Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Gdy się mówi „zawodowiec”, to nie zawsze znaczy to samo. O tym trochę ludzie rozmawiali, komentując ostatnie nominacje ambasadorskie. Oto jedzie do Zjednoczonych Emiratów Arabskich Roman Hałaczkiewicz. To absolwent MGIMO, a przede wszystkim kolejny z grona świetnych polskich arabistów. Najstarsi MSZ-etowcy może jeszcze pamiętają, jak w roku 1972 (albo 1973), gdy przyszedł do MSZ (oficjalnie rozpoczął pracę później, w roku 1974), wysłano go na staż do Damaszku, gdzie ambasadorował wówczas Stefan Borzym. Hałaczkiewicz w ambasadzie uczył się dyplomatycznej roboty, a jednocześnie studiował na miejscowym uniwersytecie. Tak szlifował język, miejscowy dialekt, poznawał Syrię, jej elity.
To wszystko procentowało po latach. Gdy w latach 1997-2002 był ambasadorem w Bagdadzie (wcześniej „zaliczył” kilka innych placówek w państwach arabskich), miał pozycję jednego z liderów korpusu dyplomatycznego. Ambasadorowie najpoważniejszych państw chętnie pytali go o opinię w sprawach irackich. A i z drugiej strony – Irakijczycy (a stosunki polsko-irackie były wówczas napięte) szli mu w rozmaitych sprawach na rękę. To pomogło m.in. w sprawnej ewakuacji Polaków przed rozpoczęciem wojny… Pewnie parę dobrych słów powiedziałby o nim również Krzysztof Śliwiński, były ambasador w Maroku, który placówkę tę objął wprost ze stanowiska wicenaczelnego „Gazety Wyborczej”, z błogosławieństwem Krzysztofa Skubiszewskiego. Hałaczkiewicz był jego zastępcą. No i niektórzy wróżyli, że szybko to wszystko skończy się tym, że Śliwiński odeśle do kraju „komucha”. Bo, pomijając, że studiował w Moskwie, no i że pracuje w MSZ od 1974 r., Hałaczkiewicz ma jeszcze jeden hak w swoim życiorysie – był ostatnim sekretarzem Komitetu Zakładowego PZPR w MSZ. A że krytykowanym za „miękkość” i „małą ideowość”, no cóż, jakie ma to znaczenie? W każdym razie, wracając do marokańskiego epizodu, wszystko skończyło się happy endem, bo ambasador szybko się przekonał, jakie kwalifikacje posiada jego zastępca, i o żadnym odsyłaniu do kraju nie było mowy…
W sumie mamy więc opowieść optymistyczną – jak ktoś jest dobry, to nie musi obawiać się politycznych zwrotów, bo zawsze go docenią.
A jak ktoś jest taki jak Mariusz Woźniak? On z kolei pracuje w MSZ od roku 1981. Ale nie wypracował sobie opinii specjalisty w jakiejś dziedzinie. On skacze – był na placówce w USA, ale nie został amerykanistą. Potem rzuciło go do Japonii, ale Daleki Wschód go nie zafascynował. Więc pojechał do Jordanii – też bez szaleństw.
Za nowej władzy w MSZ niektórzy typowali, że znajdzie się w grupie ludzi do zwolnienia. Skończyło się na tym, że ze spraw azjatyckich przeniesiono go do spraw afrykańskich. A potem wylądował w Gabinecie Ministra (wówczas Skubiszewskiego), czyli w przedpokojach władzy.
Teraz, z pozycji pracownika Protokołu Dyplomatycznego, jedzie do Etiopii. Gdzie po 11 latach przerwy otwieramy ambasadę. W porządku, to też potrafi.

Wydanie: 23/2005

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy