Ptaki ciernistych krzewów

Ptaki ciernistych krzewów

Osoby bezdomne są dla nas na ogół przezroczyste

Anna Machalica-Pułtorak – społeczniczka z krwi i kości, defetystka i zarazem niepoprawna optymistka. Założycielka Stowarzyszenia Otwarte Drzwi niosącego pomoc osobom zagrożonym wykluczeniem społecznym. Ambasadorka Konwencji ONZ o prawach osób z niepełnosprawnościami. Z wykształcenia socjolożka. Pochodzi ze Śląska Cieszyńskiego.

Podopieczni wybierają się dzisiaj do teatru?
– Tak, na „Piotrusia Pana”. To o nich, dla nich. Gdyby mógł pan dzisiaj posłuchać, jak się opierali! Staramy się im dostarczać tzw. strawy duchowej i intelektualnej. Udało nam się tanio zorganizować zbiorowy bilet dla uczestników programu wychodzenia z bezdomności, tylko że oni nie chcą iść do teatru! Zapierają się jak osły! Czasem nawet trzeba ich przymuszać. Dopiero jak ktoś pójdzie, a często wcześniej nie był w teatrze w ogóle albo był na jakiejś nudnej szkolnej lekturze, jest nam potem wdzięczny. Kultura, sztuka to dla wielu osób bezdomnych obcy świat. Nie rozumieją go, nie znają, nie czują. A kontakt z kulturą ma olbrzymie znaczenie w procesie powrotu do społeczeństwa.

Co musi się wydarzyć, żeby ten człowiek zechciał wrócić do społeczeństwa?
– Czynników jest wiele i nie każdy na każdego zadziała tak samo. Jednak zawsze musi zaistnieć jakaś chemia czy nawet dosłownie fizyka. Na niektóre osoby działa głód. Bywa też tak dokuczliwy chłód, że nie można go znieść, i choć człowiek bardzo nie chce iść do placówki, to w końcu idzie. Ze strachu przed śmiercią. Ale nie na wszystkich to działa. Są tacy, którzy przyzwyczajają się nawet do ekstremalnych warunków. Nigdy nie zapomnę pewnego młodego człowieka, wówczas 22-letniego, studenta, który zrobił sobie domek w chaszczach niedaleko Biblioteki Uniwersyteckiej. Tam, na skraju parku, rosną takie mocno kolczaste chaszcze. I on w nich całe lato koczował, w sąsiedztwie biblioteki i setek studentów. Ten człowiek uciekł z domu, zerwał z rodziną, upozorował samobójstwo i uwił gniazdo w tych ciernistych krzewach.

Ptak ciernistych krzewów?
– Dosłownie. Obserwowałam go przez pewien czas, a później zaczęłam z nim rozmawiać i okazało się, że ma bardzo bogatą wiedzę, bo studiował stosunki międzynarodowe. Widać było, że moje zainteresowanie i zwykła bezinteresowna życzliwość zrobiły na nim wrażenie. Za którymś razem namówiłam go, żeby mi towarzyszył, i tak trafił do naszej placówki. Po kilku miesiącach choroba się odezwała i uciekł, później znów wrócił.

Choroba?
– Uaktywniła się u niego schizofrenia, chociaż z nią zaczął sobie radzić, ale potem dopadła go depresja. Nie zdecydował się nigdy na diagnozę, sam próbował zapanować nad chorobą i w końcu mu się udało. Został nawet agentem ubezpieczeniowym. Tutaj wystąpił czynnik emocjonalny, po prostu znalazł otoczenie, które go zaakceptowało. Pochodził z rodziny rolniczej, bardzo autorytarnej, i nie wytrzymał tej presji. Stawiano mu wysokie wymagania, a on tęsknił za pewną niezależnością, możliwością stanowienia o sobie. Naraziłam się jego rodzicom, złożyli doniesienie do prokuratury. Wie pan, ja tutaj właściwie nic nie zrobiłam.

Zwróciła pani na niego uwagę. Założę się, że widziało go kilkaset innych osób, ale to pani się nim zainteresowała. Czy można zatem powiedzieć, że osoby bezdomne czekają na to, aż ktoś zwróci na nie uwagę i powie, że ich życie wcale nie musi tak wyglądać, że jest dla nich szansa?
– Oczywiście. Zwyczajne ludzkie zainteresowanie, życzliwość też może być bodźcem do zmiany. Część pragnie wrócić do społeczeństwa, by na nowo odnaleźć sobie w nim miejsce, w którym będą odczuwać akceptację, zainteresowanie i życzliwość. Czasem czują się zawstydzeni, że tak nisko upadli, ale nie wiedzą, jak wrócić. Na ogół osoby bezdomne są dla nas przezroczyste.

Dylemat dawania

Dopóki nie poproszą o 2 zł.
– No właśnie, to dawanie jest kolejnym czynnikiem pozwalającym im utrzymać się na powierzchni życia. Mają na jedzenie, ale też na alkohol i inne używki, które podsycają złudną wiarę w to, że są normalni, a przecież normalnie nie żyją. Dając zatem te 2 zł, niejako utrzymujemy człowieka w aktywności, ale nie rozwiązujemy w żaden sposób problemu i nie pomagamy w powrocie do społeczeństwa.

Zaczepiony na ulicy człowiek staje przed dylematem moralnym. Z jednej strony chciałby pomóc, a z drugiej wie, że to i tak pójdzie na piwo i w niczym nie pomoże. Jak w takim razie powinniśmy się zachować?
– Śpieszący się gdzieś przechodzień nagle znajduje się w takiej trochę opresyjnej sytuacji, więc najlepiej byłoby dać wizytówkę z informacją o tym, gdzie można się zgłosić. Ja mam je zawsze przy sobie. Ewentualnie jeśli sprawa wygląda poważnie, możemy zadzwonić pod 112. Najgorsze są datki na alkohol i narkotyki. To dylemat nie do rozwiązania, bo nigdy pan nie wie, czy ten człowiek rzeczywiście nie potrzebuje pomocy i nie umiera z głodu. Ja mam z tym zawsze ogromny kłopot. Był w Polsce okres powszechnego żebrania, zwłaszcza przez Romów, przez dzieci, kobiety. I wiadomo było, że jeśli te dzieci czy kobiety nie wyżebrzą wystarczająco dużo, będą maltretowane. To jest taki dylemat, którego nie da się rozwiązać. W takiej sytuacji każdy musi sam decydować, jak się zachowa.

Nie ma żadnych rozwiązań?
– Remedium na tę bolączkę byłaby właściwa polityka społeczna, która nie będzie zmuszała ludzi do żebrania. Problem bezdomności trzeba będzie rozwiązać prędzej czy później, a żeby to zrobić, należy budować więcej mieszkań, prowadzić inną politykę w zakresie uzależnień. A tutaj spotykamy się z wielką hipokryzją państwa, które czerpie olbrzymie dochody ze sprzedaży alkoholu. Część tego dochodu przeznacza się na leczenie. Najpierw rozpija się naród, a później go leczy. Trochę śmieszne.
Nawiążę jeszcze do pytania o to, co powoduje, że osoba bezdomna wraca do społeczeństwa. Bywa tak, że służby miejskie siłą zabierają człowieka z ulicy. Ważnym elementem są pracownicy socjalni, starający się interweniować właśnie na ulicy, myślę tu o streetworkerach. To nowy zawód, o który się upominamy. Najskuteczniejsze w tej profesji są osoby, które same wyszły z bezdomności i w sposób szczery, autentyczny mogą „druha” z ulicy przekonać do zmiany. Jednym słowem, bezdomny pomaga bezdomnemu. To działa.

Kto sam wcześniej to przeżył, wie, z jakimi ograniczeniami boryka się bezdomny.
– I wie, że warto. To niezwykle ważne, żeby w danym momencie udzielić adekwatnej pomocy. Jeśli człowiek zdecydował się przyjąć pomoc, należy mu zapewnić pracę, byt i wesprzeć w tym powitaniu z normalnym światem, a ono wcale nie jest przyjemne. Jeżeli ten ktoś ma długi, a na ogół ma, gdy pójdzie do pracy, komornik zabierze mu zarobione pieniądze. Z tego punktu widzenia nie opłaca się wracać do normalności. Mieliśmy przypadki, że ludzie z tych właśnie powodów rezygnowali. Jeśli w tym najważniejszym momencie powrotu osoba bezdomna nie otrzyma fachowej pomocy trenera personalnego, doradcy, pracownika socjalnego, który pójdzie do sądu i poprosi o zmniejszenie kary, pójdzie do banku, wytłumaczy, że jednak warto zmniejszyć czy rozłożyć te zobowiązania, bo przecież bank w przeciwnym razie i tak nie dostanie tych pieniędzy – wtedy to się nie uda. Zwrócenie uwagi decydentów w banku, urzędzie itp. na problem, wytłumaczenie im i przemówienie do sumienia nie zawsze jest łatwe. Dlatego musi być ktoś, kto wzmocni wychodzącego z bezdomności. Jeśli ktoś taki się nie znajdzie, trudno mieć pretensje, że podopieczny wraca na ulicę. Lepiej go nawet stamtąd nie wyciągać, nie tworzyć złudnej nadziei.

Trudne wychodzenie

Czyli pomoc musi być kompleksowa. No dobrze, udało nam się skłonić bezdomnego do powrotu i co dalej?
– Zamieszkuje w schronisku czy tak jak u nas w domu rotacyjnym.

Zaczyna terapię, psychoterapię?
– Tak, w zależności od potrzeb. Otrzymuje pomoc lekarską, wsparcie w odbudowaniu więzi rodzinnych i zawodowych, bo przecież po jakimś czasie musi iść do pracy. I tu na ogół czyha kolejne niebezpieczeństwo, w postaci pracy na czarno albo na tzw. śmieciówce. Nie pozwalamy naszym uczestnikom na podejmowanie czasowej pracy bez zabezpieczeń. Muszą iść do pracy stałej i do pewnych firm, o co dba już doradca zawodowy. Ilekroć ktoś zaczął pracę w niepełnym wymiarze godzin, na umowę o dzieło albo zlecenie, zawsze źle się to kończyło. Zawsze.

Co jeszcze działa?
– Rodzina. Jeżeli relacje rodzinne nie zostały do końca zerwane, bo czasem tak też bywa, i uda nam się odszukać rodzinę, to również motywuje do powrotu do normalności. Znam sporo osób, które odnowiły kontakty z dorosłymi dziećmi – później te relacje jakoś się ułożyły i stanowiły tratwę, która była ratunkiem dla bezdomnego.

To niesamowite, widzę, że te osoby, choć wychodzą ze społeczeństwa, najbardziej pragną z powrotem stać się jego częścią.
– Tak, bezdomni i mieszkający na ulicy także budują sobie środowisko, pewną społeczność, subkulturę, ale to jest środowisko towarzyszy niedoli. Obowiązuje w nim określona hierarchia, wykształcają się obyczaje, ale jest też wzajemna pomoc. Organizują się w grupki, wymieniają informacjami. Na przykład w środowisku każdy wie, że pewien duży meblowy dom handlowy przyciąga w zimne dni niektórych bezdomnych darmową kawą. Oni spędzają tam po kilka godzin dziennie, podobnie jak w innych centrach handlowych. Ale to jest elita, arystokracja, bo nie rzucają się tak bardzo w oczy. Ci jeszcze się trzymają, zachowują pozory normalności i samodzielności. Te osoby są dobrym materiałem do pracy.

Mają jeszcze potrzebę zachowania pozorów, wstydzą się.
– Tak, ale dla tej grupy oferta pomocy państwa jest bardzo skromna. W zasadzie można powiedzieć, że jej nie ma. Ponieważ tym osobom trzeba by zapewnić warunki mieszkaniowe, indywidualne. Bo to są indywidualiści. Ktoś by o nich powiedział: bezdomni z wyboru. Oni nie mieszczą się w schematach, nie potrafią się dostosować do reguł placówkowych.

Współcześni miejscy hipisi?
– Trochę tak. Są anonimowi, ale jeszcze utrzymują pozory życia stadnego.

A państwa stowarzyszenie ma dla nich ofertę?
– Nie bardzo. Funkcjonuje tu pewien regulamin, z określonym porządkiem dnia.

A oni niekoniecznie chcą się dostosować?
– Bo wolą sobie poczytać, pogadać. Miałam okazję poznać bardzo interesującego młodego człowieka, który żył w dużej placówce, ale nigdy nie bratał się z mieszkańcami. Zawsze widziałam go na uboczu z książką. Włączyliśmy go do programu, dzięki czemu poszedł na studia filozoficzne, które zresztą ukończył. Dla tego człowieka fakt otrzymania małego mieszkania komunalnego, które sam wyremontował, miał kolosalne znaczenie. Choć w zasadzie nawet o to nie zabiegał; to mnie bardziej zależało, żeby przyznano mu mieszkanie. Czułam, że jego życie inaczej się potoczy i tak faktycznie się stało. Co ciekawe, nawet po ukończeniu studiów nie przestał pracować jako sprzątacz. Zapytałam go kiedyś, czy nie zechciałby zmienić pracy, na co odpowiedział, że ta praca nie jest absorbująca intelektualnie. Część osób wybiera bardzo skromne życie mimo możliwości. Taki trochę buntownik z wyboru.

Jeden słaby na jednego mocnego

Zakładam, że nie każdy bezdomny kończy filozofię?
– Wśród bezdomnych spotkałam wielu interesujących ludzi, choć oczywiście oni w tej grupie nie dominują. Przeważają ci z problemami alkoholowymi, z narkotykami. Stanowią jakieś 50-60% wszystkich. Mniej więcej 30% to osoby z różnymi zaburzeniami psychicznymi, bardzo trudna grupa. Często dziwnie się zachowują, przez co ludzie się ich boją. Zainteresowanie odbierają czasem jako atak. Takie osoby wymagają bardzo profesjonalnej pomocy psychiatry, psychoterapeuty, a ponieważ o dostęp do tych fachowców trudno, brakuje dla nich wsparcia. Nie ma ani jednego miejsca w Polsce, które udzielałoby pomocy osobom psychicznie zaburzonym i bezdomnym zarazem. W Warszawie nie możemy się doprosić o utworzenie takiego centrum kryzysowego, w którym każdy bezdomny otrzymałby odpowiednią opiekę i poprowadzono by go dalej. To pomogłoby nam także w lepszym zdiagnozowaniu problemu bezdomności. Spisy powszechne mówią o ok. 30 tys. bezdomnych w Polsce, my zaś sądzimy, że jest ich znacznie więcej, bo przecież spis dociera wyłącznie do placówek, a tylko ok. 50% bezdomnych znajduje miejsce w placówkach.

Czy społeczeństwu nie zależy na bezdomnych?
– Powiem smutną rzecz o nas, Polakach: nie jesteśmy dobrymi ludźmi. To nie oskarżenie. Historia pokaleczyła nas, mamy kompleks krzywdy, wiele lat gnębienia za sobą. To przecież wciąż żywa pamięć – zabory, wojna. Później PRL, której polityka całkowicie zwolniła obywateli z naturalnego obowiązku pomocy, bo państwo wzięło wszystko na siebie. Choć to Solidarność stała u podstaw ostatnich zmian systemowych, tak naprawdę w nowych czasach zapomnieliśmy, czym jest społeczna solidarność.

Mamy wyścig szczurów zamiast współpracy?
– W związku z tym słabszymi ludźmi mało kto się interesuje. Nie ma w nas poczucia odpowiedzialności za potrzebujących.

Więzi społeczne są zbyt słabe?
– Nie ma ich. Mimo że bardzo dużo teraz się o tym mówi. W dodatku sytuacja polityczna zupełnie nie sprzyja budowaniu więzi. Ich zalążki są właśnie niszczone. Funduje się nam nieufność i nienawiść. Ludzie, którzy to robią, powiem szczerze, będą się smażyć w piekle. A zapłacimy my wszyscy – za to, że im pozwalamy. Moim zdaniem obecna polityka prowadzi do katastrofy w każdym wymiarze, zarówno politycznym, społecznym, jak i gospodarczym.

Co robić?
– Ja wybieram drogę tworzenia kolejnego miejsca pracy dla bezdomnych, kolejnego programu. Wybieram to, co jest w zasięgu moich możliwości. Ale większość nie myśli podobnie, bo gdyby myślała, nie byłoby przyzwolenia na takie działania. Studentom i podopiecznym mówię wprost: na jednego mocnego przypada jeden słaby. Jeden na jednego. Pamiętajmy o tym. Każdy socjolog to potwierdzi. Ale tego poczucia w ludziach nikt nie buduje, nie uczy się tego w szkole.

Ktoś może powiedzieć, że w ten sposób zwolnimy z odpowiedzialności ową słabszą część.
– Nieprawda. Od tego słabszego są jeszcze słabsi, którym on może nieść pomoc. To może objąć całe społeczeństwo. Prowadzimy program, dzięki któremu niepełnosprawni intelektualnie czy chorujący psychicznie opiekują się osobami starszymi. Robią im zakupy, dotrzymują towarzystwa, pomagają w codziennych obowiązkach, a przecież to są niepełnosprawni i można by pomyśleć, że powinni tylko otrzymywać pomoc. Każdy, nawet ten najsłabszy człowiek, może być pomocny innym.

Sens życia

Dla każdego powinno być miejsce w społeczeństwie?
– I może być. A jeżeli go nie ma, to nasza wina. Tych silniejszych. Ci, którym się udało, są okrutni i nieludzcy, zapominają o słabych. Niektórzy są przekonani, że Polacy nie potrafią pokojowo współżyć, że te wszystkie doświadczenia historyczne, zabory i wojna zabiły w nas poczucie wspólnotowości.

Ale czy nie wspólnotowość właśnie pozwoliła nam to wszystko przetrwać? Może nie w wymiarze państwowym, ale oddolnym, rodzinnym, lokalnym?
– Wspólnotowość jest niezbywalnym elementem kultury, mówiąc ogólniej, metakultury. Ona powstaje długo i pewnie te niespełna 30 lat od przemian politycznych w Polsce to za mało. Może potrzeba stu lat lub więcej i może w trakcie tego procesu trzeba przejść przez takie nieszczęścia, z jakimi teraz mamy do czynienia? Nie da się utrzymać takiej polityki na dłuższą metę, z prostego powodu – myślę o duchu niezależności Polaków. O ile nie mamy umiejętności współpracy na co dzień, o tyle duch niezależności jest w nas na pewno. Świetnie się organizujemy w sytuacjach krytycznych.

Czy nie ma pani poczucia, że jako społeczeństwo interesujemy się tematem bezdomności dopiero wtedy, gdy kolejna zima zbiera żniwo?
– To jak najbardziej sezonowy temat, chociaż latem mamy więcej bezdomnych.

Pani dokonania w pomaganiu ludziom są więcej niż imponujące i zasługują na najwyższy podziw. Jak to się stało, że zaczęła pani pomagać potrzebującym?
– Pochodzę ze Śląska Cieszyńskiego, czyli regionu, gdzie tradycje społecznikostwa były naturalne. Rodzice byli członkami różnych kół, świadczyli też pracę na rzecz społeczności, u mnie jest to zupełnie naturalne. Mam to zwyczajnie we krwi. Pamiętam z dzieciństwa, że w pierwszych latach powojennych było w Polsce dużo osób wędrujących. Często chodzili od domu do domu z prośbą o pomoc. I pamiętam, że mama nigdy nie odesłała nikogo z kwitkiem. Zawsze postawiła jakiś stołeczek przed domem, bo bała się tych różnie wyglądających przybyszów zapraszać do środka, i częstowała tym, co miała. Mimo że w domu też była bieda. Podobnie ojciec zawsze służył pomocą, był – jak by to powiedzieć – weterynarzem amatorem, lubił zwierzęta. Zawsze pomagał. Nasiąkłam tym i dla mnie pomoc jest czymś zwyczajnym. Dlatego mam olbrzymie pretensje do szkoły, że nie wykształca takich nawyków.

Stany Zjednoczone są świetnym przykładem aktywności społecznej. Tam jest to zupełnie oczywiste. Ostatnie 20 lat poświęciłam budowaniu organizacji pozarządowej, która niesie profesjonalną pomoc osobom wykluczonym z różnych powodów: braku pracy, bezdomności, niepełnosprawności. Skoro państwo nie chce się zająć pewnymi problemami, musimy zająć się nimi sami. Przez te wszystkie lata działalności żadne partie polityczne, nawet te, które z założenia są socjalne, nie zainteresowały się problemem osób wykluczonych.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to finansowo nieopłacalne.
– Wydaje mi się, że samopoczucie społeczne jest ważniejsze niż tylko PKB.

Ta praca kosztuje panią dużo energii?
– W pracy z osobami słabszymi każdego dnia muszę mozolnie odbudowywać swoje pokłady energii, żeby wytrwać. Tego nauczyłam się w pracy z bezdomnymi. Jeżeli zaczynam jakiś program, to nie mogę zawieść tych ludzi. Bezdomni zabierają dużo siły, a przy tym potrzebują nadziei i optymizmu, które trzeba im dać. To niełatwe, ale możliwe. Tego nigdzie nie można się nauczyć, a przyznam, że czasem w sytuacjach kryzysowych mam ochotę przekląć tę pracę. Dużym wsparciem jest pewność, że jesteśmy potrzebni tym ludziom, że jeśli my im nie pomożemy, nikt tego za nas nie zrobi. Proszę jednak nie myśleć, że mam wysokie wyobrażenie o naszej pomocy.

Ja mam.
– Dziękuję.

Jak się żyje ze świadomością, że osoby, które obdarowuje pani swoim sercem, tak łatwo mogą odejść z tego świata? Przecież człowiek, któremu pani pomaga, jutro może się zapić lub zamarznąć w jakimś pustostanie.
– Nam zdarza się to faktycznie częściej niż w normalnych warunkach. Odzywa się sumienie: czy mogłam zrobić więcej, inaczej? Czasem nie mogę spać. Tego się nie zapomina, potem już się z tym żyje. Z poczuciem frustracji. Szkoda każdego życia. No, ale trudno, nie można się poddawać.

Ma pani w sobie dużo siły.
– Trochę.

Co pani to daje?
– Sens życia po prostu. Tylko tyle.

Chyba aż tyle?
– Wie pan, próbowałam w życiu wielu rzeczy, wszystko mnie interesuje. Wierzę w zwyczajne ludzkie dobro. To dla mnie największa wartość – bycie po prostu dobrym człowiekiem. I w każdym człowieku to dobro jest. Choć w niektórych z nas bardzo głęboko schowane i trzeba odpowiednich „narzędzi”, aby je wydostać. Nie poznałam nikogo, kto byłby w całości zły. Tylko życie różnie się układa. Czasem ludzie nie są świadomi, że mają w sobie to dobro.

Na koniec zapytam wprost: co społeczeństwo może mieć z pomocy bezdomnym?
– Lepsze samopoczucie, lepsze mniemanie o sobie. A dzięki temu więcej energii do rozwoju. Jeżeli źle o sobie myśli, ma mniej siły do kolejnych, dobrych zmian. Zrób coś dobrego, a świat będzie dla ciebie piękniejszy, bo dobro zawsze wraca. Czyli można powiedzieć, że dobro się opłaca. Rozwija się to społeczeństwo, w którym obywatele są dla siebie dobrzy.

Wydanie: 13/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy