Bagdad pójdzie własną drogą?

Bagdad pójdzie własną drogą?

Wybory parlamentarne w Iraku wygrali nacjonaliści domagający się ograniczenia wpływów amerykańskich i irańskich

Irakijczycy poszli do urn po raz piąty od amerykańskiej inwazji, która w 2003 r. obaliła reżim Saddama Husajna, dyktatora, który rządził krajem nieprzerwanie przez 24 lata. Obalenie sunnickiego reżimu Saddama sprawiło, że władzę w Iraku przejęła szyicka większość, stanowiąca 69% mieszkańców kraju. Aż do tego momentu szyici byli marginalizowani przez politykę rządzącej od 1963 r. panarabskiej i nacjonalistycznej partii Baas.

Odzyskanie władzy przez większość nie przyczyniło się jednak do zjednoczenia szyitów. Kiedy 10 października z lokali wyborczych Irakijczycy wychodzili z palcami umoczonymi w niebieskim atramencie na dowód oddania głosu, jasne było, że społeczeństwo jest mocno podzielone, a jedną z linii podziału są nie tylko proamerykańskie sympatie, lecz także wpływy sąsiedniego Iranu.

O głębokim podziale społeczeństwa świadczy też ogrom zarejestrowanych partii politycznych. Według danych Centralnej Komisji Wyborczej w kraju jest już niemal 300 ugrupowań reprezentujących interesy rozmaitych środowisk.

Demonstracje niezadowolonych

Nie wszyscy jednak mają na kogo głosować. W październiku 2019 r. Irakijczycy wyszli na ulice Bagdadu, domagając się wymiany nie tylko rządu, ale całej klasy politycznej. Protestowali przeciw wszechobecnej korupcji, trudnemu dostępowi do dobrej jakości podstawowych usług czy zbyt małej liczbie miejsc pracy, winą za to obarczając polityków. Demonstracje szybko rozlały się na południowe prowincje kraju, a na spotkanie z nimi rząd wysłał siły porządkowe i wspierane przez Iran milicje. W wyniku ich interwencji straciło życie co najmniej 600 osób, a 30 tys. zostało rannych. Protestujący odnieśli jednak częściowy sukces, bo już w listopadzie 2019 r. do dymisji podał się premier Abdul Mahdi. Po kilku miesiącach zastąpił go urzędujący dzisiaj Mustafa Al-Kazimi, który od razu obiecał przyśpieszenie wyborów i reformę prawa wyborczego.

Kraj podzielono na 83 okręgi wyborcze, a każdemu obywatelowi przyznano prawo do oddania głosu na jednego kandydata, co oznaczało rezygnację z obowiązujących wcześniej głosów przechodnich. Przesunięcie wyborów na rok 2021 podzieliło jednak protestujących. Część z nich do samego końca uważała, że głosowanie należy zbojkotować, gdyż start w wyborach zapowiedzieli ci sami ludzie, których protestujący obwiniali o dramatyczną sytuację w kraju. Mimo zachęty ze strony rządzących i licznych duchownych zachodziła obawa, że frekwencja będzie rekordowo niska. Jeszcze w wyborczą niedzielę potwierdziła to Centralna Komisja Wyborcza, podając w komunikacie, że głos do urny wrzuciło ledwie 41% uprawnionych 25 mln obywateli. Niska frekwencja mogłaby oznaczać, że opozycja będzie podważać legitymację zbudowanej ze zwycięzców koalicji rządzącej.

Okazało się jednak, że komisja wyborcza nie wywiązała się z nałożonego na nią obowiązku opublikowania ostatecznych wyników w ciągu doby od zamknięcia lokali. Ostatecznie po kilku dniach podano, że głos oddało 43% Irakijczyków, co jednak było wynikiem o 1,5% niższym niż w 2018 r.

Zwyciężył październik

Dla Muktady as-Sadra, szyickiego duchownego i lidera Ruchu Sadrystowskiego, wybory okazały się jednak powodem do radości. Jego nacjonalistyczne ugrupowanie, które w swoim programie domaga się ograniczenia wpływów zarówno irańskich, jak i amerykańskich, zdobyło 73 mandaty, poprawiając swój wynik z poprzednich wyborów o 19 miejsc w parlamencie. Tak dobry rezultat as-Sadr może z pewnością zawdzięczać kampanijnej obietnicy walki z korupcją, choć niektórzy mogą mu wytknąć, że jego własna milicja wspierała rząd podczas ogólnokrajowych protestów.

To właśnie sadryści będą głównymi rozgrywającymi w rozpoczynającej się koalicyjnej rozgrywce. Ich głosy mogą zadecydować w przyszłym roku o wyborze prezydenta i zatwierdzeniu premiera, nawet jeśli oznaczałoby to przedłużenie kadencji obecnego. Bo choć Mustafa Al-Kazimi nie startował w wyborach, to wciąż parlament właśnie jemu może powierzyć misję zbudowania rządu. W przeszłości jednak budowa koalicji często trwała całymi miesiącami, trudno więc się spodziewać, by najbliższych dniach doszło do porozumienia.

Sadrystom, jako druga siła w parlamencie, będzie towarzyszył sunnicki blok Takaddum (arab. Postęp), którego liderem jest obecny przewodniczący parlamentu Mohammed Halbusi. Udało mu się zdobyć 38 mandatów, korzystając przede wszystkim ze swojej tradycyjnie silnej pozycji w największej terytorialnie prowincji Anbar. Po piętach depcze mu były premier Nuri Al-Maliki, którego szyickie Państwo Prawa poprawiło wynik z poprzednich wyborów, wchodząc do Rady Reprezentantów z 35 posłami.

Wprowadzenie większej liczby okręgów wyborczych znacząco poprawiło też szansę na wejście do parlamentu kandydatów niezależnych, dzięki czemu w Radzie Reprezentantów zdobyli oni aż 37 miejsc. Lwia część z nich to ludzie związani z protestami w 2019 r. Przypomniało o tym uliczne świętowanie w prowincji Zi Kar, podczas którego niesiono transparenty z nazwiskami zwycięzców wyborów, wykrzykując: „Tiszrin zwyciężył!”. „Tiszrin” po arabsku znaczy właśnie „październik”, czyli miesiąc, w którym rozpoczęły się ogólnokrajowe protesty.

Partie proirańskie w odwrocie

Największym przegranym tych wyborów jest silny dotychczas proirański blok Al-Fatah (arab. Zwycięstwo). Jego politykom udało się objąć zaledwie 16 mandatów. Jeszcze gorszy wynik uzyskała powiązana z uznawaną przez Stany Zjednoczone za organizację terrorystyczną Kataib Hezbollah (arab. Brygady Partii Boga) partia Hukuk (arab. Prawo). Ta proirańska organizacja do Rady Reprezentantów wprowadzi ostatecznie tylko jednego posła.

W tej sytuacji wspierane przez Iran ugrupowania odrzuciły wynik wyborów, które ich zdaniem zostały sfabrykowane. Lider Al-Fatah, Hadi al-Ameri wydał oświadczenie, w którym zapowiedział, że „będzie bronił głosów kandydatów i wyborców z pełną siłą”. Dowodów na manipulację wynikami ugrupowania dopatrują się głównie w pracy komisji wyborczej, która nie zakończyła liczenia głosów w ciągu doby od zamknięcia lokali. Co więcej, dwa dni po wyborach komisja podała, że wciąż nie otrzymała ponad 3 tys. urn, co przekładało się na ok. 60 tys. głosów. Na ostateczne wyniki trzeba było czekać aż do soboty 16 października, niemal cały tydzień.

Z tego powodu przedstawiciele proirańskich ugrupowań spotkali się w domu Nuriego Al-Malikiego, gdzie dyskutowano nad skoordynowaną reakcją na to, co nazwali „zamachem stanu” ze strony Muktady As-Sadra. Al-Fatah złożył skargę do Centralnej Komisji Wyborczej, ale niektóre bardziej radykalne ugrupowania domagały się, by wynikom przeciwstawić się zbrojnie. Al-Fatah ma do tego środki, jest bowiem politycznym ramieniem liczących nawet 130 tys. bojowników Sił Mobilizacji Ludowej (Al-Haszd Asz-Szabi), sojuszu milicji zawiązanego w celu obrony irackiej ludności szyickiej przed fanatykami z Państwa Islamskiego. Choć inicjatorem powstania Sił był w 2014 r. popularny iracki ajatollah Ali As-Sistani, o którym głośno zrobiło się w Europie, kiedy w marcu spotkał się z papieżem Franciszkiem, to milicje oskarżane są o to, że rzeczywistą kontrolę sprawuje nad nimi Teheran.

Jednak obawy o to, że Iran traci kontrolę nad sytuacją w Iraku, są przedwczesne. „Wybory w Iraku mają niewielkie znaczenie, zwłaszcza w obliczu siły szyickich milicji i finansowych powiązań irackiej elity z Teheranem – mówi Marcin Krzyżanowski, ekspert Warsaw Institute Bliskiego Wschodu. – Dlatego w mediach było sporo relacji z wyborów, ale bez ekscytacji. Skupiano się jedynie na fakcie, że do wyborów doszło”.

Dotychczas przeciwwagę dla obecności Iranu stanowili Amerykanie. W najbliższym czasie ma to się zmienić, bo jedynie do końca tego roku ich i tak dogasająca misja ma mieć charakter typowo wojskowy. Prezydent Joe Biden potwierdził, że od stycznia amerykańscy żołnierze będą jedynie szkolić i doradzać irackim siłom zbrojnym, a także pomagać, gdyby znowu pojawiło się znaczące zagrożenie ze strony Państwa Islamskiego .

Trudno więc przewidzieć, czy wybory niosą duże zmiany zarówno dla przeciętnego Irakijczyka, jak i dla zagranicznych interesów w kraju. Tym bardziej że sąd najwyższy Iraku wciąż nie zatwierdził ostatecznych wyników. Dopiero gdy to się wydarzy, na dobre rozpoczną się starania o budowę rządzącej krajem koalicji.

Fot. AP/East News

Wydanie: 44/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy