Bal nad bale

MEDIA I OKOLICE

Nie jest prawdą, że krakowianie to centusie. W końcówce tegorocznego karnawału balów było tak wiele, że znane osobistości uskarżały się, że muszą dokonywać trudnego wyboru z licznych zaproszeń na ten sam wieczór. Takich dylematów nie mieli jednak goście balu nad balami, IX Balu Królewskiego Miasta Krakowa, zwanego krótko i skromnie Balem Prezydenckim (oczywiście, prezydenta miasta).
Co roku baluje tam śmietanka małopolska i to mocno denerwuje małopolskich anarchistów, z ogólnopolskoznanym Kurzyńcem na czele. W tym roku anarchiści urządzili sobie kontrbal pod pomnikiem Mickiewicza, w krakówku Adasiem zwanym.
Pożywiali się posilnym bigosem wegetariańskim, wzmacniali płynami o nieznanym składzie, ale nade wszystko pomstowali na balowiczów i ich organizacyjnego wodzireja. Ponieważ część gości miała ulgowe lub bezpłatne zaproszenia, anarchiści krzyczeli: “Pijcie za swoje”, “Oni się bawią, my płacimy.” Pojawił się też wątek języka czasów młodego Baryki: “Ludzie głodują, a wy się bawicie”, “Zginiecie na bankiecie” i “Faszyści, burżuje, wasz koniec się szykuje!”. Nie były to groźne ostrzeżenia, raczej nowoczesna wersja fraszki Sztaudyngera: “Niechaj zawsze pamięta elita, że śmietanka jest na deser bita”. Marek Kurzyniec wołał na cały krakowski Rynek: “Gołaś się napycha za nasze pieniądze. Nie zapłacił za bilet na bal”. Gdy policja nawoływała do zakończenia nielegalnego zgromadzenia, anarchiści odkrzykiwali: “Gołaś – sam jesteś nielegalny”.
Jednak przewaga była po stronie balowiczów – na 200 anarchistów przypadło 600 zaproszonych gości, a co ważniejsze – liczny kontyngent krakowskiej policji.
Nic nie mogło zmącić balowania i konsumowania. Było bowiem co jeść. Jak informowały media, serwowano takie (przynajmniej słowne) smakołyki, jak “delicje drobiowe burmistrzowej”, “cechowe prosięta po mieszczańsku” czy “kantata Jana Sebastiana Bacha”. Dbano, by choroba wściekłych krów nie przeniosła się na gości. W menu królowały ryby – merlina przywieziono samolotem z Wysp Kanaryjskich, nie brakowało również homarów, swojskich szczupaków, rodzimych pstrągów i łososi.
Nic dziwnego, że w tej roztańczonej, rozśpiewanej (Helena Vondraczkowa), rozkosznej atmosferze na plan dalszy zeszła licytacja na cel dobroczynny, a miał to być bal charytatywny. “Tak źle jeszcze nie było. Skoro nie chcecie państwo wspomóc rodzinnego domu dziecka, to dziękuję bardzo. Aukcja skończona” – zdenerwował się prowadzący. Wymówka przyniosła skutek, ostatecznie sprzedano 23 różne przedmioty za 80 tys. zł, na ogół nisko ocenianych (ciupaga ks. Tischnera – 1100 zł, a pozłacany łoś, dar miasta Toronto dla prezydenta Gołasia – 3 tys. zł; przedmiot-niespodzianka, kalendarz z nietypowymi portretami członków SLD, opatrzony autografami postaci, przyniósł zaskakującą sumę – 5 tys. zł). Czyżby na Bal Prezydencki w Krakowie wkradli się kryptosympatycy lewicy?
Część oficjalna balu była politycznie jak najbardziej poprawna. Tytuł Krakowianina Roku 2000 otrzymał rektor UJ, prof. Franciszek Ziejka, a drugim wyróżnionym został Robert Korzeniowski. I to właśnie Korzeniowski zwięźle ujął charakter imprezy: “Bale charytatywne, coraz bardziej popularne w Polsce – powiedział “Gazecie Krakowskiej” – nawiązują do tradycji XIX wieku. Nie mam nic przeciw tej modzie. Zwłaszcza że jest to okazja do uspokojenia sumień i wsparcia szczytnego celu”.
Należy dodać, że gwałtowny wzrost bezrobocia, brak funduszy na pomoc społeczną sprawia, że będzie coraz więcej okazji dla działań charytatywnych. Tym bardziej że w coraz mocniej rozwarstwiającym się społeczeństwie bogaci mają więcej pieniędzy dla wspomagania coraz większej liczby potrzebujących biedaków. Komuna gwarantując pełne zatrudnienie, organizując dla potrzebujących bezosobowy system opieki społecznej, nie dawała szansy uspokajania sumień. Co innego bal charytatywny, ten pozwala i dobrze zarobione pieniądze wydać, i dobry uczynek zrobić. Nawet jedząc kawior i popijając go koniakiem.
Przecież dochód z Balu Prezydenckiego, przeznaczony na dom sierot, pochodził nie tylko z biletów, aukcji, ale i z wypitych trunków. Każdy kieliszek koniaku oznaczał zatem cegłę lub nawet kilka cegieł w budowanym domu. Nic dziwnego, że goście hojnie wspomagali sierotki. Dla tych najofiarniejszych i najwytrwalszych gospodarze balu przygotowali dorożki, które nad ranem odwoziły ich na śniadanie do kawiarni Noworolski. A potem był już nowy, zwykły dzień Krakowa.
Ja tam, niestety, nie byłem, wina i miodu nie piłem.

Wydanie: 10/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy