O jedno dno za daleko

O jedno dno za daleko

W 1967 r. z grupą przyjaciół (nadaliśmy sobie nazwę Weekend Club, w skrócie WC – takie było nasze ówczesne poczucie humoru) wybraliśmy się na pieszą wędrówkę z „Krościenka w Pieninach do Krościenka w Bieszczadach”. Na infrastrukturę w owych czasach nie można było liczyć, więc w plecakach, na karkach, nieśliśmy namioty, materace dmuchane, puszki z tuszonką, pieczywo, masło, apteczkę, pałatki… W sumie było to grubo ponad 30 kg na osobę. Przy podchodzeniu na Lackową (997 m n.p.m. – najwyższy szczyt Beskidu Niskiego) zrobiło mi się słabo. Dreptałem w miejscu, widząc, jak towarzystwo się oddala i ginie we mgle. Zawrócił do mnie Staszek Krasnowolski (dzisiaj mąż Anuli Krasnowolskiej, de domo Szczepańskiej, córki Jana Józefa, iranistki – jedynej tak kompetentnej w tej dziedzinie, do której rząd Rzeczypospolitej powinien się zwrócić, jeśli chce mieć informacje rzeczowe, a nie tylko pochodzące z amerykańskiej propagandy). Staszek wyjął mi z plecaka jedną (sic!) konserwę i przeładował do swojego bagażu. Nagle poczułem się lekki jak ptak. Zacząłem nawet się ścigać, żeby być przed kolegami na Lackowej. A przecież rzecz tkwiła w jednej jedynej puszce o wadze niecałego kilograma. Myślałem o tym nieraz i nic nie mogłem zrozumieć. Po latach dopiero wyjaśnił mi to Waldemar Baszanowski. Oto mistrz podnoszenia ciężarów podrzuca ze względną łatwością sztangę ważącą np. 170 kg, ale już 171 kg przerasta jego siły. I choćby nie wiem jak się wytężał, to nie podniesie – taki to ciężar. Co znaczy jeden głupi kilogram przy 170? A jednak – każdy ma swoje granice wytrzymałości. Jeden kilogram za dużo i nie pomogą nawet długie lata treningów i poświęceń. Jest to jakiś odpowiednik owej przysłowiowej kropli przelewającej kielich (czarę). Takie są prawa natury. Dotyczą one również cierpliwości ludzkiej. Można, choćby w imię świętego spokoju, tolerować głupotę, kłamstwo, nikczemność nawet. Tolerować, tolerować, tolerować… Jak długo jednak? Kiedy wreszcie, że przywołam kolejne przysłowie, urwie się ucho od dzbana? Zastanawiam się nad tym, wysłuchując teorii Antoniego Macierewicza i jego pseudoekspertów o katastrofie smoleńskiej czy wypowiedzi abp. Józefa Michalika o pedofilii. Okazuje się, że w Polsce niektóre prawa natury zostają unieważnione, a przynajmniej zawieszone. Najlepszą diagnozę tej sytuacji sformułował Tadeusz Różewicz, pisząc, że ongiś istniało u nas solidne, mieszczańskie dno. Można było na nie spaść, osiągnąć je itd. Dzisiaj – przestrzega poeta – dna już nie ma. Można się staczać w nieskończoność. Ma zapewne tragiczną rację. Tyle że szanujące się państwo nie może się uchylać od przeciwdziałania takiemu stanowi rzeczy. Nieprzytomnych pijaków zabiera się do izb wytrzeźwień, ludzie w stanie nieważkości intelektualnej i moralnej, lewitujący już poniżej owego dawnego „mieszczańskiego dna”, nie napotykają de facto żadnego państwowo-administracyjnego przeciwdziałania. Jest w tym konformistyczne zaniechanie, lecz także taktyczne tchórzostwo. Jedno i drugie w konsekwencji osłabia instytucje, a przede wszystkim oznacza placet na ogłupianie społeczeństwa i podróż do ciemnogrodu.
Antoni Macierewicz oświadcza (a prasa, telewizja i inne media, choćby z negatywnymi komentarzami, ale odnotowują, czyli nagłaśniają), że katastrofę smoleńską przeżyły trzy osoby. Macierewicz wie, że cynicznie kłamie, minimalnie choćby oświecona większość społeczeństwa wie, że cynicznie kłamie, władze wiedzą, że cynicznie kłamie. No i co? No i nic, jak śpiewa Kuba Sienkiewicz. Jakby uchodziło uwagi, że kłamstwa Macierewicza zatruwają jednak szare komórki jakiejś, wcale niebagatelnej, części zaścianka. Za to trzeba będzie kiedyś ponieść odpowiedzialność.
Nie jestem prawnikiem, nie wiem więc, jaka sankcja zagraża starającym się świadomie wprowadzać opinię publiczną w błąd. Na tyle jednak dzięki tacie liznąłem prawa, że znam art. 238 kk zakazujący składania fałszywych zawiadomień. Można za to pójść do kozy nawet na dwa lata. Tymczasem teoria zamachu smoleńskiego nie może się obejść bez zamachowców. Macierewicz w zależności od humoru i pogody sugeruje tu trzy możliwości: albo terrorystami byli Komorowski i Tusk, albo Tusk i Putin, albo wreszcie sam Putin, co ma swoje głębokie filozoficzne uzasadnienie w tym, że „co ruskie, to wredne”. Spełnia to wszelkie warunki fałszywego donosu, o pomówieniu nie wspominając. Macierewicz zawiadamia i świadomie kłamie. Jest niby paragraf, możliwość zamknięcia puszki Pandory, położenia kresu szaleństwu, tylko woli i odwagi brak. Starcza jej zaledwie na oskarżenie Urbana, że pokpił sobie w prima aprilis. Premier Donald Tusk czuje się bardziej obrażony przypisanymi mu w dowcipie wulgaryzmami wypowiedzianymi na stadionie niż oszczerstwami zarzucającymi spowodowanie śmierci prezydenta Rzeczypospolitej i 95 osób przy okazji. Co tu jest ważniejsze? Doprawdy zwariować można. Spadajmy więc sobie wesoło – przecież dna nie ma, a kropla czary nie przeleje, gdy ta dziurawa.

Wydanie: 45/2013

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy