Inspekcja bez zębów

Inspekcja bez zębów

PIP nie ma wystarczających narzędzi, aby walczyć z patologią umów śmieciowych

Państwowa Inspekcja Pracy – młot na nieuczciwych pracodawców, strażniczka praw pracowniczych, wynagrodzeń i bezpiecznego zatrudnienia? Niestety, żeby stworzyć taką surową instytucję, trzeba wydać pieniądze. Tymczasem kolejne rządy dokładają Państwowej Inspekcji Pracy zadań, ale nie dają na nie pieniędzy.

– Jestem kierownikiem domu kultury. Kiedy zaczęłam tu pracować, często pojawiały się problemy – nie mieliśmy dostatecznie dużo wolnych dni, źle wyliczano nam urlop. Dzwoniłyśmy, ja oraz koleżanki z innych domów kultury, do PIP i za każdym razem dostawałyśmy tę samą informację, że to, co się u nas dzieje, jest niezgodne z prawem pracy. Pytałam, czy jeśli złożę skargę, pracodawca pozna moje nazwisko – usłyszałam, że nie są w stanie zagwarantować mi anonimowości. Nie chciałam stracić pracy, więc zrezygnowałam. Kiedy zaszłam w ciążę, poinformowałam o tym kadrową i poprosiłam, żebym nie musiała pracować przy organizacji wieczornych imprez, po godz. 22. Kadrowa odmówiła, poszłam do PIP jeszcze raz. Wtedy jakaś miła pani z inspekcji poradziła mi, żebym po prostu poszła na L4, bo zanim oni zdążą to sprawdzić, ja już urodzę. Byłam na samym początku ciąży, drugi miesiąc – opowiada Maria. Nigdy nie złożyła formalnej skargi na pracodawcę, jak mówi – nie miała zaufania, nie czuła, że PIP jakkolwiek mogłaby jej pomóc. Po porodzie wróciła do pracy, której nie chce stracić, dlatego nie podaje nazwiska.

W odpowiedzi na pismo zaplanowaliśmy kontrolę

Głównym zadaniem PIP jest „nadzór i kontrola przestrzegania przepisów prawa pracy, w szczególności przepisów i zasad bezpieczeństwa i higieny pracy, przepisów dotyczących stosunku pracy, wynagrodzenia za pracę i innych świadczeń wynikających ze stosunku pracy, czasu pracy, urlopów, uprawnień pracowników związanych z rodzicielstwem, zatrudniania młodocianych i osób niepełnosprawnych”.

– Budżet PIP nie pozwala zwiększyć liczby inspektorów pracy. W ostatnich dwóch latach odeszło na emeryturę ponad 230 osób, w większości inspektorów. Stąd konieczność nadrobienia braków kadrowych. Obowiązków przybywa – przyznaje rzeczniczka prasowa Państwowej Inspekcji Pracy Danuta Rutkowska. – Inspektorzy pracy realizują przeszło 40 zadań ustawowych, bardzo skomplikowanych i wymagających specjalistycznej wiedzy. Ten rok np. przyniósł PIP nowe obowiązki, wynikające ze zmiany ustawy o świadczeniach alimentacyjnych oraz z ustawy o pracowniczych planach kapitałowych. Weszły nowe zasady prowadzenia dokumentacji pracowniczej.

Innym problemem jest wysokość zarobków. Świeżo upieczony inspektor może liczyć na 3,5 tys. zł brutto, znaczących podwyżek nie było od 2008 r. – zdaniem Rutkowskiej ta pensja nie ma szans przyciągnąć wykwalifikowanych prawników i inżynierów, których potrzebuje PIP. Rynek oferuje im znacznie wyższe stawki za pracę, która nie jest obciążona tak dużą odpowiedzialnością.

Braki kadrowe to jedna z największych bolączek inspekcji. – Kiedyś mieliśmy pięć-sześć skarg do rozpatrzenia miesięcznie, teraz 20-25. Jest ich znacznie więcej, od kiedy PiS wprowadziło ustawę o godzinowej płacy minimalnej, której przedsiębiorcy masowo nie przestrzegają – opowiada Anna, warszawska inspektorka pracy. – Robimy po pięć kontroli miesięcznie, termin ustawowy rozpatrzenia skargi to 30 dni. W Warszawie mamy 100 inspektorów, w zeszłym roku było przeszło 10 tys. skarg. A prowadzimy też wynikające z harmonogramu kontrole tematyczne. Są plany zatrudniania nowych ludzi, ale nikt nie chce przyjść. Wymagania i odpowiedzialność są ogromne, a płace niskie. Po prostu nie ma kto pracować, więc kiedy dostajemy kolejną skargę, wysyłamy pismo: „W odpowiedzi na pana skargę zaplanowano kontrolę”. Nie wiadomo, kiedy kontrola się odbędzie, problem nie został rozwiązany. Ale w statystyce sprawa wygląda pięknie – odpowiedzieliśmy na skargę w terminie – mówi ze złością.

Artur Suszka pracował w jednej z warszawskich restauracji, należącej do większej sieci. Miał umowę-zlecenie, co w gastronomii jest standardem, mimo że musiał przychodzić do pracy na określoną godzinę i pracował pod nadzorem przełożonego, czyli powinien mieć podpisaną umowę o pracę. Stawka – 5 zł za godzinę plus procent z utargu, znacznie poniżej ustawowej stawki minimalnej, wynoszącej 12 zł za godzinę. W umowie miał wpisaną niższą liczbę godzin, podobnie jak jego koledzy. Kiedy zdecydował się odejść, pracodawca odmówił wypłacenia mu ostatniej pensji. Suszka napisał skargę do PIP we wrześniu zeszłego roku, odpowiedź dostał w ciągu 30 dni; poinformowano go, że do 10 grudnia pozna datę kontroli, ale tak się nie stało. – Pieniądze udało mi się wydrzeć, bo znajoma prawniczka napisała pismo ponaglające do pracodawcy. Nigdy nie dostałem żadnej informacji o kontroli, nikt się nie skontaktował ze mną. Ja ze swoją sprawą nie zrobiłem niczego poza odzyskaniem ostatniej pensji, wyliczonej oczywiście według stawki 5 zł za godzinę. Nie miałem pieniędzy ani czasu, żeby iść z tym do sądu, znalazłem inną pracę.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 10/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Wojciech Stróżyk/REPORTER

Wydanie: 10/2019

Kategorie: Kraj

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy