Banki zaciskają pasa Polakom

Banki zaciskają pasa Polakom

Dodatkowe opłaty, trudniej dostępne pożyczki, zmuszanie do podpisywania niekorzystnych klauzul – oto nasza kredytowa rzeczywistość

Nie od dziś wiemy, jak ważne na bankowym rynku jest zaufanie, odmieniane we wszystkich przypadkach przez instytucje finansowe. Z pewnością nie jest więc dobrze, że zaufanie Polaków do banków spadło do nienotowanego dotychczas poziomu, acz nie ulega wątpliwości, iż banki solidnie na to zapracowały.
Zaufanie jest kwestią ulotną, więc i o jego zmniejszaniu się decydują kwestie nie zawsze konkretne. Banki nie naciągają nas znacząco częściej niż inne instytucje, z jakimi mamy do czynienia, wiadomo też, że skoro żyją ze sprzedawania pieniędzy, to pieniędzy nie lubią tracić, rozumiemy, że menedżerowie i szefowie tej branży muszą zarabiać najlepiej w kraju. Oczywiście nie podoba nam się, że za swe usługi żądają tak dużo naszych pieniędzy. Najbardziej jednak przeszkadza nam chyba coś, co można by określić mianem bankowej hipokryzji – otóż reguły postępowania w kwestiach finansowych są niby jasne i oczywiste, ale przede wszystkim wobec klienta. Bank natomiast może je stosować tak, by były dla niego jak najkorzystniejsze. Przykładów na to jest wiele: stosowane do niedawna przez część banków oprocentowanie kredytów na podstawie widzimisię zarządu, pobieranie drastycznie wysokich opłat z tytułu zawyżonych, wziętych z sufitu różnic w kursach walut, próby wymuszania zmian w umowach kredytów hipotecznych, aby były jeszcze dogodniejsze dla banków, domaganie się publicznych pieniędzy przy jednoczesnym torpedowaniu prób ściślejszego nadzorowania działalności bankowej, żądanie wsparcia dla siebie i głoszenie, że to nie jest bynajmniej pomoc dla banków, ale dla całej gospodarki.
Niby wiemy, że stosowanie różnych miar wobec siebie i innych jest u nas normalne – dość popatrzeć na przykłady płynące ze światka polskich polityków. A jednak w przypadku bankowości moralność Kalego coraz bardziej nam doskwiera.

Bank człowiekowi wilkiem

W internetowej sondzie z początku roku, na pytanie: „Czy odniosłeś wrażenie, że twój bank cię oszukuje?”, padło 100% odpowiedzi twierdzących. Odpowiedzi „nie” i „nie wiem” nie udzielił nikt. Internet nie jest w pełni reprezentatywnym medium, anonimowość powoduje, że najczęstsze określenie stosowane tam wobec bankowców to „złodzieje”, i nie pomagają wysiłki pracowników wyjętych firm PR, włączających się do sieciowych dyskusji w stylu: „Przecież to firmy jak każde inne, muszą zarabiać, a wszyscy powinni dobrze przeczytać warunki umowy”. Jednak i inne sondaże potwierdzają stałą erozję zaufania. Badanie przeprowadzone w marcu przez (nieprzesadnie wprawdzie znany) instytut Homo Homini wykazało, że tylko 3% Polaków ufa generalnie wszystkim bankom, aż 17% zaś nie ufa żadnemu. Zaufanie do banków, na początku transformacji niskie, wzrosło aż do poziomu 77% w badaniu Rady Monitoringu Społecznego z 2007 r. W marcu tego roku sondaż Gfk Polonia pokazał, iż wynosi ono tylko 48%.
I trudno, by było inaczej, bo poczynania bankowców pogłębiają nie zaufanie, ale niepewność i lęk Polaków. Coraz częstsze są sygnały, że banki zaczynają renegocjować umowy kredytów hipotecznych. Ponieważ na rynku spadają ceny nieruchomości, bankowcy, przyjmując oczywiście najostrzejszy wariant obniżki cen, oceniają, że wartość mieszkań i domów, na które wzięto kredyt hipoteczny, nie odpowiada już sumie pożyczki, więc nie stanowi odpowiedniego zabezpieczenia. Nie wystarczają im weksle wystawione przez pożyczkobiorców, zaświadczenia o zatrudnieniu i zarobkach, poręczenia. Żądają wykupienia dodatkowych ubezpieczeń czy płacenia im wyższych marż. Najważniejsze, że PKO BP, za którego działaniami podążają z reguły inne banki, ogłosił, że w przypadku gdy poziom kredytu przekracza 130% wartości mieszkania, może zaproponować kredytobiorcy ustanowienie dodatkowego zabezpieczenia.
Oczywiście sytuacja odwrotna nie wystąpiła ani razu – gdy ceny nieruchomości szły w górę, klient żadnego banku nie został poinformowany, że ze względu na wzrost wartości jego mieszkania może liczyć na łagodniejsze warunki spłaty. Ten mechanizm działał i działa tylko w jedną stronę.
Bankowców guzik obchodzi, że klient obciążony dodatkowymi opłatami może mieć większe kłopoty z terminowym zwracaniem kredytu (czego rzekomo banki chcą za wszelką cenę uniknąć). Pracownicy kilku banków podjęli już próby wymuszania podpisywania dobrowolnych (sic!) aneksów, w których klienci godzą się na wyższą marżę kredytu czy szybką spłatę części zadłużenia. Bankom jakoś nie przeszkadzało, że do III kwartału 2008 r. ochoczo udzielały kredytów hipotecznych nawet na 120% wartości nieruchomości, nie wymagając wkładu własnego.
Niestety, żądanie dodatkowych zabezpieczeń odbywa się w formalnym majestacie prawa. W umowach kredytu hipotecznego wielu banków istnieje klauzula, iż bank ma prawo wypowiedzieć umowę w części dotyczącej spłaty kredytu nie tylko wtedy, gdy sytuacja pożyczkobiorcy się pogorszyła, ale nawet wtedy, gdy tylko przewiduje, że może się pogorszyć. Gdy zaś spada cena nieruchomości, to jej właściciel znajduje się naturalnie w gorszej sytuacji – i dlatego bank musi mu „pomóc”. Umowy zawierają też zapis, że kredytobiorca jest zobowiązany do poinformowania banku o pogorszeniu się swej sytuacji materialnej. Po co? Ano po to, by bank wiedząc, że mu się pogorszyło, mógł zażądać od niego dodatkowych zabezpieczeń i gwarancji spłaty – lub rozwiązać umowę kredytową. Naturalnie nie zdarzyło się (i nie zdarzy nigdy), by to bank poinformował klienta, że sytuacja banku może się pogorszyć…

Gdy komisja walczy

Komisja Nadzoru Finansowego udaje, że zamierza zwalczać proceder renegocjowania umów kredytowych. KNF wydała ostre oświadczenie „w sprawie żądania przez banki dodatkowego zabezpieczenia do kredytów hipotecznych”, w którym absolutnie słusznie stwierdza, iż sytuacja na rynku finansowym nie może być wykorzystywana do zwiększania rentowności portfela kredytowego kosztem klientów, np. poprzez podwyższanie marż – i podkreśla, że jedną z podstawowych zasad przy zawieraniu umów jest zasada równości stron, więc za niewłaściwą należy uznać sytuację, w której banki wykorzystując zapisy umów, dążą do zmiany warunków, na jakich udzielały kredytów. Co gorsza, zwiększenie obciążeń klienta w wyniku wzrostu marży może negatywnie wpłynąć na jego zdolność do spłaty kredytu. Ponadto zaś działania podejmowane wobec kredytobiorców muszą uwzględniać specyfikę każdego kredytu i sytuację kredytobiorcy, a spadek zabezpieczenia nie oznacza spadku zdolności kredytowej klienta.
Święte słowa KNF! Konkluzja jest zaś taka, że komisja „będzie się bacznie przyglądać bieżącej praktyce kredytowej banku”. W istocie, KNF praktycznie nic więcej w tej sytuacji nie może uczynić.
Nie ma w Polsce mędrca, który pojąłby, w jaki sposób większość naszych banków ustala zdolność kredytową klientów – i jakim cudem ich specjaliści wyliczają, że dziś rodzina, w której niczyje zarobki się nie zmniejszyły i nikt nie stracił pracy, może zaciągnąć najwyżej kredyt o wartości 70% tego, co proponowano jej jeszcze we wrześniu 2008 r. Żebyśmy chociaż zaczęli się opóźniać z terminowością spłat – ale nic takiego się nie dzieje, raty kredytów są płacone coraz regularniej, liczba Polaków z zaległościami przekraczającymi 30 dni spadła prawie pięciokrotnie od 2005 r.
Chodzi więc o to, że obcinanie kredytów dla Polaków wynika z całościowej polityki, prowadzonej przez zagraniczne centrale banków działających w naszym kraju. Sprzyja temu fakt, iż w wielu dużych bankach w Polsce wiceprezesami decydującymi o portfelu kredytowym są obcokrajowcy, przysłani z central. Oni faktycznie kierują działalnością polskich spółek bankowych i realizują polecenia zagranicznej „góry”. Polecenia mówią zaś, że z powodu kłopotów, jakie zagraniczne banki mają na innych rynkach, należy przykręcać kurek kredytowy w Polsce. Tu bowiem można pieniądze zarabiać w inny sposób – kupując pewne i godziwie oprocentowane obligacje skarbu państwa oraz NBP. Im więcej obligacji nabywają polskie spółki córki zagranicznych banków, tym wolniej będą rozwijać akcję kredytową w naszym kraju. Przyniesie to oczywiste kłopoty polskim przedsiębiorstwom i osobom fizycznym, co dla krajów będących siedzibami zagranicznych banków jest dodatkowo korzystne, gdyż zmniejsza konkurencyjność Polski wobec lepiej rozwiniętych państw europejskich.

Nie trzęście tym słupem

Bankowcy tłumaczą, że zaostrzanie polityki kredytowej jest konieczne, bo wiele polskich firm ma coraz mniej zamówień, spada sprzedaż i spadają zyski, więc zakładom grozi bankructwo. Istotnie, wiele przedsiębiorstw upadło lub drastycznie zmniejszyło produkcję, lecz kolejność zdarzeń jest tu odwrotna – najpierw banki swą polityką kredytową wywołały kryzys finansowy, co pociągnęło za sobą spadek popytu i kłopoty firm. Bardzo prawdopodobne, iż tak samo będzie z osobami fizycznymi, które z powodu dodatkowych żądań stawianych im przez banki staną w obliczu niewypłacalności. Przypomina to sytuację z czechosłowackiego filmu, gdy pewien zaniepokojony facet jął potrząsać jednym ze słupów naciągających linę, po której chodził akrobata, wołając: „Niech pan zejdzie, bo pan spadnie!”. Gdy w wyniku drgania liny akrobata spadł i ciężko potłuczony leżał na ziemi, troskliwy opiekun powiedział: „A nie mówiłem, że pan spadnie?”.
Kłopoty przedsiębiorstw w oczywisty sposób przekładają się już na kłopoty wielu z nas – ludzie tracą pracę, zaczynają się cięcia płacowe, kończą się dogodne warunki nabywania wielu dóbr, bo sieci handlowe przestają udzielać nisko oprocentowanych kredytów („zero procent”) na artykuły trwałego użytku. Coraz trudniej w takiej sytuacji terminowo płacić raty. Osoby, które mają zaciągnięte kredyty hipoteczne o wartości setek tysięcy złotych, a w międzyczasie straciły pracę, są praktycznie w sytuacji bez wyjścia. Rząd planuje wprowadzenie dopłat dla bezrobotnych na spłatę kredytów mieszkaniowych, ale po pierwsze, to na razie plany (budzące zresztą opór stowarzyszeń pracodawców), po drugie, dopłaty mają stanowić tylko pożyczkę, którą trzeba oddać, a po trzecie, na pewno nie wystarczy pieniędzy dla ponad 80 tys. osób, które mogą stanąć w obliczu utraty dachu nad głową z powodu braku pieniędzy na spłaty.

Tanieją, ale drożeją

Zauważyć trzeba, iż przed Wielkanocą niektóre banki oferują kredyty, wyższe o kilka procent, dla osób o dochodach identycznych jak w ubiegłym roku. To zrozumiałe, bo systematyczne obniżki stóp procentowych wprowadzane przez Radę Polityki Pieniężnej (po ostatniej decyzji RPP stopa bazowa NBP spadła do poziomu 3,75%) powinny spowodować także spadek realnego oprocentowania kredytów, a więc zwiększenie ich dostępności. Większe kredyty są jednak obwarowane wszystkimi możliwymi zabezpieczeniami i obciążone rozmaitymi opłatami dodatkowymi, toteż trudno nawet dokładnie wyliczyć, jaka jest rzeczywista cena pieniądza. Dziś bowiem poziom tych dodatkowych opłat może stanowić nawet połowę łącznych kosztów kredytu. Widać to w tabeli prezentującej prowizję i ubezpieczenie oraz odsetki od kredytu 10 tys. zł udzielonego na trzy lata. I to jeszcze nie wszystko, bo wyliczenie przygotowane przez firmę Expander nie uwzględnia np. opłat przygotowawczych czy składek za administrowanie kredytem, co dodatkowo zwiększa obciążenia klienta.
Niestety, w miarę jak spadają stopy procentowe, większość banków podnosi swe marże, by nie dopuścić do obniżki zysków. W rezultacie w ciągu ostatniego miesiąca średnie oprocentowanie kredytów mieszkaniowych wzrosło z 6,84 do 6,97%. Bankowcy tłumaczą, że decyzje RPP nie mogą wywierać natychmiastowych skutków i zaczną być odczuwalne dopiero po paru miesiącach. Nie dotyczy to wszelako wysokości marż bankowych, które podnoszone są przez banki rytmicznie, od razu, w miarę obniżek ordynowanych przez RPP. Idą też w górę w tym roku opłaty za ROR-y, karty bankomatowe, sporządzanie sald, przelewy.
W trakcie obowiązywania (od ponad sześciu lat) ustawy nakazującej ujawnianie rzeczywistych kosztów oprocentowania kredytu banki wyspecjalizowały się zresztą w stosowaniu coraz to nowych, trudnych do wychwycenia przez niespecjalistów, „narzutów”. Kuriozalnym przykładem są haracze ściągane za wezwania, monity, telefony do klientów. Niektóre banki za listy zwykłe, kosztujące 1,35 zł, pobierają nawet opłaty sięgające 20 zł. Jest to ewidentne bezprawie, bo korespondencja z klientami należy do normalnych kosztów prowadzenia działalności gospodarczej, których nie należy przerzucać na kontrahentów (żadne inne firmy oprócz banków zresztą tego nie robią).

Gdzie jest diabeł

Dr Magdalena Echaust z Instytutu Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur, która przeanalizowała rozmaite rodzaje umów kredytowych oferowanych przez banki, twierdzi: „Masowość klientów detalicznych powoduje stosowanie przez banki uproszczonych zasad ich obsługi. Pozwala to bankom wymuszać na klientach przyjęcie warunków nie zawsze dla nich korzystnych (…). Banki narzucają określone zapisy umowy. Klient masowy nie ma prawa do wniesienia zmian do umowy, jeżeli nie zgadza się z jakimś zapisem. W większości banków druk umowy jest bardzo krótki i ogranicza się do podstawowych danych o przyszłym kredytobiorcy. Wszystkie szczegółowe zasady funkcjonowania danego produktu są przeniesione do ogólnych i szczegółowych regulaminów stosowanych przez banki”.
Ukryty w szczegółach diabeł dotyczy głównie właśnie dodatkowych zabezpieczeń dla banków i opłat zwiększających ich zyski. Oczywiście bankowcy niechętnie ujawniają takie detale. Chętnie natomiast informują, że i na swoje barki biorą ciężar kryzysu finansowego, zmniejszając zatrudnienie (zwłaszcza wśród szeregowych pracowników), wstrzymując wypłaty dywidend i części premii, tnąc różne koszty rzeczowe. Okazuje się jednak – jak obliczyli zresztą analitycy z Domu Inwestycyjnego BRE Banku – że łączna suma wszystkich oszczędności planowanych na 2009 r. spowoduje ograniczenie kosztów naszych banków zaledwie od 0,5% do maksimum 5%!
Stare powiedzenie mówi, że bank proponuje ci parasol przy ładnej pogodzie, ale zabiera go, gdy zaczyna padać (dodajmy: żeby rozpiąć go nad sobą). Bankowcy, co zrozumiałe, bronią swego korporacyjnego interesu, dochodów swych zagranicznych akcjonariuszy i zarządców. Ale zrozumiałe też, że ich polscy klienci, pożyczkobiorcy, których kosztem to się odbywa, mają prawo być z tego niezadowoleni.

___________________________________

Jakie działania oszczędnościowe podjął bank w związku z kryzysem?

Wojciech Kaczorowski, dyrektor biura PR w Banku Millennium
Bank podał do wiadomości zmodyfikowaną strategię średnioterminową na lata 2009-2010. Zapowiedział w niej szereg działań o charakterze oszczędnościowym, które do roku 2010 mają przynieść 200 mln oszczędności w kosztach działania banku. Są to: redukcja kosztów administracyjnych, wydatków na komunikację, IT, marketing, renegocjacje umów wynajmu i utrzymania budynków, uproszczenie struktury organizacyjnej (np. łączenie komórek organizacyjnych) i konsolidacja funkcji back-office, zmniejszenie kosztów osobowych m.in. przez wprowadzenie nowych zasad premiowania. Należy zakładać, że w wyniku reorganizacji struktur zmniejszy się stan zatrudnienia, ale bank nie planuje zwolnień grupowych.
Dodam, że bank nie renegocjuje umów z klientami posiadającymi kredyty hipoteczne, nie zwiększył marż ani też nie żąda żadnych nowych, dodatkowych zabezpieczeń tych kredytów.

Arkadiusz Mierzwa, rzecznik prasowy banku Pekao SA
Robimy swoje. Jako bank konserwatywny zawsze dbaliśmy o koszty i obecnie zbieramy tego owoce, nie musimy wykonywać żadnych spektakularnych ruchów oszczędnościowych, np. rezygnacji z wypłat premii. Na obecną sytuację byliśmy przygotowani i nie będziemy z dnia na dzień zaskakiwali naszych klientów jakimiś zmianami w warunkach obsługi czy np. próbowali z nimi renegocjować umowy kredytowe. Dla informacji podam, że Bank Pekao nigdy nie udzielał kredytów we frankach szwajcarskich.

Katarzyna Wiszniewska,
Deutsche Bank PBC SA, Departament Komunikacji
W takich kwestiach nie wypowiadamy się.

Piotr Gajdziński, rzecznik prasowy Banku Zachodniego WBK
Zarząd banku zdecydował, że należy zrobić wszystko, aby nie zwalniać pracowników. Z drugiej strony redukcja kosztów jest niezbędna. W tej sytuacji zarząd zaproponował pracownikom kilka możliwych dróg, które przyczynią się do ograniczenia tegorocznych kosztów, ale będą też odpowiedzią na obecną sytuację rynkową, czyli na mniejszy popyt na usługi i produkty bankowe.
Po pierwsze – przerwa w karierze. Pracownik może „zawiesić” swój etat na kilka miesięcy lub rok. W tym czasie bank będzie płacił mu ok. 30% poborów, opłacał świadczenia, pracownik będzie mógł korzystać z opieki zdrowotnej opłacanej przez bank. Po drugie – czasowe zmniejszenie pensji o 10-20%. Po trzecie – bezpłatne 10-20 dniowe urlopy. Do tego dochodzą inne działania – pracownicy Centrum Wsparcia Biznesu (czyli tzw. centrali, w tej grupie jest oczywiście także zarząd) nie otrzymali premii za drugie półrocze ub.r., znacząco ograniczyliśmy wydatki na szkolenia; wprowadzono ograniczenia dla użytkowników samochodów służbowych; zamroziliśmy niektóre programy, zwłaszcza dotyczące IT. Te działania powinny pozwolić nam nie zmniejszać zatrudnienia.

Joanna Majer-Skorupa, Biuro Prasowe, ING Bank Śląski
Na dzień dzisiejszy nie ma decyzji dotyczących ograniczenia zatrudnienia w ING Banku Śląskim. Co prawda Grupa ING poinformowała o zwolnieniu 7 tys. osób, ale dotyczy to pracowników na całym świecie (ING zatrudnia ponad 130 tys. osób). Obecnie tniemy koszty, głównie rzeczowe, które można ograniczyć bez straty dla biznesu. Zwolnienie pracowników to ograniczenie zdolności sprzedażowych, a w takich trudnych czasach też trzeba sprzedawać. Rezygnujemy np. z niektórych projektów, które miały zostać wdrożone, imprez, podróży zagranicznych, z części wydatków marketingowych itp. W kwestii obniżania kosztów wynagrodzeń – nie ma cięć w pensjach, nie będzie natomiast podwyżek. Zarząd ING Banku Śląskiego postanowił również wystąpić do rady nadzorczej o nieprzyznawanie członkom zarządu premii za 2008 r. Do wniosku tego rada się przychyliła.
Na obecnym etapie ING nie podejmuje czynności dotyczących dobezpieczenia kredytu czy podwyższenia marży dla obecnych kredytobiorców.

Izabela Świderek-Kowalczyk, rzecznik prasowy PKO Banku Polskiego
PKO BP kontynuuje wieloletni proces restrukturyzacji zatrudnienia zapoczątkowany w 2000 r. Restrukturyzacja wynika w dużej mierze z centralizacji niektórych zadań, zmian organizacyjnych służących racjonalizacji sieci placówek banku oraz zmian informatycznych, pozwalających na dalszą racjonalizację zatrudnienia. Wielkość zwolnień na przestrzeni kolejnych lat była planowana na zbliżonym poziomie. Limit na 2009 r. w wysokości 1,7 tys. osób w skali całego banku, uzgodniony ze związkami zawodowymi i przekazany zgodnie z przepisami ustawowymi urzędom pracy, stanowi maksymalną liczbę pracowników mogących odejść z banku w trybie zwolnień grupowych. Na realizację programu restrukturyzacji zadłużenia nie ma wpływu sytuacja w otoczeniu rynkowym banku. Restrukturyzacja nie jest też podyktowana koniecznością nagłych oszczędności, ale stanowi element działań na rzecz konsekwentnego podnoszenia efektywności działania banku.
Jeśli chodzi o wynagrodzenie zarządu banku, to reguluje je tzw. ustawa kominowa, której zapisy oczywiście realizujemy.
Od 1 maja br. PKO BP wprowadza nową taryfę opłat i prowizji, o zmianach klienci informowani są z dużym wyprzedzeniem, już od początku marca. Jest to pierwsza modyfikacja po ponad trzech latach od ostatnich istotnych zmian w taryfie. Decyzja o zmianie niektórych stawek podyktowana jest głównie koniecznością dostosowania ich do obecnych warunków na rynku oraz kosztów własnych. Nowa taryfa będzie nadal należeć do najbardziej konkurencyjnych na rynku.
PKO Bank Polski nie renegocjuje zawartych wcześniej umów kredytu hipotecznego i nie zmienia ich warunków.

Wojciech Sury, specjalista ds. PR Getin Bank SA
Nie chcielibyśmy mówić o wewnętrznych decyzjach prowadzących do uzyskania oszczędności. Szukamy ich tak jak wszyscy, optymalizujemy wydatki, ale to w żaden sposób nie przekłada się na klientów. Przyświeca nam idea „Klient nasz pan” i problemy wewnętrzne nie mają prawa wpływać na nasz kontakt z klientem. Nie ma więc miejsca jakieś masowe renegocjowanie umów kredytowych, to może nastąpić w indywidualnych przypadkach zarówno na życzenie banku, jak i na życzenie klienta. Jeśli chodzi o opłaty czy marże, nie tylko nie podwyższyliśmy ich, ale oferujemy pakiet usług finansowych internetowych, gdzie podstawowe operacje, takie jak przelewy, zakładanie lokaty itd. są za darmo, klient za to nie płaci ani złotówki.

Anna Woźniak, dyrektor Departamentu PR LUKAS Bank SA
W LUKAS Banku wyprzedziliśmy obecną sytuację, ponieważ projekt efektywności kosztowej jest prowadzony od dwóch lat, przynosi konkretne efekty i w 2009 r. będzie kontynuowany. Z pewnością w tym roku szczególnie przyglądamy się wydatkom i inwestycjom, tak, by każda złotówka spożytkowana była maksymalnie efektywnie. Nadal jednak rozwijamy się, zarówno w obszarze powiększania sieci sprzedaży, jak i poszerzania oferty.
Nie planujemy zwolnień pracowników, a premie – tak jak do tej pory – powiązane są z wynikami sprzedażowymi i finansowymi osiąganymi przez poszczególnych pracowników i bank.
Nie planujemy również zmiany marży w kredytach hipotecznych już udzielonych ani podejmowania innych tego typu kroków.
Not. Bronisław Tumiłowicz

Wydanie: 13/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy