Wpisy od Wojciech Kuczok
Więcej światła!
Minęło około trzynastu miliardów i ośmiuset milionów lat od Wielkiego Wybuchu; mniej więcej dwa i pół miliona lat, od kiedy afrykańskie małpoludy odkryły, że można ćwiartować mięso ostrymi kamieniami, co nauka uznała za zręczność praczłowieczą; czterdzieści tysięcy lat temu ludzie zaczęli bazgrać na ścianach jaskiń podobizny zwierząt, co się uznaje za początek sztuki; jakieś dwanaście tysięcy lat temu ludzkość z koczujących drapieżników przeobraziła się w osiadłych rolników; około pięciu i pół tysiąca lat temu Sumerowie wymyślili pismo klinowe, co ma niejaki związek z faktem, że tu i teraz mogę stawiać znaczki, a Państwo je bez kłopotu i – mam nadzieję – z pożytkiem umysłowym odczytują kilka dni później, kiedy znajdą się w druku, wynalezionym wszakże niespełna sześćset lat temu. Przychodzą mi do głowy setki innych wydarzeń obiektywnie ważniejszych od tego, że przed dwoma tysiącami lat z hakiem być może faktycznie urodził się w Palestynie w rodzinie żydowskiej człowiek, który chciał dobrze. Wyszło, jak wyszło. Żyjemy podporządkowani kalendarzowi gregoriańskiemu, odkąd 4 października 1582 r. papież uznał, że nazajutrz będzie już 15 października (cwaniak, może mu cyganicha wywróżyła, że zemrze między piątym a czternastym).
Nowy Rok witamy, wedle mojego mniemania, o dziesięć dni za późno – na naszej półkuli logicznie byłoby wszak świętować przesilenie zimowe, po którym wreszcie dni przestają się kurczyć; wygłaszając życzenia noworoczne, moglibyśmy cytować Goethego z łoża śmierci: „Mehr Licht!”. W rzeczy samej ja tam własny mam cykl świętowań i święceń – w tym roku
21 grudnia o godz. 16.03 wzniosę toast przesileniowy, do kościoła zaś dla czystej hecy pójdę tradycyjnie dopiero 27 grudnia, na świętego Jana Apostoła, żeby mi ksiądz pokropił wina.
Niegdyś piłem ich sporo, czy raczej degustowałem w roznamiętnieniu, nierzadko pospołu z bracią „Magazynu Wino”, dla którego nawet pisywałem felietony. Wszystko to przez Marka Bieńczyka i jego genialne „Kroniki wina”, to Bieńczyk był winowajcą mojego rozpicia, albowiem wszystko, co spod jego pióra wyszło, traktowałem z czcią nabożną. Tak, to wina Bieńczyka, że wina mi uszczuplały konto, kiedy jeszcze żyłem w niefrasobliwym poczuciu dozgonnej sławy i bogactwa. Tym się jednak od Marka różniłem, że jestem niecierpliwy i łapczywy, przeto moja piwniczka była na bieżąco ogołacana, jego zaś kolekcja trwała nad miarę, wina najpierw dojrzewały,
Warszawska elegia
Czarna jesień przy Łazienkowskiej
Dla fanatyków z Łazienkowskiej święty jest rok 1916, tę datę wyszywają sobie na szalach, flagach, grawerują na obrączkach i umieszczają na setkach gadżetów – to wtedy w kancelarii kompanii sztabowej Komendy Legionów Polskich na Wołyniu doszło do założenia klubu piłkarskiego, który uważa się za protoplastę dzisiejszej Legii. Jest jednak także data, której prawdziwy legionista nie wypowie, rok tabu, wymazany z annałów, wstydliwy i ponury, kiedy Legia spadła z ligi i przed wojną już do niej nie wróciła.
1936 – historyczna zmora kibiców, którzy woleliby wspominać tylko powojenne dzieje pełne sukcesów.
Od 1948 r. Wojskowi nieprzerwanie grają w Ekstraklasie, co więcej, w najgorszych sezonach kończyli rozgrywki na 10. miejscu, jak przed czterema laty, gdy jesienią zdarzyło im się nawet spaść na dno tabeli. Realnego zagrożenia degradacją zaznali bodaj tylko raz, w 1992 r., wtedy też po raz ostatni przezimowali w strefie spadkowej, przy czym po rundzie jesiennej sezonu 1991/1992 Legia zajmowała miejsce 15., czyli czwarte od końca (wtedy spadały cztery ekipy).
Tak nisko jak tej jesieni nie upadła jeszcze nigdy. Nie spędzi zimy na dnie tylko dlatego, że ma lepszą różnicę bramek od ostatniej Niecieczy, ale w regulaminie na koniec rozgrywek będzie się liczył bilans starć bezpośrednich, a że z Termalicą Legia u siebie przegrała, obecnie jest de facto najgorszą drużyną Ekstraklasy. W grudniu pod wodzą tymczasowego trenera Astiza pobiła niechlubny rekord, rozgrywając najgorszą w historii serię 11 meczów bez zwycięstwa. Pożegnalny mecz w Lidze Konferencji piłkarze zagrali przy pustawych trybunach – na stadion przybyło niespełna 10 tys. widzów, co jest najsłabszą frekwencją od trzech lat. Kibice wiedzieli, że żadnych atrakcji nie będzie – do niedawna jeszcze przybywali na Ł3, aby przekonać się na własne oczy, jak gra najsłabsza drużyna w dziejach klubu i czy faktycznie tak źle, jak o niej powiadają. Okazywało się, że gra jeszcze gorzej, z każdym meczem gorzej, tak tragicznie źle, że stała się kultową ekipą łamag, jakimś anty-Galácticos, piłkarską wersją Eddiego Edwardsa, który przeszedł do legendy jako najgorszy skoczek wszech czasów.
Dopiero kiedy ta niefortunna seria niewydarzeń posłuży Legionistom jako lekcja pokory, będą mogli z grajdołka się wydostać. Tylko że z Łazienkowskiej tak samo daleko do pokory jak do podium. Przed meczem z mistrzami Gibraltaru kibice mieli nadzieję, że kabaret się skończy, bo rywal jest na tyle kiepski, że da się go pokonać i w tak fatalnym kryzysie. Owszem, Legia w końcu wygrała, ale był to mecz o pietruszkę, bo nawet nie o honor – z całym szacunkiem dla rywali, którzy na swojej sztucznej murawie obili pod skałą gibraltarską Lecha Poznań, na wyjazdach to oni nie istnieją. To był przeciwnik na poziomie drugoligowym, coś w klimacie Podhala Nowy Targ czy Świtu Skolwin – z takimi drużynami gra się sparingi po intensywnym zgrupowaniu, ale nie są to ekipy do zmazania plamy na wizerunku, zwłaszcza że tak poplamiona Legia nie była chyba jeszcze nigdy. Dla kiboli ten mecz był wyłącznie okazją do zademonstrowania niechęci wobec właściciela klubu.
W odpowiedzi na te naciski Dariusz Mioduski przy okazji oficjalnej prezentacji nowego trenera, wyczekiwanego przez wszystkich w stolicy Marka Papszuna, ogłosił zmiany w zarządzie. „Całościowe zarządzanie klubem” powierzył Marcinowi Herze, który dotąd pełnił funkcję wiceprezesa – to jest oczywiście tylko pozorne oddanie władzy, kibice tego nie kupią, jeśli Papszun na wiosnę nie dokona cudów. A przejmie drużynę zrujnowaną, morale graczy ofensywnych skurczyło się do rozmiarów Gregora Samsy po przemianie.
Trudno się dziwić, skoro z półamatorskim Lincoln Red Imps Antonio Čolak, ściągnięty latem ze Spezii, strzelił pierwszego gola od… 13 miesięcy (nie, nie był kontuzjowany, w 30 meczach z rzędu nie potrafił zdobyć bramki!), a Mileta Rajović ponownie obsłużony co do centymetra przez młodego Jakuba Żewłakowa wreszcie trafił głową obok bramkarza – kupiony za
Urban et orbi
Może właśnie na takiego selekcjonera kadra czekała
Były lęki, że będzie za miękki. Bo potrafi się dogadać z piłkarzami i nie trzyma krótko za mordę. A przecież Polacy tęsknią do zamordystów, autokratów, do złego tyrana, którego będą się bali, a jednocześnie obdarzali go bałwochwalczą czcią, jak w syndromie sztokholmskim – będą go kochali za to, że go nienawidzą, bo Polak lubi mieć tego złego, na którego może wyrzekać, zarazem czując się zwolnionym z obowiązku samostanowienia. Polakom wolność nie jest pisana, bo od razu robią z niej anarchię, na to przynajmniej wskazuje przechył preferencji wyborczych w stronę obu konfederacji.
Naród polski nie jest stworzony do small talku, nie ceni miękkich kompetencji, Okrągły Stół śmierdzi mu zdradą, kompromisami się brzydzi, w hymnie ma „szablą odbierzemy”, a nie „wynegocjujemy”. I to wszystko przekłada się na mentalność kibica – o piłkarzach naród ma niewysokie mniemanie, że to przepłacane darmozjady, że w klubach zachodnich zarabiają, to im się chce, a na kadrę przyjeżdżają z musu, rozleniwieni, rozmemłani, zdemotywowani, trzeba im bata, żeby zechcieli się poderwać do biegu, trzeba im tresera, a nie trenera, inaczej nie wyskoczą do główki, wślizgu nie zrobią, głowy za ojczyznę nie nadstawią.
Prezes Cezary Kulesza, swojak z Podlasia, idący z Duchem Puszczy w rytmie disco polo, jak dotąd szczęścia do trenerów nie miał – w miejsce ślicznego portugalskiego bajeranta, który zwiał przed barażami, przywołał Czesława Michniewicza, za którym ciągnąć się będzie dozgonnie gorąca linia z „Fryzjerem” z czasów, kiedy piłkarze ustawiali mecze częściej, niż się kibole młócili w ustawkach. Wyniki były, ale w tak kiepskim stylu, że głos ludu o dziwo się wzburzył na strategię „laga na Robercika” i polski minimalizm – okazało się, że oprócz celu ważne są środki.
No to się Kulesza zastawił, a postawił i za ciężkie miliony ściągnął Fernanda Santosa, który co prawda w CV miał mistrzostwo Europy, ale najlepsze lata trenerskie minęły mu już dawno, o polskiej piłce pojęcia nie miał i mieć nie chciał, piłkarze nie wiedzieli, co grać, więc na wszelki wypadek przegrywali wszystko jak leci. I w końcu zatrudnił Kulesza tyrana, kłótliwego buraka, zarozumiałego, apodyktycznego samca alfa, który za wyzwanie selekcjonerskie uznał dowiedzenie wszystkim, kto tu rządzi i że żadnego gwiazdorstwa tolerował nie będzie.
Probierzowski zamordyzm nie zadziałał sportowo, reprezentacja Polski nie przestała się staczać, aż w końcu Lewandowski postawił sprawę jasno: „Probierz albo ja” i naród jednak się opowiedział po stronie piłkarza, boć dotarło do rozumów pospólnych, że trener bez piłkarzy nigdzie nie awansuje, już prędzej piłkarzom bez trenera to się przytrafić może. I męczył się prezes Kulesza, przymierzał jak pies do krzaka, kombinował, aż w końcu z zaciśniętymi zębami zatrudnił tego, który wydawać by się mógł wyborem najbardziej oczywistym. Dał robotę Janowi Urbanowi, przy czym kontrakt sformułował tak, żeby nie było wątpliwości – jak tylko się noga powinie, koniec kropka, zwolnienie, piąty kandydat za kadencji Kuleszowej już przebiera nóżkami.
Jan Urban najlepsze lata kariery
Schron przeciwświąteczny
Najważniejsze to się nie rozkleić. Po śmierci siostry wiem, że odumarli mnie już wszyscy najbliżsi wierzący; dorosłe dzieci mają swoje rodziny rozproszone po Europie, najmłodszy syn tradycyjnie leci z matką na Karaiby. W tym roku wreszcie mogę spędzić wieczór wigilijny samotnie. Umarli i tak przyjdą, nie ma potrzeby ich przywoływać z pierwszą gwiazdką, której najpewniej i tak widać nie będzie – kiedy słońce zajdzie, i oni zajdą, bez pukania przez drzwi przenikną, przez ściany, i zasiądą przy stole. Lepiej więc nie mieć stołu – duchy lubią zgromadzenia, ale i pustym stołem nie wzgardzą, o okrągłym stoliku nawet nie wspominam, to spirytystyczny kanon.
Lepiej w ogóle być poza domem. Poinhalować żywiczne zapachy w wilgotnym lesie albo obrać sobie pomarańczę gdzieś na polanie; kiedyś rozgniotła się w worku jaskiniowym i cała grota mi zapachniała świętami, choć to był listopad. To tylko bodźce zapachowe, można je sobie dawkować wbrew kalendarzowi, można sobie wywołać święta na poczekaniu. Poprzedzierać się przez ciżbę choinek ozdobionych tylko okiściami, wdrapać się w górach na tyle wysoko, by napotkać śnieg, i to nie ten mokry, odwilżowy, ale biały beton, na którym skrzyć się będzie światło czołówki i skrzypieć będą buty. Wejść choćby i na 2000 m, gdzie zima trzyma tak czy owak, dopaść tej zimy, uświęcić nią ten wieczór świąteczny jak w dziecięcym czasie, kiedy właśnie o zapach igliwia i mróz za oknem chodziło.
Boże Narodzenie było świętem zimy, celebrą ciepłych domowych pieleszy i wspólnoty rodzinnej, w której łatwo się było ogrzać na pohybel siarczystej i ciemnej porze roku. Owóż, dobrze jest zmarznąć, żeby wrócić do ciepła domowego, nawet jeśli domostwo puste, dobrze jest zmęczyć się, aby docenić dach nad głową, książkę na stoliku, płytę na gramofonie, wino w kieliszku (bezalkoholowe, jeśliśmy akurat w fazie suchej) i wymościć się w samoutuleniu. Aby nie było żal, uznać, że to wieczór jak każdy inny, nie pierwsza samotna uroczystość.
Sylwestry samotne są przyjemne, zwłaszcza że
Awanse na oparach
Kluby zwalniają tempo, Legia na dnie
Z końcem jesieni polskie kluby tradycyjnie zwalniają tempo w Europie. Nie wiedzieć czemu gra na dwóch frontach, ergo rozgrywanie meczów co trzy dni jest dla piłkarzy zarabiających w Polsce przykrością, do której nijak się przyzwyczaić nie mogą. Rodzimi gracze wychowali się w lidze, która o Europę zaczęła się ocierać dopiero po wynalezieniu Ligi Konferencji, w większości zatem przywykli do tego, że gra się w weekendy, a w tygodniu trenuje. Obcokrajowcy też jakby skuszeni najmniej wymagającą z przyzwoicie płacących lig nie są przekonani do takiej harówki. Ma być syto i leniwie, a tu trzeba biegać do samych świąt za punktami. W ubiegłym roku Jagiellonia i Legia dojechały do play-offów na oparach; w bieżącym Legia już nigdzie nie dojedzie, a Jagiellonia też ledwie awansuje do jednej szesnastej dzięki punktom uciułanym jesienią na słabeuszach. W konfrontacji z przeciętnym klubem La Liga drużyna z Białegostoku nie była faworytem, albowiem hiszpańska przeciętność w przekładzie na polski oznacza wybitność.
Taki Jesús Imaz, który wciąga nosem całą Ekstraklasę od kilkunastu lat, piłkarz w Białymstoku już pomnikowy, przed przyjazdem do Polski tułał się po niższych ligach w swojej ojczyźnie, a w dzisiejszym Rayo Vallecano nie zmieściłby się nawet w szerokich rezerwach. Piłkarze z Villa de Vallecas nie zamierzali mieć litości dla gospodarzy, zwłaszcza że ich kibice zostali tradycyjnie powitani przez białą polską siłę – czerstwym chlebem w ryj i solą w oczy. W ramach szlachetnych form męskiej rywalizacji (Karol Nawrocki lubi) chłopcy z Podlasia zasadzili się na ekspresówce na autokary, wtargnęli do środka, powybijali zęby dziewięciu fanom z Hiszpanii, trzech wysłali do szpitala, po czym w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku patriotycznego (Rayo to czerwona hołota z robolskich przedmieść Madrytu, więc należy ich raz sierpem, raz młotem etc.) rozjechali się sprawnie po swoich dumnych kątach.
Na boisku sprawy miały się bliźniaczo do meczu, w którym ostatnio oberwał od Czerwonych Szarf Lech Poznań – polska ekipa trzymała się w miarę dzielnie przez godzinę, dopóki trener Hiszpanów nie zrobił potrójnej zmiany, wprowadzając swój podstawowy tercet ofensywny.
O ile jednak Lech rozsypał się dopiero w doliczonym czasie i zaiste zdążył obwąchać punkty, o tyle Jagiellonia straciła gola decydującego o porażce natychmiast po trenerskiej korekcie. Wprowadzony koło 60. minuty Urugwajczyk Alfonso „Pacha” Espino zobaczył frajerskie ustawienie w bramce młodego Abramowicza i w pierwszym kontakcie z piłką uderzył z daleka z ostrego kąta do siatki. Początek meczu też zresztą należał do gości: zdobyli bramkę po szkolnym niedopatrzeniu defensorów Jagi, a potem raz za razem obijali słupki.
Białostocka ekipa jest ewidentnie zmęczona rundą, w zeszłym tygodniu przegrała nawet w Niecieczy i w Katowicach, toteż licho prezentowała się na tle solidnego rywala z najlepszej technicznie ligi świata. W końcówce pierwszej odsłony Hiszpanie pozwolili się przycisnąć i za sprawą przytomności Imaza Jaga wyrównała, może nawet w przekroju całego spotkania zasłużyła na polubowne rozstrzygnięcie, lecz raczej z uwagi na wolę walki niż na walory piłkarskie. Jednakowoż trener Siemieniec na pomeczowej konferencji odleciał w stratosferę, stwierdzając, że „przegrała drużyna zdecydowanie lepsza”.
Dramatycznie słaby był Dawid Drachal, na
Ze wspomnień zapchajdołka
„Będziesz siedział!”, powrzaskują politycy z obu stron, ich poplecznicy skandują tę frazę tłumnie, to wciąż maksymalny wymiar kary, jaki przychodzi do cywilizowanych głów, na prawo od których jednooki konfederata koronny cedzi przez zęby: „Będziesz pan wisiał!”. Ale nie tylko ta groźba karalna uszła mu na sucho, z wszystkiego wykpić się potrafi, do sądu przychodzi w asyście kryminalno-putlerowskiej, a na rozprawie wnioskuje o zmianę sędziego, powołując się na prawo Unii Europejskiej, którą jawnie ma w pogardzie.
Fakt, że Grzegorz Braun pozostaje na wolności, a jego partia wciąż nie została zdelegalizowana, jest miarą nieskuteczności polskiego prawa i skundlenia polskiej polityki. Zamiast się martwić, cóż to się stanie za dwa lata, kiedy będzie trzeba szukać kompana do koalicji w szefie faszystowsko-katotalibskiej sekty, należy go wykluczyć na zawsze z życia politycznego i publicznego. Zaprawdę powiadam wam, nie lękajcie się, że ruskie onuce i polskie naziole będą miały swojego męczennika – lepiej, żeby miały męczennika, niźli reprezentanta w rządzie. Nikomu pochopnie i spontanicznie pierdla nie życzę, ale są męty dla kraju i ludzkości tak szkodliwe, tak perfidne, że należy je po prostu pozbawić możliwości czynienia szkód. Braun przekroczył już wszelkie możliwe granice. Zwłaszcza jeśli się wie, jak niewiele potrzeba zwykłemu Kowalskiemu, żeby dostać się za kraty. Wypijesz piwko na ławeczce, pojedziesz na gapę, postawisz się policjantowi, spóźnisz z alimentami albo żona w ramach przygotowania do rozwodu oskarży cię o znęty. Są setki sytuacji, których weryfikacji doczekać możesz w areszcie tymczasowym.
A to nie jest sanatorium, jak mogłoby wynikać z programu „Eksperyment: Odsiadka”, który teraz zapodaje jedna ze stacji komercyjnych. Celebryci z rozmaitej maści mediów dają się zamknąć na krótko z autentycznymi recydywistami (choć już zresocjalizowanymi); wszystko jest ustawione i wyreżyserowane, żeby nikomu włos z głowy nie spadł. Rzecz dzieje się na oddziale półotwartym – luzik, drzwi do celi pootwierane, można chodzić po korytarzu i odwiedzać kumpli, atmosfera trochę jak na koloniach. Tyle że zamiast wychowawczyni, która upomni na apelu i wyśle list do rodziców, są klawisze, którzy mogą zamknąć na „dźwiękach”, czyli w tzw. celi zabezpieczającej. To jest współczesny karcer – dźwiękoszczelna zastanawialnia, gdzie, o ile nie umiesz medytować, oszalejesz z nudy i klaustrofobii.
Temat penitencjarny jest też gorący medialnie, albowiem swoje pół roku „katorgi” w areszcie śledczym opisał na kilkuset stronach dziennika Janusz Palikot i teraz próbuje to zmonetyzować, promując książkę. Wynika z niej, że
Życie do końca
Przeczytałem z niejakim opóźnieniem nową powieść Zyty Rudzkiej „Tylko durnie żyją do końca”, w której potwierdza swoją klasę, jawiąc się mistrzynią ciętych ripost, gier słownych, zdań krótkich, a tak esencjonalnych, że każde wyrwane z kontekstu mogłoby funkcjonować osobno jako aforyzm. Podoba mi się w tej książce także bezczelna, przaśna afirmacja życia. Tym razem nie ma tu żadnej wypartej krzywdy, psychomachii rodzinnej, jest za to czysta, błogosławiona egzystencja uchodźczyni z miasta – między nagimi kąpielami w rzece i zalewaniem się pigwówką pędzoną przez jednego z dwóch stałych partnerów. Jedyne, z czym mam w tej powieści kłopot, to tytuł. Na odczytany wprost zgodzić się żadną miarą nie mogę.
Właśnie na wieczne odpoczywanie udała się moja przyrodnia siostra Grażyna. Żyła do końca. Dostała trzy lata w bonusie, lekarze mówili, że ma „nadżyte” około tysiąca dni, rzadko aż tak się mylą w ferowanych wyrokach. Nie chciała przenosin do hospicjum, nie godziła się na warunki dyktowane przez raka, miała swoje rytualne podróże na zakupy, na które musiała wydawać dwukrotnie więcej pieniędzy, bo mieszkająca po sąsiedzku córka zerwała z nią kontakt, siostra jeździła zatem po pieluchy, leki i prowiant taksówkami. Paliła jak smok, nawet kiedy dożywała swoich ostatnich dni w szpitalu i zdawało się, że nie ma już z nią kontaktu, potrafiła zebrać siły, aby zaprotestować, kiedy pielęgniarki chciały jej zabrać paczkę fajek – miała je na szafce, nie mogła już zapalić, ale patrzyła sobie na nie, jakby w ten sposób próbowała zmobilizować wycieńczony organizm do tego, by jeszcze raz się ogarnął, żeby można ją było chociaż na wózku wywieźć przed szpital na kilka sztachnięć.
Nie obnosiła się z „walką z chorobą”, jak to się czyni w dyskursie zdrowych, ona ją ignorowała – jeśli walką można nazwać zdyscyplinowane chodzenie na chemię paliatywną, których to sesji miała bodaj z 70. Owszem, poddawała się trującym kroplówkom zadowolona, że rak też obrywa,
Papszun na wydaniu, Legia w kryzysie
Polski czwartek w europejskich pucharach
Papszuniada trwa w najlepsze. Przybliżmy postać, wokół której rozkręciła się właśnie najgorętsza od lat telenowela piłkarska w Polsce. Marek Papszun jest urodzonym warszawiakiem. Z wykształcenia historyk, do 2016 r. był nauczycielem i wuefistą, przy okazji trenował w niższych klasach rozgrywkowych kluby z podwarszawskich miejscowości, Legionovię prowadził nawet w sezonie zakończonym awansem do II ligi. Wiosną 2016 r. właściciel Rakowa Michał Świerczewski, twórca i założyciel sieci sklepów komputerowych, na której dorobił się miliardów, zaprosił Papszuna na rozmowę kwalifikacyjną, która wedle wspomnień szkoleniowca trwała… osiem godzin, a przysłuchiwała się jej w milczeniu psycholożka, prywatnie partnerka Świerczewskiego. Trener przedstawił szczegółowo swoje plany i został przyjęty do roboty, ale wcześniej na wszelki wypadek wziął bezpłatny urlop ze szkoły.
Początek miał kiepski, zaczął od kilku porażek, nie wykonał doraźnego zadania i mimo przejęcia drużyny walczącej o awans do wyższej ligi znalazł się poza miejscem barażowym. Świerczewski wykazał się cierpliwością, dzięki czemu zaczęła się bezprecedensowa, najdłuższa kadencja klubowa w Ekstraklasie – z jednym sezonem przerwy na odpoczynek Papszun jest w Rakowie do dzisiaj (stan na 28 listopada). Gdyby został w Częstochowie, za pół roku mógłby świętować dziesięciolecie rozpoczęcia projektu marzeń: potęgi Rakowa, którą zbudował od podstaw. W ciągu siedmiu lat przeszedł z klubem drogę od trzeciej klasy rozgrywkowej na szczyt, zdobył mistrzostwo Polski i… wziął sobie wolne.
Miał nadzieję na pracę w reprezentacji Polski, ale prezes Kulesza ostatecznie zdecydował się na Michała Probierza – jak wiemy, z fatalnym skutkiem. Raków przejął na rok Dawid Szwarga, asystent Papszuna, i wszystko się posypało: drużyna odpadła z Ligi Europy po fatalnej grze i porażce z Atalantą, zajęła w Ekstraklasie dopiero siódme miejsce i groziło jej popadnięcie w przeciętność. Marek Papszun jednak wrócił i z marszu sięgnął po wicemistrzostwo, przy czym jego drużyna walczyła o tytuł z Lechem do samego końca.
Dorobek ekstraklasowy Papszuna w Rakowie jest imponujący: w ciągu
Uwłasnowolnienia
To słowo bardzo mi się podoba, tak bardzo, że je sobie przywłaszczam do tytułu, a jako zadośćuczynienie poświęcę felieton wystawie, w której opisie je znalazłem. Uwłasnowolnienie, czyli odzyskanie mocy sprawczej kobiet w sztuce, któremu poświęcona jest świeżo otwarta w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej „Kwestia kobieca 1550-2025” pod kuratelą nowojorskiej krytyczki sztuki Alison M. Gingeras. Paradoksalnie ta ekspozycja jest złożona wyłącznie z prac wykorzystujących tradycyjne media plastyczne – malarstwo i rzeźbę, w dodatku gros dzieł to sztuka dawna (np. XVII-wieczne autoportrety Sofonisby Anguissoli czy Lavinii Fontany) lub XX-wieczna. Sam dyskurs feministyczny też trudno nazwać nowatorskim – cała wystawa jest więc raczej akademickim repetytorium; być może takie było kuratorskie przesłanie: nie ma co walczyć o miejsce kobiet w sztuce, bo one zawsze w niej były. Trzeba po prostu to sobie przypomnieć.
W kolejnych salach/rozdziałach wyraźnie zarysowuje się historyczny rozwój emancypacji kobiet: od buntu przeciw skryptom płci (scenariuszom zachowań przypisywanym płciom) do buntu przeciw schematom płciowym (niebinarność). Tyle że już na dzień dobry widz męski dostaje kuksańca, w pierwszej sali, poświęconej femmes fortes, widzimy kolejne wcielenia Judyty i Salome, dokonujących uwłasnowolnienia przez dekapitację mężczyzny. Ja się bardzo staram wierzyć w feminizm wolny od mizoandrii, ale po takim powitaniu czytam komunikat wprost: zanim zaczniesz rozmawiać z facetem o równouprawnieniu, nie zapomnij ściąć mu łba.
Owóż, przechadzając się po wystawie, z każdą kolejną salą nabierałem pewności, że
Droga na mistrzostwa czy droga do mistrzostwa?
Szczęśliwa jesień reprezentacji Polski
Zagraliśmy pięknie z tą Holandią, do pełni szczęścia zabrakło tylko zwycięstwa – po latach nikt nie będzie wspominał statystyk (w strzałach 14:6 dla Polski) ani rozpamiętywał zmarnowanych okazji. Mecz przejdzie do historii jako jeden z – wbrew pozorom – wielu remisów z europejskimi potęgami, które nam się przytrafiały w ostatnich dekadach, zwłaszcza u siebie. Zapamiętuje się triumfy, a ostatnim tak znaczącym w meczu o punkty było zwycięstwo kadry Nawałki z Niemcami – prawdziwie założycielski mecz dla reprezentacji, której niewiele zabrakło do medalu na Euro 2016.
Jeśli drużyna Ronalda Koemana przyjechała do Warszawy, żeby się zrehabilitować za wrześniowy marazm z Rotterdamu, rychło pojęła, że na Narodowym co najwyżej może powalczyć o zwycięski remis. Poziom pewności siebie i absolutnego przekonania o różnicy klas, jakie dzielą piłkę niderlandzką od polskiej spadały w jednostajnym tempie od pierwszych minut wrześniowej potyczki, gdy Oranje jeszcze próbowali technicznych sztuczek, chwackich dryblingów i gry w dziada, aż po końcówkę meczu piątkowego, kiedy ich wcale nie ucieszyło, że sędzia doliczył aż sześć minut (wskutek dodatkowej przerwy w grze, którą wymusili bracia po racy). Niestety, myśmy musieli na swojego gola zapracować absolutnie doskonałą asystą Lewego i zimnokrwistym wykończeniem akcji przez Kamińskiego, a Holendrzy dostali od nas gola w podarunku. Do wielkości brakuje nam tylko tego, żebyśmy wreszcie przestali rozdawać te cholerne prezenty.
Asysta Lewandowskiego była bajeczna, jak mistrzowski slice na korcie, Robert posłał Kamińskiemu piłkę nie tylko idealnie w tempo, ale nadał jej taką rotację, że minąwszy obrońców, nagle zwolniła w odpowiednim momencie przed napastnikiem FC Köln. I tyle było radości.
Trudno zmilczeć popisy braci kibolskiej. „PZPN rzucił race naszymi rękami”, rzekł był przedstawiciel kibolstwa patriotycznego o nazwisku Pilecki. Czy oni sobie tam w stowarzyszeniach psychopatriotów zmieniają nazwiska? Prezes nazywa się Chrobry, pierwszy sekretarz Dmowski, a skarbnik Jagiełło? Polska kibolska poczuła, że jak ma swojego ziomka w Pałacu Prezydenckim, to teraz już nikt jej nie podskoczy. Nie było pozwolenia na wniesienie sektorówki, to się ferajna zemściła i obok tradycyjnej pieśni o tym, jak należy kochać Polski Związek Piłki Nożnej, wykonała nowatorski performance z cyklu światło i dźwięk – race na boisko i przyśpiewka „Miała, k…a, być oprawa, teraz pali się murawa”. Czy z powodu tego wybryku zagramy z Albanią na pustym stadionie, niebawem się okaże – kary mogą być dotkliwe, a nasz pałacowy zapiewajło nie będzie miał tu prawa łaski.
I już chcielibyśmy zastosować sylogizm optymistyczny: Holendrzy twierdzą, że wybierają się na mundial po mistrzostwo świata, my dwukrotnie zagraliśmy z nimi na remis, przy czym ten warszawski trzeba uznać za remis ze wskazaniem na naszych, a zatem jeśli Polska awansuje na mundial, ma wszelkie dane ku temu, by myśleć o Pucharze Świata.
Tylko że my od








