek. Toż prosi się, by idąc śladem Kazimierza Wierzyńskiego, jakiś poemat bramkarski mu poświęcić, choć „lecąc w górę, jak żagiel na wiatrach”, to nie za Atlantyk wybił piłkę jednym ciosem, lecz nad Zatoką Kuwejcką.
Innym bohaterem pierwszych noworocznych fajerwerków futbolowych był Joan García,
Pielgrzym hultaj
Co do ludzkości, mam o niej mniemanie skrajnie niskie, dlatego moją ulubioną sceną „Bugonii” Yorgosa Lanthimosa, w gruncie rzeczy dość przeciętnego filmu w dorobku wybitnego reżysera, jest jej finał. Uwaga, spoiler: ludzkość zostaje ostatecznie uznana przez rasę kosmitów, która nas hodowała, za nieudany eksperyment. Niegodny istnienia gatunek zostaje unicestwiony jednym przekłuciem bańki ochronnej. I tu następuje ciąg nieruchomych obrazów z Ziemi, na której przestało istnieć życie ludzkie – na pozór straaszny, w gruncie rzeczy kojący, bo w domyśle już widzi się resztę natury, która doskonale sobie bez człowieka poradzi, lada moment zacznie wielkie święto odrodzenia, gdy jej najwięksi oprawcy zniknęli.
Zwierzyna przestanie się lękać odstrzału, drzewa będą rosły nienarażone na wycinkę, miasta zaczną porastać mchem, efekt cieplarniany błyskawicznie się cofnie, planeta pozbawiona najbardziej szkodliwego i ekspansywnego gatunku odetchnie z ulgą. Już żaden bóg nie każe ludziom czynić sobie Ziemi poddaną, bo nie będzie komu żadnego boga wymyślić. I tylko zakłóca mi tę myśl o raju na Ziemi bez ludzi refleksja o psach, których już nikt nie uwolni z łańcuchów. Nie wezmą udziału w tym festynie wolności, zemrą i sczezną przy swoich budach, do których zostały przypięte.
Nikt tak malowniczo i dosadnie nie opisał okrucieństwa łańcuchowego jak Witkacy, wychowany wszak w Zakopanem, gdzie ludność tubylcza pielęgnuje tradycje pełne przemocy zarówno wobec ludzi („jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije” – uchwałę antyprzemocową przyjęto w końcu 13 lat później w stosunku do reszty kraju), jak i zwierząt. Oto często przytaczany w skróconej formie fragment „Postscriptum” do „Niemytych dusz”: „Widok psa na łańcuchu jest w stanie popsuć mi humor na danym spacerze na dwie godziny, jeśli nie więcej. Zwierzę stworzone i wychowane na przyjaciela człowieka jest bez winy skazywane przez kanalie bez serca na bezterminowe więzienie, tym bardziej że w więzieniu tym nie jest on jak normalny więzień izolowany od świata i jego pokus, tylko przez wzrok i węch, tak silny u psa, wystawiony na ich najsilniejsze działanie. Tak jakby człowieka trzymać całe życie w klatce w sali pierwszorzędnego dancingu z dziwkami I klasy bez możności wzięcia udziału w żarciu, piciu, rozmowach, zabawie itp. lub nawet raczej niezupełnie podobnych rzeczach”.
Taką karę należałoby zaordynować rezydentowi Pałacu Prezydenckiego, który ustawę łańcuchową w przedświątecznej atmosferze zawetował, a i tej części narodu, która go wybrała i ślepo przyklaskuje wszelkim ruchom Now Rocky’ego alias Batyra. Teraz poprzysiągł udział w pielgrzymce kibolskiej na Jasną Górę i jest to jedna z niewielu jego decyzji, co do których słuszności nie należy mieć uwag – to jego środowisko, on tam pasuje, on
Kino kanoniczne
Jako filmoznawca wygasły zawodowo, ale kinoman wciąż gorzejący pasją, co roku o tej porze dołączam do kolegów po fachu i namiętności – oni ogłaszają swoje filmowe top 10, to i ja w nieskromnej naiwności upubliczniam listę filmowych satysfakcji. I myślę sobie, że ktoś się tym pokieruje w wyborze projekcji domowej, kiedy już u schyłku maratonu świątecznego, przesycony strawą i trunkiem, zasiąść zechce przed ekranem.
Przez niezdecydowanie niejeden mir domowy przepadł, kiedy po osiągnięciu konsensusu „obejrzymy sobie jakiś film” następują nerwowe a beznadziejne próby odpowiedzi na pytanie: „ale co?”. Im więcej bowiem propozycji podsuwają platformy streamingowe, tym łatwiej się zniechęcić w gąszczu tytułów, każdy kolejny bałamutnie zwiastuje niezapomniane przeżycia, żaden jednak nie jest właśnie tym, którego natychmiastową i nieodpartą potrzebę obejrzenia się czuje. Przerzucanie kolejnych ofert i kanałów, owo przymierzanie się, nie przymierzając, jak pies do krzaka, zaczyna się przedłużać w nieskończoność, aż osoba partnerska mówi: „dobra, już nie mam ochoty”. I żadnego wspólnego seansu nie będzie, bo minął moment podniecenia, bo w przeciwieństwie do aktu seksualnego gra wstępna przed rozpoczęciem projekcji jest niepożądana, albo się wie, co chce się zobaczyć, albo się wybrzydza aż po nabranie pewności, że „jakiś film” nie istnieje, że tym właśnie wyróżnia się w ciżbie propozycji, że go brakuje.
Fiasko poszukiwań „jakiegoś filmu” do wspólnego obejrzenia może się też objawić w sposób gorszy niż rezygnacja – wszak „dobra, już nie mam ochoty na film” mogłoby zostać dopowiedziane: „może chodźmy po prostu do łóżka” (gdyby nie to, że








