Kiedy mieszkałem na Mazowszu, tym płaskim dowcipie pana boga, spływałem częściej, bo z dala od nierówności terenu i naturalnych pustek skalnych musiałem znaleźć jakiś ekwiwalent, jakąś przyrodniczą rekompensatę za cierpienie w paszczy stołeczeństwa. Teraz spływam tylko latem, niejako rytualnie, między górskimi wyrypami i jaskiniowymi poniewierkami muszę znaleźć jakiś odcinek spławny a dziki, którym w pojedynkę puszczam się pomedytować z nurtem.
W czasie mazowieckim, gdzie okrucieństwo zimy daje się we znaki szczególnie, bo jej nie ma, jest tylko wieczny listopad, deszcz ze śniegiem, błocko i chłód zamiast mrozu, a nawet jeśli mróz, to tylko o świcie w cienkiej warstewce lodu na kałużach, a jeśli nawet siarczysty, to zupełnie bez sensu, tylko psieckom łapki cierpną albo szczypią od soli wysypywanej na chodniki, a słoikom rzewnie się przypomina, jak na południu mieszkając, po szkole się chodziło na narty – owóż, w czasie bezsensownych mazowieckich nibyzim przebierałem nibynóżkami, żeby doczekać roztopów i ulew wiosennych, które na krótko udrożniały wąskie rzeczki zwałkowe. I cisnąłem nimi jedynką bez fartucha przez drzewa zwalone w poprzek, czasem bardziej się wspinając z kajakiem, niż płynąc, niekiedy zaiste więcej czasu spędzając na pokonywaniu drzewnych zwalisk niż w wodzie – ale tylko tam znajdowałem oddalenie od ciżby, od nadmiernie skłębionej ludzkości, zmierzającej najkrótszą drogą i najszybszym transportem do celu.
Spływanie kajakiem dla ludzi, którym życie upływa na skracaniu drogi, jest poważną lekcją cierpliwości – zwłaszcza gdy rzeka zawzięcie meandruje i choćby się namachało wiosłem, kilometraż w linii prostej prawie nie drgnie. Nie ma się co irytować, trzeba zrozumieć, że w kajaku to droga jest celem. Unikałem rzek popularnych, żeby się nie daj bóg nie zaplątać w zator „spływu integracyjnego”, tego rzecznego pohańbienia, gdzie się „zespół szkoli we wspólnym pokonywaniu przeszkód”.
Z czasem w ogóle zacząłem unikać rzek mijających stanice wodne, aby ograniczyć do minimum prawdopodobieństwo spotkania człowieka. Rzeki wartkie i uciążliwe lubiłem dla wytrenowania refleksu i kondycji, w górnych częściach ich biegu, gdzie dopiero się przeistaczały ze strumieni, wąskie na zasięg ramion i płytkie, tyle, żeby kajak zanurzyć – w takich strugach spokoju nie zaznasz, ani przez chwilę cię nurt sam nie poniesie, moment nieuwagi kosztuje zawieszkę na konarze albo zapchanie się w krzaczory. Czasem udawało się przepłynąć








